Sztuka powinna być dostępna dla wszystkich

Edyta Sotowska-Śmiłek, Teatr im. Słowackiego
Edyta Sotowska-Śmiłek, Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie | fot. Bartek Barczyk

Dziewięć premier, pełne sale i nowa scena — tak Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie zamknął sezon „Nowej nadziei”. O sezonie, który zaczynał się w niepewności, roli sztuki i planach na przyszłość — z Edytą Sotowską-Śmiłek, zastępczynią dyrektora Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie rozmawiał Filip Łyszczek.

Mijający sezon teatralny, pod nazwą Nowa nadzieja, zamknęliście imponującą liczbą dziewięciu premier. Czy mogłabyś pokusić się o krótkie podsumowanie? 

— Należy zacząć od tego, że sezon, który właśnie zakończyliśmy, rozpoczął się w atmosferze dużej niepewności. Nadal pozostawaliśmy w stanie zawieszenia — nie wiedzieliśmy jaka będzie decyzja w sprawie przedłużenia dyrektorskiego kontraktu Krzysztofa Głuchowskiego, a co za tym idzie — możliwości kontynuacji obranego kursu. Kontrakt wygasał 31 sierpnia i aż do ostatniego momentu nie było jasne, jak potoczą się dalsze jego losy, a także losy zespołu. Bez względu na to, jaki miał być ostateczny wynik, praca była nieprzerwanie kontynuowana. Trzeba też pamiętać, że w wakacje — choć to pozornie sezon ogórkowy — w którymś momencie zawsze rozpoczynają się próby, bo sezon zawsze rozpoczyna się jakąś premierą.

[…] teatr powinien odnosić się do aktualnej sytuacji. To jest pewnego rodzaju zobowiązanie. Nie możemy udawać, że pewne rzeczy się nie dzieją. Sztuka powinna patrzeć szerzej, dalej. Ma za zadanie kształtować opinie i postawy. Musimy wziąć odpowiedzialność. I obok wzruszania i inspirowania widzów, moim zdaniem, właśnie odpowiedzialność jest jednym z głównych zobowiązań artystów.

Rok temu sezon otwieraliśmy spektaklem na Dużej Scenie — krakowską premierą musicalu Serce ze szkła. Musical Zen. To była koprodukcja, z Teatrem Studio, a premiera miała miejsce wcześniej, jeszcze wiosną tego samego roku w Warszawie. Za reżyserię i dramaturgię odpowiadali ci sami twórcy, a w obsadzie występowali Jan Peszek i Maria Peszek. Teoretycznie mogłoby się wydawać, że to ułatwia pracę — że część rzeczy jest już gotowa, ale w praktyce to była praca niemal od początku. Inna obsada, a co za tym idzie także inna energia i w zasadzie opowiadanie historii na nowo. To była więc solidna praca od podstaw, prowadzona w czasie, kiedy wciąż nie było wiadomo, czy w ogóle dojdzie do premiery spektaklu.

Przez cały ten czas towarzyszyło nam poczucie niepewności, ale jednocześnie wiara, że się uda. I udało się. Udało się również uporządkować relacje z naszym organizatorem — Urzędem Marszałkowskim. Co więcej, spełniła się także obietnica złożona przez ministra Sienkiewicza: od 1 stycznia tego roku jesteśmy teatrem współprowadzonym przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. To daje nam oddech — zarówno organizacyjny, jak i finansowy. Do takiego rozwiązania dążyliśmy. Organizator powinien dawać przestrzeń do działania, a teatr powinien po prostu robić swoje. I myślę, że właśnie to się w tej chwili udaje.

Jak oceniasz frekwencję w minionym sezonie? Z doświadczenia wiem, że bilety na Wasze spektakle często rozchodzą się z zawrotną prędkością.

— Nie ukrywam, bardzo nas cieszy to, że bilety się wyprzedają, że widzowie przychodzą do teatru. Oczywiście chcielibyśmy mieć możliwość grania tyle, by każdy mógł je zdobyć. Zauważamy, że jest ogromna potrzeba obcowania ze sztuką, z kulturą — w różnych jej odmianach. Ludzie potrzebują sztuki, niekoniecznie tylko tej najwyższej, choć za tą też bardzo tęsknią. Mam poczucie, że to właśnie uczestniczenie w kulturze daje im poczucie tożsamości, wspólnoty i niesie ze sobą wartości. Sztuka jest jakością. Bo kiedy przychodzisz do teatru na spektakl, dostajesz coś wyjątkowego — coś, co wydarza się tylko raz. Następnego wieczoru, nawet jeśli jest to ten sam tytuł, nawet jeśli jest powtarzalny scenariusz, jest to inne wydarzenie, bo każdy z jego uczestników — aktor i widz — przychodzi z inną energią, innymi emocjami.

Pewnym remedium na rozchodzące się bilety jest specjalny karnet, który oferujecie już od paru lat. 

— Tak, rzeczywiście — dwa sezony temu wpadliśmy na pomysł, że karnet może być dobrą formą wsparcia teatru i jednocześnie ukłonem w stronę naszych stałych widzów, de facto naszych wiernych przyjaciół. To rozwiązanie polega na tym, że widz wykupuje karnet z góry — to nie są wielkie pieniądze, ale posiadanie karnetu niesie ze sobą różne korzyści — w tym między innymi pewną obietnicę: możliwość wcześniejszego zakupu biletów, co jest kuszące zwłaszcza w kontekście spektakli, na które trudno się dostać. Jak działa ten mechanizm? Zanim nowy repertuar oficjalnie zostanie ogłoszony, a bilety trafią do ogólnej sprzedaży, osoby posiadające karnet mogą zarezerwować miejsca wcześniej. W pierwszym sezonie potraktowaliśmy to jako pilotaż i okazało się, że pomysł się sprawdził. Zatem to kontynuujemy.

Czy planując kolejne sezony, bierzecie pod uwagę potrzebę dotarcia także do mniej doświadczonych widzów? Czy staracie się proponować repertuar, który trafi do szerszego grona odbiorców? 

— Nasz repertuar jest różnorodny. Widać w nim zarówno tytuły bardziej wymagające, skierowane do widzów o większych doświadczeniach uczestniczenia w sztuce teatru — jak i dające przyjemność obcowania z teatrem tym osobom, które przychodzą do niego po raz pierwszy. Mamy też spektakle dla młodych widzów. I to ogromnie cieszy, że w czasach online’u-offline’u, repertuar, który my im proponujemy, jest angażujący.

Dysponujemy trzema scenami i to również wpływa na różnorodność naszej oferty. Z jednej strony na Dużej Scenie są wielkoobsadowe spektakle, jak na przykład 1989, Wesele czy Dziady, ale mamy też spektakle, w których na scenie jest trzech aktorów, którzy są bliżej widza. Sięgamy po różne formy, bo teatr publiczny ma także obowiązek poszukiwania nowych ścieżek.

Ja zawsze podkreślam, że nie wszystko musi się sprzedawać w stu procentach; naszych spektakli nie programujemy na komercyjny sukces. One oczywiście muszą mieć widzów, bo dla nich są tworzone, ale przede wszystkim mają być wartościową propozycją, otwierającą głowy, dotykającą serca. Powinny być poszukiwaniem. To na koniec dnia jest najważniejsze.

Na naszych scenach można zobaczyć zarówno klasykę, jak i współczesne teksty — spektakle lżejsze i trudniejsze. Jest miejsce i dla widza poszukującego czegoś zupełnie nowego, i dla bardziej tradycyjnej publiczności. Staramy się układać repertuar tak, by każdy mógł się odnaleźć w naszym teatrze i by każda wizyta u nas była dobrym doświadczeniem.

Ostatnia premiera tego sezonu, czyli Pokój w reżyserii duetu Talarczyk-Twardoch, zaskoczyła mnie bezpośredniością przedstawienia tematu. Bez zbędnych metafor i kamuflażu twórcy pokazali nam naszą rzeczywistość: wojnę polsko-polską. Czy decyzja o umieszczeniu tego spektaklu na końcu sezonu była celowa? Czy miało to związek z datą wyborów? 

— To był zupełny przypadek. Rozmowy zarówno z Robertem Talarczykiem, jak i ze Szczepanem Twardochem prowadziliśmy niezależnie od kalendarza wyborczego. Twórcy, co oczywiste, otrzymali pełną wolność artystyczną. Wiedzieliśmy, że zamawiając ten tekst u Szczepana Twardocha — bo powstał on na nasze zamówienie — dostaniemy coś mocnego i bardzo aktualnego. A że jego premiera zbiegła się z wyborami… tak po prostu wyszło.

Planowanie premier w teatrze to niezwykle precyzyjna układanka, szczególnie przy trzech scenach. Musimy tak rozpisywać próby i spektakle, by nie blokować dostępności aktorów na innych scenach. Spektakle układamy zatem w pary, a nawet trójki, które pozwolą podczas jednego wieczoru realizować równolegle, na różnych scenach, dwa czy trzy spektakle. To bardzo złożony proces, który wymaga dobrego planowania — a w tym specjalizuje się nasz zespół koordynacji artystycznej.

I do tych trzech scen dołożyliście właśnie kolejną — MOS Underground. 

— Tak, zgadza się. W MOS-ie mamy przestrzeń, która wcześniej pełniła funkcję wystawienniczą — między innymi latem ubiegłego roku przygotowaliśmy tam wspólnie z naszym partnerem, firmą BMW, projekt BMW Art Club: Sen maszyny. To miejsce świetnie nadaje się również do działań performatywnych. Mając świetny potencjał ludzki — zarówno aktorski, jak i techniczny — stwierdziliśmy, że warto tej przestrzeni dać szansę, a że nasi aktorzy mają mnóstwo pomysłów — będą mogli je tam realizować.

W lipcu zrobiliśmy test. Mamy poczucie, że wszystko wyszło – nie tylko pod względem artystycznym, ale i organizacyjno-technicznym i po wakacjach już z pełną mocą zainaugurujemy projekt MOS Underground. Będzie to przestrzeń dla stand-upu, małych form, które mieszczą się w godzinie, i które dobrze odnajdują się w bardziej kameralnej atmosferze i swobodnej formule — innej niż ta, do której przywykliśmy na tradycyjnych scenach.

Naszą intencją było przede wszystkim zaproszenie aktorów do tego, by sami proponowali i realizowali swoje pomysły. I właśnie w ten sposób powstało pierwsze wydarzenie w tej przestrzeni — stand-up Masażystka, przygotowany przez naszą aktorkę Martynę Krzysztofik. Martyna to osoba o wielu talentach, ma także dyplom masażystki, zatem w tym występie opowiada o swoich różnorodnych doświadczeniach zawodowych. Sama napisała tekst i go wykonuje. Właśnie ten projekt na dobre zainauguruje scenę MOS Underground po wakacjach. Dodatkowym walorem jest to, że w trakcie spektaklu będzie można skorzystać z oferty kawiarni, mieszczącej się piętro wyżej.

Niedawno, w związku z atakami na teatr, dyrektor Głuchowski był zmuszony do przeniesienia ukraińskiej flagi. Jaką rolę przywiązujesz do takich symboli w instytucjach kultury? Mam na myśli nie tylko flagi, ale również inne formy manifestowania postaw — politycznych, moralnych, społecznych — poprzez spektakle czy działania artystyczne.

— Dla nas, i dla mnie osobiście, jest oczywiste, że teatr powinien odnosić się do aktualnej sytuacji. To jest pewnego rodzaju zobowiązanie. Nie możemy udawać, że pewne rzeczy się nie dzieją. Sztuka — w tym teatr — powinna patrzeć szerzej, dalej. Ma za zadanie kształtować opinie i postawy. Musimy wziąć odpowiedzialność. I obok wzruszania i inspirowania widzów, moim zdaniem, właśnie odpowiedzialność jest jednym z głównych zobowiązań artystów. Ogromnie się cieszę, że w naszym zespole są ludzie, którzy mają kręgosłup moralny, którzy nie zapominają, czym jest przyzwoitość i dobro, i mają odwagę mówić co myślą — zgodnie z tym, co podpowiada im serce, rozsądek i troska o świat, w którym żyjemy, i w jakim świecie będziemy wychowywać nasze dzieci.

Pod tym względem mamy naprawdę wspaniały zespół — ludzi wrażliwych, ale też doskonale rozumiejących, na czym polega rola teatru. Bo teatr jest od tego, żeby mówić o wartościach. I to właśnie są wartości. I wracając do twojego pytania, kiedy mówimy o fladze ukraińskiej — pojawia się drugie pytanie: co dziś mogą zrobić artyści w Polsce? Nie sięgniemy po broń, prawda? Ale możemy wyrażać swoje zdanie, manifestować postawę. Ta flaga jest symbolem braku zgody na barbarzyństwo, to gest solidarności z tymi, którzy tracą życie. Naszym obowiązkiem jest pamiętać, że w Ukrainie mordowani są ludzie, że nie może nam to być obojętne, bo najgorzej byłoby przyzwyczaić się do sytuacji. I musimy też pamiętać, że ta granica jest naprawdę blisko — a dzielny naród ukraiński walczy nie tylko o siebie, ale również o to, byśmy my mogli spokojnie spać.

Staliście się sceną narodową — czy czujecie teraz większy ciężar odpowiedzialności, również tej edukacyjnej? Czy to w jakiś sposób Was motywuje? 

— Myślę, że jest wręcz odwrotnie – my narodowi byliśmy zawsze. Zresztą na froncie teatru widnieje napis: Kraków narodowej sztuce. Odkąd Krzysztof Głuchowski jest dyrektorem, w tym teatrze zawsze sięgaliśmy po naszą narodową klasykę. Wystarczy wspomnieć choćby Lalkę, Dziady, Wesele — to przecież pewien narodowy kanon. Nie mam więc poczucia, że dopiero teraz, gdy częściowo jesteśmy pod skrzydłami ministerstwa, skręcamy w stronę „narodowości”. To było z nami zawsze.

Czyli nie stosujecie też żadnej autocenzury? 

— W naszym teatrze nigdy nie było autocenzury. Nie cenzurujemy twórców — zapraszamy ich do współpracy świadomie. I jestem przekonana, że gdybyśmy zaczęli stosować autocenzurę, zgubilibyśmy autentyczność. A przecież podstawowe pytanie brzmi: po co jest sztuka? Sztuka nie musi być grzeczna. Nie musi płynąć z prądem. Czasami trzeba umieć stanąć i spojrzeć w drugą stronę — wtedy, gdy wszyscy idą w jedną. I właśnie na to musi być w teatrze miejsce.

W maju wystawiliście spektakl Romeo i Julia dla widzów z niepełnosprawnościami, także intelektualnymi, co wydaje się pewnym novum. Dołączyliście również do Krakowskiej Sieci Dostępności Kultury. 

— Tak, i myślę, że tu warto podkreślić coś ważnego — sztuka powinna być dostępna dla wszystkich. Od lat realizujemy w teatrze zasadę włączania osób ze szczególnymi potrzebami do uczestnictwa w życiu kulturalnym. To niezwykle istotne — bo naprawdę czas skończyć z jakimikolwiek formami wykluczenia. Osoby z niepełnosprawnością intelektualną także powinny mieć możliwość czerpania ze sztuki. Często są to osoby, które odczuwają głębiej, a udział w sztuce, w teatrze, może być dla nich czymś wyjątkowym — podobnie jak dla samych twórców. Mam nadzieję, że przyjdzie czas, kiedy o tego typu działaniach nie będziemy rozmawiać jak o czymś wyjątkowym, tylko czymś zupełnie naturalnym.

Czeka was teraz naprawdę duża modernizacja. Czego dotyczy i czego mogą spodziewać się widzowie po zakończeniu prac? Czy będą to zmiany, które odczują bezpośrednio? 

— Remonty trwają u nas od lat – prowadzone są etapami, na różnych poziomach. Udało nam się już wymienić wszystkie fotele, co zdecydowanie wpłynęło na komfort widzów. Wymieniliśmy również podłogi. Teraz wchodzimy w kolejny, bardzo istotny etap: remont dachu. To konieczne, bo ten dach po prostu przeciekał. Zdarzało się, że podczas ulewy po tylnych ścianach sceny lała się woda — takie naturalne efekty scenograficzne, można by powiedzieć z przymrużeniem oka, ale było to lekko przerażające. Otworzymy również bibliotekę dostępną dla widzów, badaczy, a nawet turystów. Będzie to przestrzeń wyjątkowa, zaprojektowana i zrealizowana, podobnie jak wymiana dachu, w ramach programu Funduszy Europejskich na Infrastrukturę, Klimat, Środowisko 2021-2027.

Cały projekt — dach, biblioteka i inne prace — rozpisany jest na trzy lata i będzie realizowany w systemie przerywanym. W tym roku planujemy cztery miesiące prac, w przyszłym kolejne cztery, a w trzecim roku — prawdopodobnie osiem. Przy remoncie dachu możemy pracować, bo wszystko można odpowiednio zaplanować i zabezpieczyć, ale już przy pracach wewnątrz  musimy zamknąć teatr. A będziemy także remontować wszystkie łazienki, których jest w budynku trzydzieści sześć. Będziemy również remontować dolną mechanikę sceny… Mogłabym długo opowiadać, co jeszcze wymaga remontu. Tegoroczny etap musi zakończyć się do 30 września, ponieważ na Dużej Scenie w połowie października mamy już zaplanowaną premierę.

No właśnie — kolejny sezon tuż za rogiem. Możesz zdradzić, co nas czeka? 

— Na razie nie chciałabym jeszcze wyjawiać całego planu na sezon — będziemy go ogłaszać publicznie po wakacjach. Ale nie jest tajemnicą, że już pracujemy nad pierwszymi premierami. Jeszcze przed wakacjami w MOS-ie ruszyły próby do spektaklu Polish Horror Story, który reżyseruje Marcin Liber. Poprzednim razem pracował u nas nad „Lepperem”, więc można się spodziewać mocnego tematu. Tym razem, jak sam tytuł wskazuje, będziemy dotykać różnych „polskich strachów” — narodowych lęków i demonów.

Z kolei pierwsza premiera na Dużej Scenie w przyszłym sezonie to Pan Tadeusz w reżyserii Wojtka Klemma — twórcy, który wcześniej zrealizował u nas m.in. Lalkę. Klemm czyta polską klasykę w sposób wyjątkowy, zatem i tym razem możemy spodziewać się świeżego spojrzenia. Zwłaszcza że pracuje głównie w niemieckojęzycznym obszarze kultury — a ta perspektywa z pewnością wnosi coś nowego i bardzo ożywczego.

Na koniec bardziej osobiste pytanie. Bez wątpienia tworzycie znakomite spektakle, regularnie zdobywacie nagrody, a „Słowak” stał się jedną z najważniejszych scen w Polsce. Czy w ciągu tych siedmiu lat pracy była jakaś premiera, która stała ci się wyjątkowo bliska? Taka, która zdobyła szczególne miejsce w twoim sercu? 

— Było ich za dużo. I to aż trochę niepokojące, że w jednym teatrze może powstać tyle spektakli, które są tak ważne. Mogłabym wymieniać, za co lubię konkretne przedstawienia, dlaczego są mi bliskie, co mnie w nich dotyka… Ale nie potrafię wskazać jednego. Na przykład 1989 — widziałam ten spektakl więcej niż kilkanaście razy. Oglądam go często z gośćmi, którzy do nas przyjeżdżają i za każdym razem daje mi niesamowitą energię. Uwielbiam Agatę Dudę-Gracz i jej Proszę Państwa, Wyspiański umiera — to spektakl bardzo intymny, pozbawiony efektów, który pięknie mówi o człowieku. To jest taki teatr, który mnie dotyka i mam szczęście dostawać w miejscu pracy. Podobnie w Ulissesie — dostaję to, co dla mnie w teatrze najważniejsze: ludzkie emocje, zmaganie się ze sobą.

Bardzo lubię Dziady, uwielbiam Wesele — jest piękne i pełne. Mamy tyle wspaniałych spektakli, że nie sposób je wymienić. A to tylko Duża Scena. Na pozostałych mamy równie ważne rzeczy — choćby Magiczna rana ze wspaniałymi rolami naszych aktorów, czy wspomniany Pokój — mocny i niepokojący, z równie wspaniałymi rolami.

Zatem naprawdę nie dam rady odpowiedzieć na to pytanie. To trochę jakby pytać, które dziecko kocha się najbardziej.

 

Rozmawiał Filip Łyszczek
Wywiad oryginalnie pojawił się w letnim wydaniu Lounge

Więcej od loungemag
Zmiany / Bez zmian. Relacja z 70. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie
Berliński festiwal filmowy znany jest z politycznego i społecznego zaangażowania. To miejsce, gdzie od lat ze szczególną...
Więcej