Rzuć palenie razem z nami [Harel]

Harel
Wstydliwe wieści z branży mody co pewien czas obiegają świat. Ciężkostrawne, obrzydzające lekką konsumpcję, zmuszające do refleksji. Refleksji mało optymistycznej, bo nie dość, że zaraz nasze szafy pękną w szwach, to kolejne pokolenie może po prostu nie wydobyć się spośród stosu ubraniowych śmieci. Lekarstwo? To najprostsze jest gorzkie i zostawia po sobie chmurę dymu.

Czy naprawdę marki palą niesprzedane ubrania? Co do tego nie ma wątpliwości, choć niektóre przepraszają i obiecują poprawę, podczas gdy inne udają, że ich to nie dotyczy.

Ścieżki sprzedanych ubrań wcale nie są takie niewinne. Tony używanych ciuchów, które w tzw. dobrej wierze wysyłane są do Afryki, doczekały się swojej nieoficjalnej nazwy. W Kenii to „ubrania zmarłych białych ludzi”. W Mozambiku: „ubrania nieszczęścia”. Rzadko kiedy trafiają one do ludzi potrzebujących. Zazwyczaj znajdują miejsce ponownie na rynku, w lokalnych second handach. Ekologicznie? Wcale nie jestem pewna.

Tym bardziej, że jakoś muszą się przedostać z innych kontynentów, a raczej nie pokonują oceanu samodzielnie. Jak jest w Polsce? Sprawdzanie, co dzieje się z ubraniami wrzuconymi do kontenerów, bywa tak wyczerpujące, że człowiek woli na wszelki wypadek nie otwierać szafy. A ponieważ sporo nieuczciwych firm swoje kontenery z miejskich przestrzeni usunęło, trzeba się nieco nachodzić, żeby takowy znaleźć.

Gdyby chodziło tylko o to, że za dużo kupujemy…

Cóż, to już niech każdy sobie oceni we własnym zakresie. Najgorsze jest to, że kupujemy bezmyślnie. I w związku z tym co roku wyrzucamy mnóstwo rzeczy – bardzo często z nieodczepioną metką!

Choć sama bardzo dbam o to, żeby podczas wizyty w sklepie (również internetowym) nie wyłączać myśli, wciąż czasem jeszcze zdarzają mi się takie pomyłki. Poruszanie się w branży mody też nie pomaga, musiałabym zaryglować drzwi przed kurierami, a niestety zbyt lubię niespodzianki, żeby twardo odmawiać. I tak co pewien czas zbiera się stosik ślicznych, choć zupełnie niepotrzebnych mi ubrań, których nie mam ochoty ani palić, ani oddawać w miejsce nieznane. Co robić?

Podawać dalej. W najróżniejszy sposób. Ja najpierw szukam chętnych wśród rodziny i przyjaciół. I to jest naprawdę genialna sprawa widzieć, jak ktoś cieszy się z rzeczy, która nam tej radości nie dawała. Jeśli nikt z bliskich nie jest zainteresowany, wkraczam na ścieżkę internetową. Miejsc, w których można dzielić się niechcianymi ciuchami trochę jest. Choćby Vinted, platforma założona przez litewską studentkę, Mildę Mitkutė.

Początkowo miała być tymczasową stroną, na której wystawiała rzeczy, z którymi nie chciała się przeprowadzać do innego miasta. Obecnie to sieć międzynarodowa, za pośrednictwem której można sprzedawać ubrania i dodatki lub się nimi wymieniać. Jeśli chcemy pozbywaniem się rzeczy z szafy komuś naprawdę pomóc (i to bez wychodzenia z domu!), możemy zarejestrować się na portalu UbraniaDoOddania.pl.

Po nasze rzeczy przyjedzie kurier, a dochód z ich sprzedaży zasili konto wybranej fundacji charytatywnej (każdy kilogram to jedna złotówka). Ostatnio wraz z marką Promod „Ubrania” zbierały środki na zakup mobilnego gabinetu ginekologicznego, który będzie docierał do najdalszych zakątków Polski. Jeśli wolimy wesprzeć zwierzęta, nic prostszego. Na stronie sami wybieramy, gdzie trafią nasze pieniądze. A czeka na nie na przykład trzynaście mopsów seniorów i ich cudowna opiekunka. Potrzebują po prostu jedzenia i ciepła.

Już nie pierwszy raz słyszę, że moglibyśmy przestać kupować ubrania choćby dziś i starczyłoby nam tych, które mamy, na przynajmniej dwadzieścia lat.

Wierzę w to jak najbardziej, choć w praktyce… lepiej nie mówić. Pocieszam się tym, że jeszcze dekadę temu nie było tygodnia, żebym sobie nie kupiła choć jednej maleńkiej rzeczy. Chyba wszyscy trwaliśmy w bezrefleksyjnym zachwycie sieciówkami, wreszcie można było mieć wszystko na wyciągnięcie ręki. Szybka moda jednak pokazała kły i opamiętanie się jest jedyną opcją. Tego jeszcze nie widać, podobnie jak wspomnianego na początku dymu, ale sprawa dotyczy nawet całkiem rozsądnych. Dlatego nie wolno tracić czujności. I obiecuję, że po skończeniu tego tekstu w ramach relaksu nie zajrzę na żadną stronę z butami. Żadną!

 

Harel