Paul Schrader: “Z wiekiem czuję, że mogę robić, co chcę” [wywiad]

Paul Schrader: "Z wiekiem czuję, że mogę robić, co chcę" [wywiad]
73-letni Paul Schrader to jeden z największych klasyków wśród amerykańskich scenarzystów. Kiedyś pracował jako krytyk filmowy, by w pewnym momencie sam poddać się ocenie byłych kolegów po fachu. To on stoi za arcydziełami Martina Scorsese: „Taksówkarzem”, „Wściekłym bykiem” czy „Ostatnim kuszeniem Chrystusa”.

Ale Schrader jest także reżyserem, mając na koncie ponad dwadzieścia nakręconych filmów. Trudno w to uwierzyć, lecz pierwszą w karierze nominację do Oscara dostał dopiero w tym roku za głośny film „Pierwszy reformowany” zobaczyć można w serwisie VOD chili.com.

Patrząc na pana filmy, zarówno te, do których pisał pan scenariusz, jak i wyreżyserowane, można odnieść wrażenie, że temat duchowości często wybrzmiewa gdzieś w tle. Nigdy jednak do takiego stopnia jak w „Pierwszym reformowanym”. Dojrzał pan wreszcie do takiego filmu?

Samo to pojęcie nie tylko zresztą w kontekście filmu towarzyszy mi rzeczywiście od lat. Zanim zostałem scenarzystą, byłem krytykiem. Napisałem też książkę, która podejmowała problem duchowości w kontekście twórczości Carla Theodora Dreyera. Tego, skąd się ona w ogóle bierze, jaki wpływ na to ma nasza edukacja, otoczenie. Towarzyszyło mi to od dłuższego czasu. Kiedy już zająłem się kinem od strony bardziej praktycznej, nie przypuszczałem, że kiedykolwiek zrobię na ten temat film.

Duży wpływ ma tu zresztą twój rodak, święcący zresztą ostatnio wielkie triumfy. Jakieś trzy lata temu umówiłem się na obiad z Pawłem Pawlikowskim. Byłem pod ogromnym wrażenie jego poprzedniego filmu „Ida”. Nie tylko w kontekście samego tematu, ale również tego, w jak wyjątkowy sposób został nakręcony.

Opowiedziałem Pawłowi o pomyśle, który gdzieś tam w sobie nosiłem, a on okazał się świetnym katalizatorem. Przekonywał mnie, że może to jest właśnie dobry czas, żebym coś takiego napisał. Od tego wszystko się zaczęło. Mam poczucie, że tę podróż zacząłem jako młody mężczyzna, a kończę jako starzec. Trudno zaprzeczyć, że było to obarczone pewnym ryzykiem.

Jak w ogóle doszło do tego, że z krytyka stał się pan filmowcem?

Szczerze mówiąc, kiedy pracowałem jako krytyk, nigdy nie podejrzewałem, że w przyszłości będę robił filmy. Wszystko zmieniło się, gdy w 1959 roku zobaczyłem „Kieszonkowca” Roberta Bressona. Pomyślałem wtedy, może trochę nieskromnie, że sam mógłbym napisać taki film. Trochę to upraszczając, to opowieść o mężczyźnie, który siedzi w pokoju, pisze dziennik, wychodzi, popełnia zbrodnię i ponownie wraca do swojego pokoju.

Powoli zaczynałem się tym interesować w kontekście własnej pracy. Gdyby teraz spojrzeć na moje filmy, to większość z nich traktuje o młodym mężczyźnie pełnym wątpliwości, którego przeraża nieco otaczający go świat. Widzę oczywiście wiele różnic w porównaniu z „Kieszonkowcem”, ale myślę, że od Bressona wszystko się w pewnym stopniu zaczęło.

Jest pan scenarzystą jednego z największych arcydzieł w historii kina, czyli „Taksówkarza” Martina Scorsese, a zatem kreatorem kultowej już postaci Travisa Bickle’a. Oglądając „Pierwszego reformowanego”, miałem w niektórych scenach wrażenie déjà vu. Czy to było celowe działanie, rodzaj hołdu dla klasyka?

To ciekawa uwaga. Pamiętam, że kiedy składaliśmy film, mój montażysta powiedział, że jest tu wiele z „Taksówkarza”. Zacząłem się nad tym zastanawiać i zdałem sobie sprawę, że on może mieć rację (śmiech). Raczej nie robiłem tego intencjonalnie, pewnie było to w mojej podświadomości. Ale zdarzyła się też sytuacja jeszcze na planie, kiedy po nakręceniu jakiejś sceny ktoś mimochodem rzucił taką uwagę.

Natomiast przyznaję, że jest jeden moment, w którym w pełni świadomie oddaję hołd filmowi Martina. Nie będę jednak mówił który, żeby nie psuć zabawy (śmiech).

O czym pan myślał, pisząc scenariusz „Taksówkarza” dla Scorsese?

Gdy zacząłem pisać ten scenariusz, myślałem, że będzie to opowieść o samotności. W trakcie pracy to jednak ewoluowało w coś trochę innego, a zarazem bardziej interesującego. Wciąż chodziło o samotność, lecz taką, która jest narzucana przez siebie i dodatkowo mocno postępuje. Ma to ścisły związek ze sprzecznymi impulsami, jakich doświadczał bohater. Purytanizm i pornografia w jednym momencie. Sam się do tego nakręcał.

W „Pierwszym reformowanym” znajdujemy też scenę lewitacji. Skojarzenie z kolejnym wielkim mistrzem kina narzuca się samo.

Oczywiście, scena lewitacji jest z Tarkowskiego. On uwielbiał, gdy jego bohaterowie lewitowali, czego dowodem „Zwierciadło” czy „Ofiarowanie”. Już po napisaniu scenariusza, gdy pierwszy raz w całości go przeczytałem, czegoś mi ewidentnie brakowało. Czułem, że jest zbyt ograniczony. Wtedy właśnie pomyślałem o Tarkowskim i zastanowiłem się, co on by zrobił w takiej sytuacji. Nagle mnie oświeciło: „Cholera, kazałby im lewitować” (śmiech).

Do głównej roli, targanego wątpliwościami księdza, wybrał pan Ethana Hawke’a, kojarzącego się raczej z innym kinem. Skąd taka decyzja?

Kiedy chodzi ci po głowie jakiś bohater, zaczynasz się zastanawiać, kto ma predyspozycje do tego, by go zagrać. Nie każdy aktor mógłby wcielić się w naszą postać. Montgomery Clift pewnie by mógł i, co więcej, nie musiałby nic robić, podczas gdy w przypadku innego aktora w grę wchodziłaby solidna praca nad rolą. Ethan zdecydowanie ma w sobie to coś. Trzeba się tylko w niego „wczytać” i umiejętnie wydobyć wszystkie te atrybuty.

Mimo tego, o czym wspomniałeś, dla mnie jest on nieoczywistym aktorem, i to właśnie jest w nim najbardziej pociągające. Myślę też, że ważną rolę w jego przypadku odegrał wiek. Nie jest już beztroskim chłopcem, a jako taki często przedstawiany był na ekranie. Dojrzał na tyle, tak fizycznie, jak i mentalnie, by móc zagrać właśnie taką rolę. Poza tym to prawdziwy intelektualista, mający doświadczenie w pisaniu i reżyserowaniu.

Z kimś takim pracujesz na zupełnie innych rejestrach niż z innymi aktorami. Kiedy ktoś sam para się pisaniem, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak konstruuje się postaci.

Telewizja staje się dzisiaj coraz atrakcyjniejsza dla renomowanych reżyserów, stanowiąc poważną konkurencję dla kina. Wielu z nich podkreśla, jak dużym wyzwaniem jest nakręcenie serialu, ale i zwraca uwagę na wolność, jaką daje im to medium. Czy dla pana jest to interesujące?

Myślę, że dalej będę pracował dla kina, zwłaszcza że właśnie skończyłem pisać kolejny scenariusz. W telewizji pewnie jest kilkaset skryptów seriali, czekających na realizację. Rozumiem, że wielu twórców chce wejść do tego świata. Rzeczywiście związana jest z tym pewna wolność artystyczna. Wystarczy spojrzeć chociażby na produkcje Netfliksa. Nie jestem jednak przekonany, że akurat film, który planuję, mógłbym nakręcić dla telewizji.

Zatem raczej wszystko, co będę robił, chciałbym realizować z myślą o dużym ekranie. Nie mogę póki co powiedzieć nic o tym scenariuszu, bo pisałem go z myślą o konkretnym aktorze. Jeszcze z nim nie rozmawiałem, a jeśli mi powie, że nie chce się w to angażować, to wyjdę na kompletnego głupka (śmiech).

Czy z wiekiem ma pan większe skłonności do eksperymentowania z materią filmową?

Tego nie wiem, ale na pewno czuję się bardziej wolny. Mam wrażenie, że coraz mniej już muszę się przejmować jakimikolwiek zasadami. Mogę robić, co chcę. Jestem świadom, że dla niektórych może być to paraliżujące, bo przecież i taka bywa wolność. Żyjemy według określonych zasad, lecz nie zawsze musimy ich sztywno przestrzegać. Podobnie jest z kinem. Możesz zrobić film złożony z kilkuset ujęć, ale równie dobrze do opowiedzenia historii możesz użyć zaledwie jednego.

Poza tym rewolucja sprzętowa sprawiła, że film może nakręcić w zasadzie każdy.

Dokładnie. Obecnie mamy ogrom możliwości związanych ze sprzętem, formatem. To dość wyzwalające, choć z drugiej strony niektórych może deprymować. Wiele też sprowadza się do pytania, dlaczego ludzie mają opuścić swoje wygodne mieszkania i iść do kina, by zobaczyć dany film? Muszą mieć ku temu jakąś motywację. Kiedy masz małe dzieci, to idziesz na film rodzinny czy animację i obserwujesz, jak twoje pociechy wchodzą w interakcję z innymi dzieciakami.

Ale już dlaczego masz na przykład zobaczyć konwencjonalny dramat akurat w kinie? Musi być ku temu powód. I to jest właśnie nasza robota, by dostarczyć widzowi odpowiednią motywację.

Rozmawiał Kuba Armata

„Pierwszego reformowanego” zobaczyć można w serwisie VOD chili.com