Skąd się biorą RYZYKANCI?

Skąd się biorą RYZYKANCI?

Śmiało można powiedzieć że ryzyko – ta ekscytująca niepewność – jest czymś, co napędza dzieje świata. Od zawsze korciło nas przekraczanie kolejnych granic, poszukiwanie przygód, sławy, pieniędzy i nowych doznań. Krzysztof Kolumb ryzykował wypływając w morze, Donald Trump – zakładając kolejne firmy, a Felix Baumgartner – skacząc z wysokości 39 km… Lądowanie nie zawsze jednak przebiega tak gładko, a upadki bywają bardzo bolesne. Zatem – PO CO? Jak wiadomo, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana…

PIENIĄDZE

Kolumb wyruszając w swoją słynną wyprawę nie planował dokonania przełomowych odkryć geograficznych – kierowała nim głównie chęć zbicia fortuny, dzięki wyznaczeniu nowego szlaku handlowego do Indii. Pogoń za pieniądzem przypomina często rosyjską ruletkę, a jednak wielu z nas podejmuje wyzwanie i bez wahanie bierze udział w tej ekstremalnej grze – mając na uwadze to, że żaden spektakularny sukces nie narodził się bez ryzyka… Prawda jest taka, że od 50 do 80% nowo zakładanych firm upada w ciągu pierwszych pięciu lat działalności. Skłonność do ryzykownych zachowań ekonomicznych towarzyszy nam jednak od zawsze. Już Adam Smith jak i David Ricardo w swoich traktatach kilkakrotnie zaznaczali, że ponoszący ryzyko oczekuje w zamian wynagrodzenia, które uważali za element naturalnego, sprawiedliwego zysku.

Trzeba jednocześnie zaznaczyć, że większą skłonność do tego typu ryzyka mają mężczyźni – kobiety są dużo ostrożniejsze, opierając się częściej na chłodnej kalkulacji. „Winowajcą” ogłoszono niegdyś testosteron – okazało się jednak, że są to błędne założenia. Naukowcy skupieni wokół Niklasa Zethraeusa z School of Economics w Sztokholmie odkryli, że nawet gdy poziom męskiego hormonu płciowego w krwi przedstawicielek płci pięknej sztucznie zostanie podniesiony, ich gotowość do ryzykownych zachowań ekonomicznych nie ulega podwyższeniu.  Potwierdza się zatem mit, że to mężczyzna we krwi ma „walkę o przetrwanie”, podczas gdy kobieta bardziej skupiona jest na „pielęgnowaniu domowego ogniska”.

SEKS

Jak wiadomo, mężczyźni uwielbiają się popisywać – a ich skłonność do niebezpiecznych wyczynów gwałtownie wzrasta w obecności podziwiających ich niewiast. Idąc o krok dalej – naukowo udowodniono, że w czasie podejmowania ryzykownych decyzji wzmożoną aktywność wykazują te same obszary mózgu, które sterują podnieceniem seksualnym. A myślenie o seksie podkręca jednocześnie gotowość do ryzyka. Potwierdził to eksperyment przeprowadzony przez psychologów z Uniwersytetu Stanforda i ekonomistów z Northwestern University, podczas którego okazało się, że mężczyźni podnieceni zdjęciami o charakterze erotycznym wykazywali większą odwagę w grach giełdowych i hazardowych. Podobnie reagowali rzeczywiści maklerzy giełdowi. Może to oznaczać, że zarówno zdobycie partnera seksualnego, jak i pieniędzy to bardzo podobne, uwarunkowane ewolucyjne potrzeby. Związki seksu ze skłonnością do ryzykownym obrotem pieniędzmi  najtrafniej skomentował jednak Terry Burnham, współautor książki „Prozaiczne geny: od seksu do pieniędzy i sytości” („Mean Genes: From Sex to Money to Food”), który w wywiadzie dla „USA Today” stwierdził: Najpierw musisz mieć pieniądze. Jeśli je masz, zdobywasz władzę. Mając władzę, będziesz miał kobietę.

CHEMIA

Skłonność do ryzyka psycholodzy uznają za wrodzoną. Dodają jednak, że taki rodzaj temperamentu może się w ciągu życia rozwijać. Każdy z nas rodzi się z innym zapotrzebowaniem na stymulację, każdy posiada optymalny poziom pobudzenia emocjonalnego. Okazuje się, że osoby o niskiej reaktywności – czyli tzw „kolekcjonerzy wrażeń” – to posiadacze odkrytego przez naukowców specyficznie zmutowanego genu, który posiada co czwarty z nas. Mają  oni także obniżony poziom monoaminooksydazy (MAO) – enzymu, który reguluje wydzielanie neuroprzekaźników przyjemności. Nieustannie poszukują sytuacji „z dreszczykiem”, a w swoich ryzykownych zachowaniach często niedoszacowują czynnika zagrażania. Udany seks, górska wycieczka, czy spływ kajakiem to przygody, które nie powodują spodziewanej satysfakcji. Za to sytuacje, które u „normalnych” ludzi wywołują lęk i poczucie zagrożenia, wywołują u nich zalanie mózgu endorfinami i dopaminą, a w efekcie – uczucie euforii. Z badań prof. Jaya Holdera, dyrektora Amerykańskiego Instytutu Uzależnień i Zachowań Kompulsywnych wynika, że organizm hazardzistów i osób uprawiających sporty ekstremalne wytwarza w momencie zagrożenia ponadprzeciętną ilość „hormonów szcześcia” –  podczas ryzykownych sytuacji czują się jak po zastrzyku heroiny. I faktycznie, od silnych emocji mogą się uzależnić!

„BO MOGĘ”

„Dlaczego to zrobiłeś?” – dopytywały się media tuż po udanym lądowaniu Felixa Baumgartnera. Austriak odpowiedział dokładnie tak, jak słynny brytyjski alpinista George Mallory po zdobyciu Mount Everestu: „Because it’s there” (w domyśle: „Bo jest taka możliwość”). Podobnie swój wyczyn tłumaczył w 2008 roku szwajcarski pilot Yves Rossy – „człowiek-rakieta” na własnoręcznie zbudowanej lotni o napędzie rakietowym pokonał kanał La Manche.

Ale to już skrajne przykłady łamania barier w poszukiwaniu emocji i „wolności”.  W dzisiejszych czasach mamy niemal wszystko i możemy wszystko – a wtedy pojawia się aptet na więcej. Nie cichną głosy, że we współczesnej kulturze zachodniej moda na uprawianie ekstremalnych sportów i ryzykowne zachowania to odpowiedź na brak prawdziwych zagrożeń, np. wojen. Jest więc i następny czynnik – nuda. W naszej hedonistycznej kulturze kręci nas to, co nowe, nieznane i ryzykowne, a jeszcze bardziej – to, że można się tym pochwalić przed innymi, podnosząc jednocześnie swój społeczny status. Według przeprowadzonych niedawno badań dużo większy podziw i sympatię budzą w nas kolekcjonerzy wrażeń, nie przedmiotów. Nikogo nie dziwi zatem widok znudzonego pracownika korporacji wykupującego kolejną wycieczkę na rifting czy skok ze spadochronem. Także w Polsce biura prześcigają się w ofertach mrożących krew w żyłach sportów i przygód…

Natalia Czekaj

Materiały źródłowe: focus.pl

„KOMPLETNI IDIOCI”
Tak nazwała się grupa młodych Francuzów, która filmowała i umieszczała w Internecie swoje skrajnie ryzykowne popisy. Najpierw główną atrakcją był parkour, czyli efektowne, pełne akrobacji pokonywanie przeszkód w terenie. Z czasem występy urozmaicili zjazdami na sankach z drzew, skokami nad ciernistymi krzakami i zwojami drutu kolczastego oraz górskimi slalomami na wózkach wykradanych z supermarketów… Jeszcze dalej posunęła się grupa „Sackass” z Hamburga, której członkowie rzucali sobie pod nogi petardy, podpalali spryskane benzyną włosy, zamykali się w pojemnikach na śmieci, do których koledzy wrzucali świece dymne.
Więcej od loungemag

Polska na kacu i Polska bez obrazy

„Pocięta i poklejona byle jak, na kacu, na kolanie, chaotycznie. I nie wiadomo, jakim cudem jeszcze się...
WIĘCEJ