Pod Lupą: Camellia Oil od Bielendy

Pod Lupą: Camellia Oil od Bielendy
O tym, że jestem fanką polskich kosmetyków trąbię na prawo i na lewo przy każdej możliwej okazji. Bielenda to zecydowanie jedna z najprężniej rozwijających się polskich marek kosmetycznych, nie tylko podąża za światowymi trendami przenosząc je na nasz rynek, ale sama wyznacza nowe. Po rozmowie z ambasadorką marki – Małgosią Foremniak – postanowiłam sięgnąć po serię Camellia Oil i sprawdzić na własnej skórze jak spisze się ta zachwalana przez nią linia produktów. Nie umiałam zdecydować się na jeden kosmetyk, więc  pod lupę trafił olejek do demakijażu, krem, serum i mleczko do ciała, a wszystko to w duchu koreańskiej pielęgnacji!

 

Wygląd i aplikacja

Olejek: 4/5

Krem: 4/5

Luksusowy kremowy olejek zwany dalej: serum: 5/5

Mleczko do ciała: 5/5

Cała kolekcja została zamknięta w bardzo wygodnych i niezwykle ładnych opakowaniach. Olejek dozujemy za pomocą pompki, z ciemnego plastikowego pojemnika, który posiada przydatną blokadę. Producent poleca, żeby najpierw zwilżyć twarz, lub dłonie, następnie wmasować w skórę olejek.

Ja stosowałam go zupełnie odwrotnie, ponieważ w czasie zalecanej aplikacji olejek zbyt szybko zamieniał się w śmietankę, którą nie umiałam się posługiwać. Krem zamknięto w szklanym ciemnym słoiczku. Jak wielokrotnie wspominałam, nie jest to mój ulubiony rodzaj aplikacji. Zdecydowanie skraca przydatność do zużycia, ale wciąż to jedno z najpopularniejszych opakowań dla kremów. Dlatego zdecydowanie polecam i sama stosuję szpatułkę podczas nakładania kremu z takiego opakowania.

Serum jako jedyne z testowanych przeze mnie kosmetyków z tej kolekcji znajduje się w przezroczystym, szklanym opakowaniu. Dozowane za pomocą pompki, która odmierza idealną ilość produktu. Natomiast mleczko do ciała mieści się w dużej plastikowej butli również z pompką, także z blokadą. Wszystkie plastikowe opakowania tych produktów nadają się do recyklingu.

Konsystencja, zapach i kolor

Olejek: 4,5/5

Krem: 5/5

Serum: 4,5/5

Mleczko do ciała: 5/5

Konsystencja olejku jest dość rzadka w połączeniu z wodą zamienia się w białą ciecz przypominającą śmietankę. Zapach jest bardzo delikatny, lekko kwiatowy, przyjemny i nie drażniący. Zupełnie znika po zmyciu kosmetyku z twarzy. Kolor olejku jest raczej przezroczysty, może lekko słomkowy. Krem do twarzy ma  bardzo bogatą konsystencję, obfitą w oleje, treściwą. Pachnie intensywniej niż olejek, ale miałam wrażenie, że wraz z czasem zawartość słoiczka wietrzała. Pod koniec opakowania właściwie go nie czułam.

Posiada biały kolor, który pomimo swojej zwartej konsystencji nie bieli twarzy. Serum jest zdecydowanie lżejsze od kremu, pachnie delikatnie, dzięki czemu można stosować je pod oczy bez obawy o łzawienie tych nawet najwrażliwszych. Ma lekko różowy kolor.

Mleczko natomiast, ma zdecydowanie najciekawszą konsystencję. Jest zarówno tłusty i lekki. Ma też najmocniejszy zapach z wszystkich używanych przeze mnie kosmetyków tej serii. Utrzymuje się on jeszcze przez jakiś czas po aplikacji. Jego biały kolor idealnie stapia się z kolorem skóry nie powodując bladego nalotu.

Skład

Olejek: 3,5/5

Krem: 5/5

Serum: 5/5

Mleczko do ciała: 4,5/5

Seria Camellia Oil przeznaczona jest do dojrzałej i wrażliwej skóry. Wszystkie z produktów zawierają koreański olej kameliowy z wyspy Jeju. Olej ten nazywany jest również olejem tsubaki i jest to prawdziwa bomba witaminowa. Genialnie rewitalizuje i wzmacnia skórę, działa przeciwzmarszczkowo, zwiększa elastyczność skóry. Stymuluje produkcję nowego kolagenu, jest również naturalnym filtrem UV.

Oprócz oleju kameliowego w kosmetykach tej serii znajdziemy również sporo innych bardzo dobrych składników odżywczych. W serum, znajdziemy też olej z opuncji figowej, z avocado, czy kwas hialuronowy. Skład kremu jest chyba moim największym faworytem. Oprócz tych samych  składników co w serum, wzbogacono go dodatkowo o masło shea i ceramidy. Do mleczka do ciała dodano olej babassu, wspaniale ujędrniający ciało, ale także parafinę z którą nie każda skóra się lubi.

Skład olejku do twarzy może być natomiast mocno kontrowersyjny. Już na pierwszym miejscu w składzie znajduje się olej mineralny, więc skóry tłuste lub te z tendencją do zapychania mogą go nie polubić. Jednak im dalej w las tym lepiej. Oprócz wspomnianych już olejów z opuncji i kamelii, znajdziemy tam też olej sojowy. Reguluje on nadmierne wydzielanie łoju oraz zmniejsza rozszerzone pory.

Działanie

Olejek: 4,5/5

Krem: 5/5

Serum: 4/5

Mleczko do ciała: 5/5

Jak już wspominałam wcześniej używałam olejku nieco inaczej niż w sposób polecany przez producenta. Suchymi dłońmi nakładałam go na suchą twarz i dopiero po wykonaniu masażu dodawałam odrobinę wody. Wtedy zmieniał swoją konsystencję w delikatną piankę i na koniec zmywałam wszystko ciepłą wodą. Olejek świetnie radził sobie z makijażem, nawet tym mocnym. Stosowałam go również do demakijażu oczu, choć nie było to polecane przez producenta.

Dlaczego? A dlatego, że olejek tworzy na oczach rodzaj mgiełki, mnie jednak ona nie przeszkadzała na tyle, żeby zrezygnować z demakijażu oczu tym produktem. Ultradelikatnym produktem, warto dodać! Olejek pozostawia twarz oczyszczoną, ale nie ściągniętą. Ja jednak najchętniej używałam go jako specjalisty w zmywaniu wszelkich maseczek z glinką, które lubią zasychać na kamień. Na tak wyschniętą maseczkę nakładałam dozę olejku, robiłam masaż i z łatwością. Bez bólu usuwałam później glinkowe maseczki.

W swojej kolekcji mam kilka kosmetyków, które mają ułatwić ściąganie tych trudnych masek, ale ten olejek jest zdecydowanym liderem!

Krem skradł moje serce od samego początku.

Zresztą ja nazywałam go pieszczotliwie masełkiem do twarzy, ze względu na bardzo bogatą i tłustą formułę, przedziwną i fantastyczną zarazem. Ponieważ wchłaniała się niemal natychmiast, przez co świetnie sprawdzał się również w roli kremu na dzień. Traktowałam nim również skórę pod oczami. Koncertowo zdawał tam egzamin pozostawiając skórę napiętą, rozświetloną i bez cieni!

Serum też mi się spodobało choć nie było tak wszechstronne jak poprzednicy. Stosowane razem z kremem jeszcze wzbogacało jego skład i czuć było skoncentrowane działanie nawilżające i ujędrniające. Ale stosowane solo nie dawało już tak dobrych rezultatów. Lubiłam je stosować rano, kiedy robiłam sobie dzień bez makijażu. Wyrównywało nieco koloryt skóry , wyciszało, nawilżało.

Bardzo dobrze sprawdzało się jako baza do masażu rollerem jadeitowym, czy kwarcowym. Szybko się wchłania, nie pozostawia tłustej, czy lepkiej warstwy, dodaje młodzieńczego blasku.

Last but not least, Mleczko do ciała!

Kiedy zobaczyłam tą 400 ml butle, pomyślałam: odważnie. Z balsamami do ciała mam wieczny problem. Bo ja muszę mieć ultranawilżający, tłusty balsam. Ale delikatny, dla alergicznej skóry, szybko wchłaniający się. Inaczej dostaje szału kiedy ubieram ubranie. Powinien też mieć nienachalny, ale miły zapach, ponieważ szybko się nudzę. Do tej pory spotkałam może trzy balsamy, które choć w małej mierze spełniały te moje zachcianki. Tak więc 400 ml opakowania napawają mnie raczej obawą niż zachwytem. Ale jak to mówią każda potwora znajdzie swojego potwora. Ten balsam ma wszystko czego potrzebuję. Nawilża! Nawilża tak, że czuć to przez cały dzień. Skóra jest aksamitna nie tylko do kolejnej kąpieli.

Wchłania się ekspresowo, co jest wspaniałe podczas upalnych dni, kiedy chcemy szybko się odświeżyć, użyć balsamu i szybko znów się ubrać. Pachnie bardzo przyjemnie, ale po jakimś czasie ucieka ten zapach nie męcząc przez cały dzień. Co najważniejsze robi to “coś” z ciałem czego nazwać nie umiem. Skóra wygląda lepiej. Jest jakby gęstsza, bardziej jędrna , można powiedzieć, że jakby zdrowsza, aż chce się ją uszczypnąć!

 

Stosunek ceny do jakości

Olejek: 4/5

Krem: 5/5

Serum: 4/5

Mleczko do ciała: 5/5

Kosmetyki Bielendy są tanie, ogólnodostępne i bardzo często można je spotkać w jakichś kosmicznych promocjach wszelakich drogerii. Olejek ma 140 ml i kosztuje średnio ok 20 zł, mieszcząc się w średnich drogeryjnych widełkach cenowych. 400 ml mleczka (wartego każde pieniądze) kosztuje ok 19 zł. Podobnie wygląda cena 50 ml kremu do twarzy. Serum ma zaledwie 15 ml i zapłacimy za nie ok 25zł.

Ocena końcowa

Olejek: 4,5/5

Krem: 5/5

Serum: 4/5

Mleczko do ciała: 5/5

Jak to w życiu przewrotnie bywa produkty wobec których miałam najwięcej obaw okazały się fenomenalne. Te w których pokładałam największe nadzieje nie zawsze okazują się faworytami. W tej serii najlepiej poradziło sobie mleczko do ciała. To była miłość od pierwszego użycia i wiem, że pozostanie ze mną jeszcze na długo. Nie tylko ze względu na swoją sporą pojemność! Bardzo lubię używać kameliowy krem do twarzy, bo to taki natychmiastowy zastrzyk nawilżenia. Niemal natychmiast można nakładać makijaż. Olejek jest zbawicielem dla wszystkich maniaczek masek, którym zmywanie ich odbiera całą przyjemność i chęć używania ich. Serum najmniej przypadło mi do gustu, ale chyba tylko dlatego, że inni koledzy z tej serii postawili poprzeczkę bardzo wysoko. Ono nie miało tego faktoru wow, choć wciąż uważam je za bardzo udane. To że Bielenda zna się na kosmetykach, to żadna nowość.Ale czuję, że jeszcze mocno nas może zaskoczyć i z niecierpliwością czekam na nowe!

 

więcej recenzji