Pod lupą: podkład dr. Irena Eris I konturówka Neve Cosmetics

Pod lupą: podkład dr. Irena Eris I konturówka Neve Cosmetics.
Jak już wspomniałam w kosmetycznych trendach, warto wybierać kosmetyki pielęgnacyjne, które ochronią naszą skórę przed szkodliwym działaniem środowiska. Ale co z makijażem? No właśnie! Bo co z tego, że nałożymy nawilżające kosmetyki z filtrami i całą gamą ekstra substancji, jeśli potem wsmarujemy w siebie  podkład. I to taki,  który zatka pory, a inne kolorowe mazidła wysuszą nam skórę na wiór? Ha! Producenci poszli o krok dalej i postarali się, by także kosmetyki kolorowe stały na straży piękna i zdorowia naszej cery.

Kiedy podkład Urban Glow Luminous Anti – pollution od dr. Ireny Eris wpadł w moje ręce i przeczytałam obietnice producenta, trochę nie dowierzałam. Jednemu produktowi można przypisać tak wiele właściwości? Postanowiłam więc dać mu niezły wycisk i sprawdzić go w bardzo trudnych warunkach, otóż w trakcie remontu. Bo człowiek wtedy się spoci, jak na niezłym treningu, dookoła kurzy się i pyli.

Jest się na nogach od rana do nocy, niewyspanym, wnerwionym. Czasem trzeba natychmiast wyskoczyć na spotkanie, albo do sklepu, no nie ma szans, żeby człowiek jak człowiek wyglądał podczas remontu. I z takim- przyznam nienajlepszym – nastawieniem zabrałam się do testów.

 

Wygląd i aplikacja 4,5/5

Podkład zamknięto w bardzo eleganckim przezroczystym, szklanym opakowaniu z pompką. Kosmetyk przez to jest dość ciężki, ale oszronione, matowe opakowanie przykuwa wzrok. Daje znać, że mamy tu do czynienia z produktem w którym skupiono się również na detalach.

Aplikujemy jak lubimy. Można gąbeczką, ale wtedy sporo produktu w nią wchodzi, można pędzlem. Ale potrwa to dłużej – produkt ze względu na swoje rozświetlające i nawilżające właściwości będzie się ślizgał po buzi.

Można go też rozprowadzić za pomocą palców i ten sposób wydaje mi się być zdecydowanie najlepszy. Taka aplikacja jest najszybsza, a pod wpływem ciepła naszych dłoni kosmetyk pięknie się wtapia. Nałożony na skórę daje efekt satynowego wykończenia.

 

Konsystencja, zapach i kolor 5/5

Konsystencja jest bardziej rzadka niż kremowa, ale mam wrażenie, że to i tak najgęstszy podkład rozświetlający z jakim miałam do czynienia. Jeśli mnie mój nos nie myli, to mamy tu lekko kwiatowy zapach. Taki z serii bardzo przyjemnych ale nie napastliwych podczas używania. Urban Glow Luminous występuje aż w 9 odcieniach i ma żółte oraz różowe podtony! Bladolice będą zachwycone bo można tu znaleźć idealny odcień dla siebie.

Myślę jednak, że w doborze koloru warto się zwrócić o pomoc do konsultantki. Ku mojemu zdziwieniu, dla mnie wybrano odcień 20C Rose Beige i okazał się idealny. Ja wybrałabym dla siebie zupełnie inny i to byłby błąd.

Skład 5/5

Jest się tu czym pochwalić, bo jest to produkt nie tylko upiększający, ale zdecydowanie pielęgnujący! Kwas rozmarynowy i Tioprolina oraz wysoka ochrona przeciwsłoneczna (aż 30SPF). Nie tylko chroni nas przed szkodliwym działaniem środowiska, ale także spowalnia procesy starzenia. Chroni skórę przed wolnymi rodnikami, detoksykuje oraz zmniejsza uszkodzenia w jej strukturze. Mamy tu też azjatycki kompleks wyciągów z bambusa, lotosa i lilii wodnej, odpowiedzialny za utrzymanie optymalnego nawilżenia.

 

Działanie 5/5

Kiedy czyta się, że produkt zarazem rozświetla, nawilża, kryje, trwa do 24 godzin, do tego jest wodoodporny i dba o skórę to raczej traktuje się to jako chwyt marketingowy, nie mający wiele wspólnego z rzeczywistością. W przypadku tego podkłady wszystko się zgadza, ale pod jednym warunkiem. Że rzeczywiście szukamy mocno rozświetlającego kosmetyku o mocnych właściwościach nawilżających i średnim kryciu.

W innym wypadku będziecie niezadowoleni! Jego działanie można porównać do luksusowego, kryjącego kremu bb. Nałożony solo na twarz tworzy na niej błyszczący wet look, dający wrażenie niezwykle wypoczętej, rozpromienionej skóry!

To jest świetny make up, na szybkie poranne zakupy śniadaniowe, na trening, kiedy chcemy coś tam ukryć, ale wyglądać rześko. Wystarczy potem lekko przypudrować twarz i jesteśmy gotowe do wyjścia do pracy, czy na wieczorne spotkanie, nie tracąc przy tym efektu wypielęgnowanej i wypoczętej skóry. Podkład jest faktycznie niesamowicie trwały! Potrafił ze mną przetrwać długie i ciężkie dni na placu budowy.

Usłyszałam o nim, że jest nie tylko wodoodporny ale i wodooporny, co udowodnił podczas majowych ulew. Ja byłam całkiem przemoczona, a on zupełnie nietknięty! Pokochają go osoby z suchą skórą potrzebującą nawodnienia, a także tą z pierwszymi zmarszczkami. Nie wchodzi w załamania i nie podkreśla ich.

Obawiam się, że dla tłustych cer może być zbyt bogaty. Nie wiem też jak będzie się sprawował podczas wyższych temperatur, myślę, że wtedy będzie trzeba go mocniej zmatowić. Nie zapycha porów, nie ściera się i nie ciemnieje w ciągu dnia.

Stosunek ceny do jakości 4,5/5

Produkt występuje w pojemności 30 ml i kosztuje ok.135 zł. Po testach wiem, że ta cena jest absolutnie adekwatna do jakości, z którą mamy tu do czynienia. Jednak postanowiłam zapytać moje koleżanki, czy kupiły by go “w ciemno”.

No i niestety wszystkie zgodnie stwierdziły, że raczej zaufałyby popularniejszym markom, najchętniej tym od znanych projektantów skoro cena jest podobna, a w przypadku tamtych wiedza czego mogą się spodziewać. Szkoda, bo myślę, że to jeden z najlepszych podkładów z którymi miałam kiedykolwiek do czynienia, a fakt, że to polska marka napawa jeszcze większą dumą.

Ocena końcowa 5/5

Laboratorium dr. Ireny Eris bez wątpienia udowodniło, że zna się nie tylko na pielęgnacji, ale genialnie łączy tę wiedzę z kosmetykami kolorowymi. Ja jestem zachwycona podkładem i z największą przyjemnością, i zaciekawieniem sięgnę po kolejne kosmetyki do makijażu tej marki. Skład, kolory, trwałość dbałość o detale, to wszystko powoduje, że jest to bez wątpienia kosmetyk wyjątkowy równie dobry, a może nawet i lepszy od tych z najwyższej półki!

 

 

Chyba każdy z nas ma jakieś fobie, zdarza się, że dotyczą one kosmetyków, np tego czego nie nałożylibyśmy na skórę, co nas brzydzi, co przeraża. Moją małą fobią, jest to co nakładam na usta. Kiedyś, kiedy byłam małą dziewczynką usłyszałam, że kobieta zjada ok 30 kg szminki podczas swojego życia!

Nie ważne, że po latach zweryfikowałam tą wiedzę i okazało się że jest to przynajmniej 10 razy mniejsza ilość, ale  jak to mówią “niesmak pozostał” i z największą starannością sprawdzam co nakładam na usta, żeby wiedzieć, co potem znajdzie się w moim brzuchu. Dlatego też uwielbiam naturalne kosmetyki z prostym składem, czy mineralne kredki do ust takie jak ta włoskiej marki neve cosmetics.

Wygląd i aplikacja 5/5

Jak wygląda konturówka do ust każdy wie, jednak producent zadał tu sobie trochę trudu i stworzy kolory opakowań odpowiadające temu jaki odcień kredki znajduje się w środku. Aplikacja jest tradycyjna, jak w przypadku takich produktów, jednak twórcy zwracają uwagę, że z powodzeniem kosmetykiem można nie tylko obrysowywać kontur ust, ale także traktować go jako szminkę, więc ja właśnie w taki sposób postanowiłam wypróbować i ocenić kredkę.

Konsystencja, zapach i kolor 4/5

Konsystencja jest dość zaskakująca- wyjątkowo miękka, dająca aksamitne wykończenie- właśnie z tego powodu warto zaopatrzyć się w przenośną strugaczkę, bo będzie potrzebna dość często! Produkt jest bezzapachowy i posiada 37! odcieni. Prawdziwa klęska urodzaju 🙂 Paleta zawiera bardzo jasne nudziaki, ciemne burgundy, oraz chyba wszystkie możliwe wariacje na temat różu, pomarańczy i czerwieni.

 

Skład 5/5

Mineralną kredkę od neve stworzono na bazie cennych olejów i wosków. Do jej produkcji nie użyto natomiast żadnych składników zwierzęcych, ani pochodzenia zwierzęcego, a także nie testowano ich na zwierzakach! Nie znajdziecie w niej również parabenów, silikonów czy pochodnych ropy naftowej. Skład na 5 z plusem! Można jeść ją śmiało 🙂

Działanie 3,5/5

Powinnam chyba zacząć od tego, że moich ust niełatwo zadowolić. Przesuszają się bardzo szybko, mają rozmyty kontur, ze względu na powracające opryszczki i są z natury bardzo ciemne, przez co jasne pomadki wyglądają na mich fatalnie, a jak to w życiu bywa ja właśnie jasne odcienie lubię najbardziej.

Forma kredki jest bardzo wygodna dlatego, że można nią precyzyjnie obrysować usta, a kremowa, maślana niemal konsystencja ułatwia wypełnienie kolorem całych ust. Efekt który pozostawia na ustach to satynowe, kryjące wykończenie, które lubi wchodzić w załamania. Ja lubię ten efekt! Nie jest to tafla jak w przypadku błyszczyków czy pomadek, a jednak w jakiś magiczny sposób daje wrażenie większych i ponętnych ust.

Ilość odcieni powala! Mój kolor to Amore, połączenia brzoskwini z różem i wspaniale rozjaśnia moje usta, podbija biały odcień zębów, będąc takim żywym, dziennym nudziakiem. Niestety jestem rozczarowana trwałością tych kredek. Ścierają się dość szybko, na szczęście robią to w miarę równomiernie. Używane jako kosmetyk do pełnego makijażu ust nie są wydajne, nie wysuszają ust, ale te nie nawilżają ich.

 

Stosunek ceny do jakości 4,5/5

Kredka ma gramaturę tradycyjnej konturówki czyli 1,5 g i kosztuje ok 26 zł. Jest to średnia cena drogeryjnych konturówek do ust, a tu mamy dobry, skład i skarbnicę kolorów, dla poszukujących idealnego odcienia dla siebie.

Ocena końcowa 4/5

Kredka ma wiele zalet ale i kilka wad. Bardzo podoba mi się jaki efekt jaki tworzy na ustach, uwielbiam mnogość odcieni i rewelacyjny skład. Szkoda, że nie ma nieco większej gramatury, gdyby była w formie popularnych teraz sticków, a nie cienkiej konturówki zwiększyłaby swoją wydajność i nie trzeba by jej było ciągle strugać. Wykręcana też z pewnością była by bardziej poręczna. Jednak myślę, że znajdzie swoich wielkich fanów, bo ilość plusów zdecydowanie przewyższa małe niedociągnięcia. Jako konturówka jest bardzo dobra, jako szminka niezła co daje nam mocne 4.