Opuść bezpieczną przystań – o wychodzeniu ze strefy komfortu [Elvis Strzelecki]

Kiedyś czytałem notkę biograficzną Gerarda Waya z My Chemical Romance.  Zwróciłem w niej uwagę na jedną bardzo istotną rzecz – koleś stworzył własną kreskówkę, którą próbował nawet sprzedać stacji Cartoon Network, jednak ta nie była zainteresowana projektem. Gerard żył wtedy, jak na artystę przystało – w piwnicy swojej matki tworzył sztukę z nadzieją, że taki tryb egzystencji będzie dla niego idealny. Wszystko zmieniły zamachy z 11 września 2001 roku.

 

Artysta postanowił wówczas opuścić  „ciepły rodzinny k**widołek” i założyć zespół.  Pierwsza piosenka, jaką napisał, czyli „Skylines and Turnstiles” poświęcona była właśnie tym tragicznym wydarzeniom. Nie ma wątpliwości co do faktu, że trudności zmieniają człowieka. Nie jest to mimo wszystko aksjomat, bowiem czasem prozaiczny fakt poczucia zamknięcia i braku rozwoju może być przyczynkiem do zmian w życiu każdego z nas.

Do pewnego stopnia rozumiem Gerarda.

Sam długi czas żyłem w przeświadczeniu, że podbiję świat zza komputera, pisząc artykuły na zlecenie w swojej sypialni. Byłem idealistą z głową pełną marzeń. Najpierw jednak chciałem być muzykiem rockowym, DJ’em, porzucić dotychczasowe życie i zwiać do Kalifornii, gdzie zdobywałbym serca niewiast, jednocześnie udzielając wywiadów, pływając w basenie i co pewien czas jeżdżąc na rozdania nagród MTV.

Szybko jednak wybiłem to sobie z głowy i udałem się na studia.  Tam zrozumiałem pierwszą smutną prawdę o świecie, w którym przyszło mi żyć – człowiekiem wykształconym, genialnie wyedukowanym może być robotnik budowlany, a absolwent szkoły wyższej lub uniwersytetu zaledwie posiadaczem papieru, który najwyżej przyda mu się w toalecie. Pojęcie intelektualisty również straciło dla mnie znaczenie, wszak możesz być oczytany, wygłaszać oratoria, pisać eseje, a być życiowym kretynem. Dodajmy do tego jeszcze fakt, że romantyczne wyobrażenie o relacjach damsko-męskich, przyjaźni i wiara w ideały runęły w mig.

Czy to jednak oznacza, że świat to miejsce zepsute, a człowiekowi niedaleko do świni?

W pewnym sensie tak – żyjemy na jednym wielkim polu bitwy, gdzie ojcowie strzelają do synów, a dziewczyny szanującym ich chłopcom mówią, żeby (i tu pada ładne słowo, które pominę). Niestety, to nie plac zabaw. Im szybciej to zrozumiemy, tym lepiej dla nas. Choć sam zdawałem sobie z tego sprawę, to jako naiwny 20-stolatek chciałem dalej żyć bajkami. Zawiedziony postanowiłem zbudować sobie bezpieczną przestrzeń. Traf chciał, że miałem możliwość podjęcia pracy zdalnej.

Pisałem sobie artykuły, wstawałem, kiedy chciałem, wierzyłem, że to droga do szczęścia. Mimo wielu pozytywnych aspektów (współpraca z fajnymi ludźmi, Marta pozdrawiam), czułem, że zatrzymałem się w miejscu. Długo szukałem nowej drogi, aż pojawiła się możliwość nauki radiowego rzemiosła. Nagle człowiek, który uważał się za kiepskiego technicznie, wypłynął na głęboką wodę i okazało się, że jego umiejętności w kwestii realizacji dźwięku na fonii nie są takie najgorsze. Zacząłem wierzyć w siebie i zrozumiałem, że potrzebowałem nowych wyzwań. Nie chodziło o to, żeby było łatwo – jesteśmy na ziemi, by się uczyć, co nie przeszkadza temu, by praca była dla nas przyjemnością.

I tu dochodzimy do drugiej strony medalu –

brutalność i zło to tylko połowa tego, co nas otacza. Jeśli człowiek zajrzy głębiej, to w jednej chwili okaże się, że nie wszyscy są źli, nie każdy myśli tylko o kasie i fejmie, a pasja może być motorem do tworzenia naprawdę wyjątkowych rzeczy. Moje pokolenie padło ofiarą transformacji – nie tej politycznej, lecz mentalnej i technologicznej. Byłem bowiem ostatnim rocznikiem, który nie zdawał matmy na maturze oraz jednym z ostatnich, który zamiast o nowych mediach, na studiach dziennikarskich podczas zajęć informatycznych uczył się wypełniania tabelek w Excelu. Załapałem się również na koniec pewnej epoki – epoki tabu.

Dziś obnoszenie z mentalną pornografią jest normą.

My, dzisiejsi 30-latkowie musieliśmy sami uczyć się pewnych rzeczy, zmierzyć z mitem o szybkim ułożeniu sobie życia zawodowego i osobistego, kredytami, wynajętymi mieszkaniami itp. Wielu z nas nauczyło to pokory, innych wkurzyło, ale wszyscy mieliśmy motywację do działania, by coś zmienić. Łatwo jest mówić o millenialsach, że są rozpuszczeni, roszczeniowi, zepsuci, ale czemu nikt nie zajrzy głębiej do ich świata. Gdyby tego dokonał, zrozumiałby, że zblazowane hipsterki pijące kawę w modnych kubkach to tylko wierzchołek góry lodowej. Młodzi zakładają własne firmy, nie boją się stawiać warunków, chcą czegoś ponadprzeciętnego.

Najłatwiej jest kogoś zaszufladkować, trudniej namówić do dialogu i szczerze przyznać, że my zbyt łatwo zrezygnowaliśmy z marzeń, bo starsi mędrcy wmówili nam, że się nie da albo że ich nie dogonimy. Mam wrażenie, że młodsze pokolenie ma w tej kwestii większą odwagę niż my, kiedy byliśmy w ich wieku. Wniosek? Nie o PESEL tu chodzi, lecz o umiejętność czerpania z życia wiedzy, poznawania jego smaków i rozkoszowania się nimi. Zamiast zastanawiać się, po prostu próbować, sprawdzać, nie przesadzać z analizowaniem, bo to prosta droga to skrajnego pesymizmu.

 

Reasumując, oto lista rzeczy, których nauczyłem się, zbliżając się do trzeciej dekady egzystencji:

Nie powinno się dzielić na pokolenia.

(bo za moich czasów było lepiej, ci młodzi są tacy źli itd.) – po owocach działań poznamy ludzi, nie po metryce

Warto otworzyć się na świat.

– zamknięcie się w czterech ścianach to regres, ucieczka od problemu, a nie poszukiwanie jego rozwiązania.

Czas jest sędzią sprawiedliwym.

– zakładanie, że za rok osiągnę daną rzecz, nie ma sensu. Sam pamiętam, jak snułem plany, kiedy, co i jak, ale w praktyce nic z tego wychodziło. Lepiej po prostu robić swoje, nie mając zbyt wygórowanych oczekiwań. Cierpliwość i nadzieja to podstawa.

Gonienie króliczka nie ma sensu.

– szpanowanie drogimi zabawkami, próba udawania kogoś innego na siłę. To nie przyciągnie do naszego życia prawdziwych przyjaciół, a tym bardziej rozsądnych partnerek. Lepiej więc wycofać się z wyścigu. Zainwestować w zainteresowania, podróże, robić to, co nas kręci.  To też moment, kiedy pojęcie miłości przestaje się sprowadzać się do infantylnych zjawisk hormonalno-poznawczych. Staje się za to synonimem partnerstwa, odpowiedzialności, dawania drugiej osobie wsparcia. Krótko mówiąc, przestajesz marzyć o dziewczynie z okładki, a zaczynasz o tej z sąsiedztwa.

Asertywność to podstawa

– zbyt wiele razy mówiłem „tak”, więc teraz mówię „nie”. Wbrew pozorom, umiejętność odmawiania to ogromny przywilej w dzisiejszych czasach. Kiedy „wszyscy robią wszystko”, zwłaszcza to, na co nie mają kompletnie ochoty. Motywują tego typu zachowanie strachem przed odrzuceniem, utratą szansy na ciekawą znajomość, pracę, awans itp.

Przyznanie się do niewiedzy i błędu to mniejszy obciach od udawania supermena intelektualisty.

(Jeśli dojdzie do tego jeszcze pan złota rączka, który wierzy w to, że naprawi wszystko samemu, to już w ogóle kanał)

Odpoczynek jest bardzo ważny.

 

Pora na podsumowanie

– dzisiejszy 30-latek to nowy 18-stolatek – wygląda młodo, lecz ma inny rozum. Nie jest już tak naiwny, jakim bywał kilka lat temu. Zdaje sobie sprawę z faktu, że „pod górkę” to stały element ludzkiej egzystencji. Ale wie również, że największe szczęście kryje się w prostych rzeczach, które ma na wyciągnięcie ręki. Wiem, co mówię – sam kiedyś dałem się wkręcić w bajkę o istnieniu wyłącznie ciemnej strony świata. Postanowiłem jednak się przełamać, widząc, jak wiele czasu zmarnowałem na powtarzaniu tych samych błędów. Żaden specjalista nie pomoże osobie, która sama nie próbuje się zmienić. Warto więc wziąć się w garść, wyjść z domu, spojrzeć na niebo i zawalczyć o siebie. Gwarantuję, że zaczniesz wtedy dostrzegać piękno, którego wokół nas nie brakuje.

Elvis Strzelecki