Vasina: “Nadal jestem niedyplomatyczna” [wywiad]

Vasina: "Nadal jestem niedyplomatyczna" [wywiad]
Vasina przez wiele lat stylizowała artystów i sesje zdjęciowe oraz tworzyła unikalne, artystyczne kostiumy. Niedawno ruszyła mocno ze swoją marką, zorganizowała pierwszy indywidualny pokaz, a teraz premierę miał kolekcjonerski album ze zdjęciami duetu Wunsche & Samsel.

Na jego kartach znajdziemy plejadę wyjątkowych osobowości ubranych przez Vasinę, wśrod których są m.in. Monika Brodka, Anka i Wilhelm Sasnalowie, Izabela Kuna, Kayah, Agata Buzek czy Dorota Masłowska. O idei albumu, natłoku pomysłów oraz ucieczce od natury z Vasiną rozmawia Rafał Stanowski

Najpierw byli bohaterowie sesji czy koncepcja zdjęć, do której wybrałaś galerię wyjątkowych osobowości?

Zaczęłam od bohaterów, potem spotkałam się z fotografkami Magdą Wunsche i Agą Samsel, na końcu wymyśliłyśmy historię. Motywem przewodnim były plastik i woda, które przeplatają się w kadrach. Od początku zakładałam, że na zdjęciach pojawi się Monika Brodka, którą uważam za swoją muzę.

Często ze sobą współpracujecie i chyba rozumiecie się bez słów, dzięki Tobie wizerunek sceniczny Moniki Brodki nabrał unikalnego charakteru, podobnego do jej muzyki. Kto wybrał jej stylizację do sesji – Ty czy Ona?

Znamy się z Moniką od dawna, wspólnie rozwijałyśmy się, jeśli chodzi o modę. Łączy nas również to, że obie jesteśmy bezkompromisowe. Albo musi być totalnie na jej, albo na moje. Nigdy nie spotykamy się w pół drogi. Przyjechałam na zdjęcia i powiedziałam, że ma założyć tę konkretną sukienkę. Uwielbiam to zdjęcie, ona również, ale samej sukienki nie znosi.

 

Mam wrażenie, że jesteś typem człowieka bardzo zdecydowanego, nie tylko w modzie. Musiałaś się tego nauczyć czy przyszło to naturalnie?

No tak, zabrało mi to trochę czasu, pracuję w branży od dwudziestu lat. Ale charakter mi się nie zmienił, nadal jestem niedyplomatyczna, mówię co myślę.

Czyli innym bohaterom też powiedziałaś, co mają na siebie założyć?

Tak, czy chcieli tego, czy nie (śmiech). Dałam im jednak możliwość, jeśli nie będą chcieli czegoś mieć na sobie, ok, nie muszą, ale rzeczy mają znaleźć się w kadrze, na przykład w koszu na śmieci.

 

Coś takiego się wydarzyło?!

Nie, na szczęście nikt nie protestował. Pewnie dlatego, że od wielu lat pracuję jako stylistka, więc na etapie planowania sesji mogłam przewidzieć komu coś będzie pasowało, a komu nie. Dobierałam rzeczy pasujące do ich wizerunku, nawet jeśli są kimś, kto ma w dupie to, co nosi. Chcieliśmy pokazać przede wszystkim człowieka. Traktuję ten album jako pewien eksperyment socjologiczny, byłam ciekawa, jak zachowają się moje projekty na wybranych osobach.

Szukałam ludzi o silnej osobowości, o mocnym artystycznym flow, z historią, która ukaże się przez pryzmat ubrania. Jeśli ktoś z nich zdecydował się, by wziąć udział w moim projekcie, miał zaufanie, że nic złego mu się nie stanie.

Stylizacje są jednak bardzo mocne, widać w nich Twoją rękę i oko, powiedziałbym wręcz, że potrafią zdominować kadry, może z wyjątkiem ujęcia z Izą Kuną…

No tak (śmiech). Wymyśliłyśmy, by pokazać Izę z jakimś zwierzęciem. Wybrałyśmy serwala, a potem wszyscy się go bali, dlatego aktorkę przebrałam w dresy, nadając jej mocny look, trochę jak z blokowiska. Nie zawsze jednak szłyśmy tak daleko. Wilhelm Sasnal nosi na przykład mój t-shirt, ale założył swoje jeansy. Lubię, jeśli ktoś ma swój styl, obojętnie czy jest mi bliski, czy nie. Lubię, gdy moje rzeczy są anektowane przez bohatera do jego świata.

Nie wiem, czy podobałoby mi się, gdybym na ulicy zobaczyła kogoś ubranego od stóp do głów w rzeczy od Vasiny. Bardziej mnie kręci, jeśli ktoś wpasowuje moje projekty w swoją garderobę. Mam takie marzenie, wychodzę z domu, widzę ekstra ubraną dziewczynę w moich rzeczach, ale ich nie rozpoznaję, bo patrzę na całość stylizacji, a nie na poszczególne elementy.

To jest dość liberalne podejście jak na stylistkę, kostiumografkę i projektantkę!

Cenię ludzi, którzy mają właściwe podejście do ubrania, którzy noszą je, bo lubią, a nie kupują tylko dlatego, że coś stało się modne. Wolę, gdy kupują mniej, a dobrej jakości. Odpukać, na szczęście, gdy ktoś do mnie trafia, są to klientki, które czują podobnie.

 

I chyba jest ich coraz więcej? Zmienia się mentalność ludzi, coraz częściej wolą wybrać coś, co będzie im bliskie i co będzie posiadać większą wartość.

Tak, jest coraz fajniej. Dlatego staram się rozwijać moją markę. Pierwszy rok to było badanie rynku, chciałam zobaczyć jak zostanie przyjęta, teraz dochodzę do wniosku, że było warto.

 

Mówi się, że kluczowe są pierwsze trzy lata. Jeśli marka je przetrwa, pozostanie na dłużej.

Nie znam się na biznesie (śmiech).

 

Z drugiej strony jesteś osobą znaną, z wieloletnim doświadczeniem w branży jako stylistka, więc ta statystyka może być nieco mylna. Krótko mówiąc, te trzy lata masz już za sobą.

Wiesz, gdy ktoś do mnie przychodzi, z reguły zna moje podejście do mody. Nie odwiedzają mnie przypadkowe klientki, które chcą oglądać ubrania, lecz osoby, które wiedzą czego chcą, przychodzą, by dotknąć i kupić.

A chciałabyś mieć w ogóle przypadkowe klientki, które nie znałyby Vasiny od poszewki tylko przyszły skuszone ładną witryną lub reklamą?

Dlaczego nie? Ale w sumie… sama nie wiem. Gdybym miała klasyczny sklep, a nie atelier na czwartym piętrze w kamienicy w centrum Warszawy, pewnie musiałabym się rozglądać za takimi osobami. Ale na razie nie ma takiej konieczności. Cieszy mnie, gdy przychodzą dziewczyny, które czują podobnie do mnie, z którymi rozumiemy się w pół zdania. Współpraca z nimi jest samą przyjemnością. I może dlatego moment, w którym znajduje się teraz moja marka, jest taki fajny.

 

Bo nie ma presji?

Tak, czerpię z projektowania strasznie dużo przyjemności i ta radość z tworzenia odbija się w rzeczach, które tworzę. Patrzę na światowych projektantów robiących 100 kolekcji w roku i zastanawiam się, czy to jest dobre dla głowy. Oczywiście wiem, że oni mają mnóstwo pomocników, nie tworzą wszystkiego sami, ale kurczę, to w sumie jakieś szaleństwo.

Skąd czerpiesz pomysły – z podróży, Internetu, z ulicy?

Nie narzekam na brak pomysłów. Mój problem jest inny – zwykle mam ich natłok (śmiech). Siadam przed kartką i czuję, że chciałabym jeszcze to, jeszcze tamto, tu coś dodać, tam dołożyć. Gdybym nie tworzyła sobie ram, w które muszę włożyć koncepcje na ubrania, kolekcja nie miałaby pewnie ładu i składu. Największym wyzwaniem jest dla mnie przycinanie pomysłów i wyrzucanie tego, co niepotrzebne.

 

Jak wiele wyrzucasz?

Ponad połowę. Tworzą pierwszą kolekcję stworzyłam około stu projektów, w sumie zostały czterdzieści trzy, a tak naprawdę powinno być około trzydzieści. Pamiętam, że miałam wtedy straszną potrzebę pokazania wielu wzorów i printów. Nowe rzeczy, które teraz zaczynam tworzyć, będą bardziej minimalistyczne.

 

Kiedy je zobaczymy?

Jeśli wszystko się uda dograć z partnerami, pokaz odbędzie się na początku października. Udało mi się zbudować fajny team, więc jestem optymistką.

 

Jak w ogóle wspominasz swój debiut z zeszłego roku – pierwszy własny pokaz to był koszmar czy marzenie?

Było cudownie! Gdybym czuła inaczej, nie planowałabym drugiego. Miałam straszną potrzebę zrobienia czegoś własnego. Pomyślałam sobie, że muszę zrobić ten pokaz, wyrzucić go z siebie, bo nie będę mogła umrzeć spokojnie, a potem pewnie odpuszczę. Ale po tym wszystkim dotarło do mnie, jaka to wielka przyjemność, wspaniałe przeżycie. Dlatego już planuję następny. Dzięki temu będę miała pracowite wakacje. Nigdzie nie będę musiała wyjeżdżać!

Nie lubisz?!

Nie znoszę! Lubię wakacje innego rodzaju niż te, które spędza reszta Polski. Morze, woda, piękne palmy – to nie dla mnie. Im większe miasto, głośniejszy hałas, tym lepiej odpoczywam. Jeśli wszystko się uda, po pokazie wyskoczę pewnie gdzieś na dwa tygodnie.

 

Rozumiem, że do jakiegoś wielkiego miasta?

Marzy mi się Nowy Jork, do którego mogłabym wyjeżdżać co roku aż do śmierci, czuję się tam jak w drugim domu. Lubię jego energię, wracam potem do Warszawy, biorę głęboki oddech i czuję, że wszystko stoi przede mną otworem. Myślę również o Tokio, nie uspokoję się, jeśli tam nie dotrę, nie dotknę jego natury, nie zbadam tamtejszego rynku, intuicja podpowiada mi, że moje projekty mogą się tam podobać. Sparzyłam się jednak kilka razy na swoich marzeniach, więc zobaczymy, jak będzie.

 

Gdzie się najbardziej sparzyłaś?

Na Islandii… Marzyłam o niej, wszystko wydawało się piękne. Pojechałam na dwa tygodnie i dotarło do mnie, że ja ni hu, hu nie jestem kompatybilna z przyrodą. Jedziesz osiemdziesiąt kilometrów po żwirze, a na końcu drogi stoi opuszczony samolot, wszystko tam jest opuszczone i przygnębiające. Ludzie są smutni, wieje depresją, od natychmiastowej ucieczki ratują cię tylko ciepłe źródła.

Trzeba posiadać specyficzny rodzaj charakteru, by czuć się tam dobrze. Wiesz, ja muszę mieć naokoło piękną architekturę, ciekawych ludzi. Mogę mieszkać przez całe wakacje w starej kamienicy i patrzeć na mury naprzeciwko.

Palmy, czysta woda w ogóle mnie nie kręcą. Mój mąż za to idzie na plażę, spędza trzy godziny w wodzie, wychodzi, napije się drinka, zje coś, poczyta, znowu spędza trzy godziny w wodzie. Ja idę na plażę, gorąco, nie ma cienia, dobra, idę do wody, robię kółko, drugie, trzecie, po chwili mnie szlag trafia, a minęło dopiero pięć minut. Kończy się na tym, że w jeden dzień czytam sześć książek.

W nocy nie mogę spać, denerwują mnie te wszystkie robaki, napieprzające cykady, wyjące małpy. Ja się do tego nie nadaję. Do szczęścia wystarczą mi muzeum sztuki współczesnej, zajebiste knajpy i piękne ulice z kamienicami.

Czyli jednak Nowy Jork?

Jest niesamowicie otwarty, idziesz, tu jakiś wernisaż, tam koncert. Wchodzisz z przypadku, nikt cię nie wyrzuca. Ludzie cały czas coś robią, znajdujesz się w tyglu niekończącej się energii. Do odpoczynku potrzebuję nieustannych bodźców.

 

A do pracy?

Ciszy. Zamykam się w pracowni, odcinam od świata, myślę i tworzę. Wszystko mam w głowie. Wystarczy, że położę się na kanapie i zaczynam sobie wyobrażać, jak będzie wyglądać kolekcji i wybieg, potem przenoszę to wszystko na papier. Moda płynie z mojej podświadomości.

Rozmawiał: Rafał Stanowski

Zdjęcia: Wunsche & Samsel