Willem Dafoe: “Lubię być reżyserowany” [wywiad]

Willem Dafoe: "Lubię być reżyserowany" [wywiad]
Willem Dafoe uznawany jest za jednego z najbardziej charyzmatycznych współczesnych aktorów. Niezależnie od tego, jak bardzo byłby ucharakteryzowany do roli, zawsze zdradzi go wyjątkowy głos. Ukształtowany przez teatr, od lat związany też z kinem. Na swoim koncie ma współpracę z takimi sławami, jak Oliver Stone, Lars von Trier, David Lynch, Martin Scorsese, Wes Anderson.

Spotkaliśmy się na festiwalu w Cannes, gdzie przyjechał z dwoma, bardzo różnymi filmami –„The Lighthouse” wschodzącej gwiazdy amerykańskiego kina Roberta Eggersa oraz „Tommaso” kultowego reżysera Abla Ferrary. Dobrze oddaje to jego artystyczną filozofię, opartą przede wszystkim na różnorodności. Z Willemem Dafoe rozmawia Kuba Armata.

W filmie „Tommaso” wciela się pan niemalże w rolę swojego przyjaciela Abla Ferrary. Gra Pan u boku jego żony i córeczki, zdjęcia kręcone są w jego mieszkaniu. Trudno się gra Ferrarę, który należy do panteonu kultowych twórców kina niezależnego?

Chyba do końca tak tego nie postrzegałem. Były oczywiście w tym filmie rzeczy, które bliskie są naszej relacji. Były też takie, o których Abel mi opowiedział, a dotyczyły jego życia. Przegadaliśmy całą historię, umiejscowiliśmy ją w konkretnej rzeczywistości i po prostu staraliśmy się ją nakręcić. On cały czas był jednak za kamerą, a nie po drugiej stronie. Ta granica była ważna. Nie pamiętam wszystkich naszych dyskusji o tym, co jest prawdziwe, a co wyimaginowane. Ale to tylko film, sztuka zmyślania.

Czy dla Pana interesujące byłoby reżyserowanie siebie?

Myślę, że nie. Po co miałbym to robić? To ja lubię być reżyserowany, prowadzić na ten temat dyskusje, nawet jeśli ktoś kompletnie nie rozumie, o co mi chodzi (śmiech). Lubię powierzyć siebie osobie mającej jakąś wizję i pomysł na to, co chce w danym momencie eksplorować. Taka osoba potrzebuje aktora, który będzie się starał zrozumieć i dzielić jego ideę.

Jako aktor uwielbiam ten proces. Zagłębiania się i podążania za pomysłem, który wcale nie jest mój. Kiedy o tym myślę, za każdym razem czuję ekscytację. Wchodzę w to zawsze z otwartą głową i sercem. Mam wrażenie, że czasem mogę pomóc, bo skoro to nie moja idea, łatwiej mi o dystans, obiektywizm.

Jako aktor staję się tworem w rękach reżysera, który modeluje mnie na swój sposób. Ferrara jest reżyserem podchodzącym do tego procesu bardzo intuicyjnie, z dużymi emocjami. Co więcej, to człowiek, który język kina zna na wylot. Wie, czego chce, a czego nie. To dla mnie istotne.

Lubi Pan mieć jasne wskazówki od reżysera?

Często jest tak, że sami do końca nie wiemy, w która stronę to pójdzie. Lubię akt kreacji. Czasami reżyser mówi mi o czymś, a ja staram się ubrać to we własne słowa. Opowiedzieć to, co usłyszałem, w taki sposób, jakby to była moja własna historia. Muszę wcześniej uwierzyć, że ona wydarzyła się właśnie mnie. To chyba taka definicja występowania, udawania, a ja właśnie tym się zajmuję.

À propos, w jednej ze scen w „Tommaso” prowadzi Pan warsztaty aktorskie i przekonuje, że aktorstwo bazuje na dwóch rzeczach – kontroli i porzucaniu. Podpisałby się pan jako Willem Dafoe pod tymi słowami?

Myślę, że tak, choć zawsze powtarzam, że nie jestem nauczycielem. Zajmuję się aktorstwem jednak na tyle długo, by pewne sprawy się we mnie uformowały i bym mógł powiedzieć o nich z pewnością i wiarygodnością.

Zdarza mi się prowadzić zajęcia dla młodych ludzi, np. w duńskiej szkole filmowej bądź czasem przy okazji festiwali, jak chociażby ostatnio w Wenecji. Robimy wtedy jakieś teatralne ćwiczenia, ale staram się też opowiedzieć studentom o swoich przemyśleniach odnośnie do tego, co jest dla mnie ważne w byciu na scenie. To, o czym wspomniałeś, jest pewnie jednym z nich.

Pana filmografia jest szalenie różnorodna. Od skromnych, niezależnych tytułów po blockbustery realizowane przez największe hollywoodzkie studia. Czym kieruje się Pan, decydując się na konkretną propozycję?

Może cię zaskoczę, ale prawie nigdy nie chodzi o scenariusz. Dobry tekst to oczywiście wielka wartość dodana, lecz mam wrażenie, że nie o to chodzi w kinie. Na pewno ważna jest osoba reżysera, warunki, w jakich będziemy kręcili, jaki to ma być w założeniu film i jak to wszystko razem się spina.

Nie chodzi wbrew pozorom też o postać, jaką ma się do odtworzenia, choć wielu aktorów o tym mówi jako o kryterium. Mnie bardzo interesuje proces, który przecież często obejmuje zmiany w pierwotnym scenariuszu.

Byłbym hipokrytą, gdybym powiedział, że nie cenię dobrego tekstu, ale dla mnie najlepszą rzeczą w kinie jest to, że ma w sobie wiele z poezji, ma umiejętność zaginania czasu, proces „stawania się” jest tu absolutnie wyjątkowy. W tym wszystkim chodzi o dwie rzeczy –miejsca i ludzi.

O co jeszcze?

O przygodę, uczenie się czegoś i wynoszenie tego dalej. Te kryteria są dla mnie istotne. Oczywiście dochodzą do tego bardziej praktyczne sprawy. Świadome połączenie tego wszystkiego to moim zdaniem zdrowa droga do podejmowania dobrych decyzji. Nie warto trzymać się kurczowo jednej drogi, bo bardzo szybko możemy uwierzyć, że jest ona jedyną właściwą.

A to niebezpieczne. Z mojej perspektywy każda propozycja jest postrzegana indywidualnie. Nie zakładam z góry jakichś określonych wytycznych. Patrzę na projekt i zastanawiam się, jak z tym wszystkim się czuję.

Z perspektywy własnego doświadczenia uważa Pan, że każdy aktor przynajmniej raz powinien stanąć na teatralnej scenie i spróbować się z tym zmierzyć?

Wszystkie moje myśli, refleksje związane z aktorstwem wychodzą właśnie z teatru. Choć nie był to konwencjonalny teatr. Nie mam jednak przekonania, czy do stworzenia wybitnych kreacji potrzebna jest edukacja czy wcześniejsze doświadczenie teatralne.

Znam wielu znakomitych aktorów filmowych, którzy prawdopodobnie byliby straszni na scenie, gdyż nie mają określonych zdolności, talentu akurat potrzebnego do bycia na scenie. Posiadają jednak coś zupełnie innego, co być może ciężko zdefiniować czy opisać słowami, ale jest to doskonale widoczne w każdym kolejnym ich filmie.

Być może są po prostu stworzeni do występowania przed kamerą. Nie powiedziałbym zatem, że jest to niezbędne. Przecież wielu znakomitych aktorów teatralnych w ogóle nie trafia do kina.

 

Czy zatem przyzwyczajenie się do pracy przed kamerą wymagało czasu i doświadczenia?

Niekoniecznie, bo te dwie drogi były mi bliskie niemalże od początku i nie czułem wielkiej różnicy. Z teatrem zresztą współpracuję cały czas. Czuję, że to on mnie uformował. Chociażby w kwestii podejścia. Wydaje mi się, że przypominało ono bardziej podejście tancerza czy sportowca aniżeli wgłębianie się w scenariusz od strony literackiej czy psychologicznej.

Chodziło o wykonywanie jakiejś czynności. Ważna też była elastyczność i otwartość na nowe rzeczy, które sprawiały, że to podejście trochę się zmieniało.

Dla przykładu, kiedy prowadzę jakieś zajęcia aktorskie, są dwie rzeczy, na które zwracam uwagę w kontekście ewentualnej współpracy z młodym aktorem. Pierwszą byłoby przyprowadzenie do pokoju małego dziecka, powiedzmy czteroletniego, usadzenie go i powiedzenie aktorowi, żeby spędził z tym dzieckiem trochę czasu.

Ja z kolei uważnie bym ten proces obserwował. Druga rzecz –wykonałbym jakąś czynność, powiedzmy przeszedł przez pokój. Poprosiłbym, żeby studenci się temu przyjrzeli, a następnie by starali się to skopiować. Jestem przekonany, że te dwie rzeczy powiedziałyby mi o nich bardzo wiele (śmiech).

To trochę jak reżyser…

Od razu mówię, że nigdy nie myślałem o tym, by zająć się reżyserią.

Dlaczego? Jakie największe wyzwania widzi Pan w pracy reżysera?

Chyba próba utrzymania balansu pomiędzy posiadaniem jakiegoś planu na realizację a byciem otwartym na to, co się dzieje w danej chwili i w którą stronę to wszystko zmierza. Umiejętność dostosowania się jest niezwykle ważna. Naprawdę. Pracowałem z wieloma reżyserami i mogę powiedzieć, że wielu z nich to miało.

Chodzi o wsłuchanie się w impulsy i pokonanie swojego ego. To prawdopodobnie jeden z powodów, dla których nigdy nie będę reżyserem. On ma na sobie bardzo dużą odpowiedzialność. Czuję ją także oczywiście jako aktor, ale finalnie nie muszę wiedzieć, do czego to wszystko zaprowadzi. Nie muszę rozprawiać nad znaczeniami filmu albo ich brakiem.

A reżyser musi (śmieje się, po czym dyskretnie wskazuje na siedzącego obok Abla Ferrarę –przyp. red.).

Rozmawiał Kuba Armata, Cannes