Zapraszam na próbną wigilię! [Harel]

Matka Potrzeba - czyli na smyczy do telefonu [Harel]
Kto kocha święta? Ale tak naprawdę, z głębi serca, by nawet widoczne ich wady odrzucić na rzecz lawiny zalet? W mojej rodzinie jest taki mało śmieszny żart, który poruszamy już w styczniu, a który brzmi mniej więcej: „To jak ze świętami? Trzeba zacząć planować…”. Znajomi przewracają oczami, marzą o ucieczce z miasta albo nawet z kraju.

 

My z mężem uprawiamy maraton od kilkunastu lat, czyli łapiemy dwie wigilie jednego wieczora. Musieliśmy wyrobić sobie naprawdę poważną strategię, by ta jazda nie kończyła się na pogotowiu (z przejedzenia oczywiście, ambicji na kroniki kryminalne nie mamy). Ale znamy niepokonanych rekordzistów, którzy 24 grudnia zaliczają cztery miejsca, przemierzając w sumie ponad dwieście kilometrów. Przyznaję, na refleksję nie starcza mi ani czasu, ani energii. Co innego próbna wigilia.

Cóż to takiego? Bareja nazwałby to „nową świecką tradycją”. Próbną wigilię, czasem nawet w liczbie mnogiej, organizowali moi rodzice dowolnego dnia grudnia. Na czym polegała? Przyjeżdżali znajomi, siadaliśmy przy stole i próbowaliśmy dań teoretycznie zabronionych (czyli na przykład śledzi po norwesku, które powinny leżeć w kamiennym garnuszku przez co najmniej trzy tygodnie) albo wciąż kiszącego się barszczu. Dorabialiśmy próbnie uszka albo coś całkiem nieświątecznego, uruchamialiśmy instrumenty muzyczne i dawaliśmy czadu. Już dawno wyprowadziłam się z domu, lecz niepisane święto zabrałam ze sobą, a nawet podałam dalej!

Zasad nie ma, może właśnie dlatego jest tak miło.

Przychodzi ten, kto może, nie obrażamy się na nieobecnych czy spóźnialskich. Czasem umawiamy się na prezenty, czasem wychodzi to spontanicznie. Stół zastawiamy składkowo, każdy przynosi jakąś potrawę, ewentualnie wino. Czas sobie płynie spokojnie, a ja czuję święta znacznie bardziej niż wtedy, kiedy rzeczywiście czuć powinnam.

Próbna wigilia nie ma nic wspólnego ze „śledzikami” w pracy, które – jak się okazuje – niewiele się różnią od mocno przerysowanych imprez rodem z „Bridget Jones”. Albo od „Kac Vegas”, w zależności od zapewnionego kateringu. Bo siedzimy w gronie przyjaciół, wszyscy się lubimy i szanujemy, nawet gdy czasem ktoś palnie coś naprawdę idiotycznego (a czasy niestety temu sprzyjają…).

Co roku zastanawiam się, dlaczego świętom towarzyszy aż tyle stresu i napięcia. I naprawdę nie wiem. Sama daję się w to wciągnąć, choć mam cudowną rodzinę. Nie pociesza mnie zbyt, że inni mają podobnie.

 

Wracam myślami do czasów dzieciństwa (nawet tego licealnego) i widzę, dosłownie widzę swoją radość i czuję ówczesną magię.

A przecież przy stole było dokładnie tak samo. No, może było nas trochę więcej, bo czas płynie i zabiera bliskie osoby, nie dając możliwości negocjacji. Lubię doceniać teraźniejszość i cieszyć się ze wszystkiego dobrego, co mnie otacza. Tymczasem w okolicach 24 grudnia człowiek zaczyna się rozdrabniać i czepiać rzeczy całkiem niepotrzebnych.

Próbna wigilia jest tak wspaniała z jeszcze jednego powodu. To straszne, ale co roku jest gorzej i co roku trudniej nam umówić się na jeden dzień i jedną godzinę z większą liczbą znajomych niż jedno, góra dwoje. Bo niby pozostajemy w ciągłym kontakcie internetowym i świetnie wiemy, co u kogo słychać. Zostawiamy „lajki”, piszemy sms’y, a nawet z innymi sobie komentujemy, co tam u innych i kto co wrzucił na Instagram. Nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale zaczęłam tęsknić za ludźmi, których widzę tylko na ekranie. Dodam, że mieszkamy w jednym mieście. Niektórzy całkiem blisko siebie.

Choć pokazuję część swojego życia, nie znajdziecie na Instagramie zdjęć z próbnej wigilii. Dlaczego? Bo to wydarzenie prywatne, telefon zostawiam w torebce. Media społecznościowe nic tu nie mają do roboty, społeczność konsumuje pierogi z grzybami i kruche ciasteczka. Zera i jedynki czekają za drzwiami na inną okazję.

 

Harel

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *