Z Vincentem Lindonem rozmawia Kuba Armata
Kuba Armata: Jednym z poważnych problemów dzisiejszego świata jest to, w jakim tempie się on radykalizuje. Do głosu dochodzą skrajnie prawicowe partie, nierzadko z faszystowskimi hasłami na sztandarach. Francja jest ciekawym przykładem, bo nie tak dawno, w trakcie wyborów parlamentarnych po pierwszej turze wszyscy byli przekonani o triumfie stronnictwa Marine Le Pen. W ostatniej chwili, ku zaskoczeniu większości obserwatorów, sytuacja się jednak odwróciła.

Vincent Lindon: Ja z kolei nie byłem zaskoczony. Francuzi mają wiele wad, ale też jedną dużą zaletę – są przekorni. Nie znosimy wręcz, gdy ktoś mówi, że coś na pewno się wydarzy i w zasadzie już jest po zawodach. Tak? No to jeszcze zobaczycie. Tak myśli duża część moich rodaków. Zawsze zatrzymujemy się w ostatnim momencie. Tuż przed katastrofą. Kiedy po pierwszej turze wiele osób z mojego kręgu było załamanych, tonowałem nastroje, przekonując, że to się odwróci. Niektórzy patrzyli na mniej jak na wariata. My jednak czekamy do samego końca, żeby pokazać, że mamy wybór.
Co nie zmienia faktu, że dzisiaj nie jest to problem tylko Francji, a wielu europejskich krajów. Z czego to się bierze pana zdaniem?
Ludzie zaczynają się tym interesować, bo są rozgoryczeni. Otaczająca rzeczywistość jest dla nich rozczarowująca. Chcą spróbować czegoś innego. To trochę tak jak ze skokiem przez okno, bo nigdy tego nie robiłeś. Tym, co tak bardzo spodobało mi się w tej historii, jest fakt, że nie narzuca on żadnego porządku. Nie znoszę filmów, które prowadzą widza za rękę i mówią mu, co jest dobre, a co złe. Wolę historie dające przestrzeń do własnych wniosków. Być może ludzie wyjdą z kina i zaczną ze sobą rozmawiać, zastanawiając się, dlaczego faszystowskie ruchy są tak atrakcyjne dla młodych mężczyzn. Albo pomyślą nad motywacją mojego bohatera, który wbrew swoim wartościom za wszelką cenę chce ratować syna. To może zrobić dużo więcej dobrego niż film z tezą.
Niepokoi pana to, co widzi za oknem?
Jakiś czas temu zagrałem z moimi przyjaciółmi w grę polegającą na tym, by jednym słowem opisać dzisiejszy świat. Prawdę mówiąc, stawało się to coraz bardziej wulgarne, więc przestaliśmy. Ludzie stawiają na wygodę – każdy dzisiaj chodzi w birkenstockach! Życie to nie tylko wygoda, to również wyzwanie.
W tym kontekście ciekawe w filmie jest pokazanie tego, jak bardzo dziecko może różnić się od rodzica. Począwszy od innych poglądów, wartości, przez wybranie odmiennej drogi życiowej. To chyba spore wyzwanie dla każdego rodzica?
Oczywiście. Dla mnie nasz film składa się z dwóch historii – dużej i małej. Każdy z widzów może zdecydować, która dla niego jest bardziej istotna. Jedna opowiada o miłości, ale i niełatwej relacji pomiędzy ojcem a jego dwoma synami. Druga z kolei podejmuje problem społeczny, polityczny, jakim jest coraz mocniejsza pozycja skrajnie prawicowych ruchów i to, jak mogą być one atrakcyjne dla młodego człowieka. Zwłaszcza tego rozczarowanego rzeczywistością, która go otacza. Dla mnie, jako człowieka i ojca, ważniejsza jest ta pierwsza, bo uważam, że miłość napędza każde nasze działanie. Mam mocne przekonanie, że charakter bardzo mocno związany jest z przeznaczeniem. Jeżeli kiedykolwiek czytałeś jakiś wywiad ze mną, na pewno trafiłeś na tę myśl, bo jest to zdanie, które wszędzie i zawsze powtarzam (śmiech).
Co to właściwie dla pana oznacza?
Spróbuję ci to wyjaśnić. W filmie mamy trzech głównych bohaterów – ojca oraz dwóch dorastających synów (w tym momencie Vincent Lindon zaczyna wszystko rozrysowywać na kartce – przyp. aut.). Jedli to samo, spali w tym samym domu, mieli taką samą edukację, tego samego ojca i matkę oraz słuchali o wartościach, jakie oni wyznają. A jednak różny charakter chłopców sprawił, że każdy z nich poszedł w inną stronę. Jeden zafascynował się prawicową ideologią, drugi wybiera się na uniwersytet. To fascynujące, bo jako ojciec raz czujesz się dumny, a kiedy indziej winny. To taki taniec. Mój bohater w filmie próbuje pomóc starszemu synowi skierować go na właściwe tory, ale czasem jest na to po prostu za późno.
Czy to go w jakiś sposób obciąża?
Tym, o co może mieć do siebie pretensje, jest fakt, że nie wyłapał tych symptomów wcześniej, przez co nie mógł odpowiednio zareagować. Nikt nie jest doskonały, poza tym rodzic też może mieć swoje problemy. W przypadku Pierre’a wiąże się to przede wszystkim z tym, że po śmierci żony cała odpowiedzialność za rodzinę spadła na niego. To dobry człowiek, który podobnie jak my wszyscy czasem popełnia błędy. Dlatego nasz film może poruszyć widzów. Każdy mężczyzna może w jego postaci odnaleźć cząstkę siebie. Choć wyraźnie brakuje tam kobiety, żony, matki, jest coś interesującego w portrecie trzech mężczyzn, którzy zdani są na siebie.
Co ma pan na myśli?
Obserwujemy trzech facetów, którzy nie do końca wiedzą, jak ze sobą rozmawiać czy nawzajem się sobą opiekować. Są jak trzy małe pieski wymagające opieki. Gdyby w tym domu była obecna żona mężczyzny i matka chłopców, ta historia nie byłaby taka sama. Kobieta wyczuwa pewne rzeczy znacznie szybciej. Kiedy matka mówi trzy dni wcześniej, że dziecko będzie chore, ojciec zauważa to dopiero w chwili, gdy dziecko kaszle i ma gorączkę. Brak kobiecej intuicji sprawia, że wszystko w domu bohaterów wydaje się dość chaotyczne. Choć jednocześnie jest on pełen miłości, co bardzo mnie urzekło, kiedy czytałem scenariusz. Wątki związane z atrakcyjnością faszystowskiej ideologii są ważne i aktualne, szczególnie w ostatnim czasie w Europie, ale według mnie wymagało to czegoś jeszcze, by stworzyć pełniejszy film. W ogóle mam wrażenie, że do napisania dobrej książki czy zrobienia wartościowego filmu potrzebne są dwie rzeczy, które wzajemnie się napędzają. Jedna wcale nie musi być gorsza od drugiej. Przełożę to na inny grunt. Mam dwójkę dzieci. Kocham je tak samo mocno, żadnego z nich nie faworyzuję. To jak ze świecą. Możesz zapalić kolejną, nie gasząc płomienia pierwszej. Gwarantuję ci, że każdy, kto spodziewa się drugiego dziecka, panikuje i pyta swoich bliskich bądź przyjaciół, czy pokocha je tak samo jak pierwsze. Bojąc się, że może tak nie być. Miłość się mnoży, nie dzieli.
Wierzy pan w miłość?
Jeśli nie wierzysz w miłość, jesteś martwy. To ostatnia rzecz, jaka zostanie nam na świecie. Bez miłości wszystko się kończy.
Tym, co mnie urzekło w relacji pomiędzy ojcem a synem, który wpadł w złe towarzystwo, jest to, że za każdym razem, kiedy Fus zawiedzie Pierre’a, ten go nie skreśla. Zawsze starają się zacząć od nowa, odzyskać kontakt. Nawet jeżeli to się dzieje bez słów.
Bez względu na wiek dzieci dla swoich rodziców zawsze są maluchami. Kiedy jako dorośli ludzie odwiedzają ich w środku zimy, matka zawsze powie: „Załóż szalik, będzie ci zimno”. Nawet jeżeli się buntujemy, w takim starciu nie mamy szans. Dla nich zawsze pozostaniemy dziećmi. Taka jest kolej rzeczy. Kiedy rodzice odchodzą, z jednej strony czujesz się sierotą, z drugiej wchodzisz w ich rolę z pełnym poświęceniem dla swojego dziecka. Myślę, że to dla każdego trudny moment, bo nawet jeśli rodzice są już w podeszłym wieku, schorowani czy niedomagają z jakiegoś innego powodu, czujesz, że zawsze masz ten wentyl bezpieczeństwa i w trudnej sytuacji możesz się do nich zwrócić. Może nie doceniasz tego, kiedy rodzice żyją, ale w chwili, gdy odejdą, zaczyna tego bardzo brakować.
W role pana synów w filmie wcielają się dwaj młodzi francuscy aktorzy: Benjamin Voisin oraz Stefan Crepon, będący dopiero na początku swojej zawodowej drogi. Pan w tej branży jest od początku lat 80. Czy w tych chwilach, kiedy nie kręciliście scen, też traktowali pana jak ojca?
Praca z nimi była wspaniała, bo przypominała prawdziwe życie. Jestem aktorem, który jest w tym zawodzie od czterdziestu dwóch lat, a oni – jak wspomniałeś – dopiero zaczynają swoją filmową przygodę. Mają w sobie coś świeżego, charakterystycznego dla tego wieku. Można powiedzieć, że byłem dla nich szefem na planie. Zresztą cały czas zwracali się do mnie per „tato”. To bardzo miłe, kiedy czujesz, że możesz przekazać komuś pałeczkę i powiedzieć: „To już za mną, twoja kolej”.
Zaraz, zaraz, ale to chyba nie oznacza, że powoli kończy pan karierę aktorską?
Nie zamierzam się poddawać, ale duże wrażenie zrobiło na mnie to, że w chłopcach zobaczyłem samego siebie sprzed lat. To obudziło we mnie wiele emocji. Benjamin i Stefan kojarzyli mi się z dwoma szalonymi psami. Nigdy nie byli zmęczeni, cały czas coś robili, mieli w sobie dużo pasji i entuzjazmu. Trochę dałem się wciągnąć w te szaleństwa, chociaż musiałem mierzyć siły na zamiary (śmiech). Pamiętam, jak po weneckiej premierze byliśmy potwornie zmęczeni, zjedliśmy kolację i myślałem, że zaraz wyląduję w łóżku. A oni zaproponowali, żeby iść jeszcze do klubu na plaży na imprezę…
I jak się skończyło?
Cały czas słyszałem tylko: „Tato, chodź”. Więc w końcu uległem. Poszedłem z nimi, ale wróciłem po piętnastu minutach. Podejrzewam, że nawet tego nie zauważyli, bo natychmiast poszli się bawić. Niemniej było to bardzo miłe. Kocham młode pokolenie. Nawet jeżeli zdarza im się błądzić. Z nimi jest trochę tak jak z małym drzewkiem. Wciąż można je kształtować, kierować w odpowiednią stronę. To nie jest jeszcze gruby pień z głębokimi korzeniami. Wciąż można coś zmienić, jakoś na nich wpłynąć. Poza tym sam mam dzieci, więc mogę ich zrozumieć.
A propos, w filmie jest scena, w której młodszy brat ma rozpocząć studia na uniwersytecie, w efekcie czego wyprowadza się z domu rodzinnego do Paryża. To chyba trudny moment dla każdego rodzica. Pamięta pan chwilę, kiedy pana dzieci wyjechały?
Masz dzieci?
Nie.
To niezwykle trudna chwila. Otwierasz drzwi, widzisz pamiątki z ich dzieciństwa, ale pokój jest i już będzie pusty. To uczucie nie do opisania. Z jednej strony pojawia się myśl: „Brawo, udało się! Jest gotowe, by iść własną drogą”. Z drugiej twój wewnętrzny głos krzyczy, by dziecko nie odchodziło. Kiedy dzieci wezmą sok z lodówki, a później odkładają tam pustą butelkę, masz ich serdecznie dość. Ale gdy już wyprowadzą się z domu, a w lodówce nie znajdziesz soku ani nawet pustej butelki, zaczynasz za tym tęsknić. Niełatwo sobie z tym poradzić.
