Nie zawsze chce się płakać. Z Adèle Exarchopoulos i Gaspardem Ullielem rozmawia Kuba Armata

Nie zawsze chce się płakać. Z Adèle Exarchopoulos i Gaspardem Ullielem rozmawia Kuba Armata

Wciąż młodzi, a już ze sporym zawodowym doświadczeniem. Adèle Exarchopoulos i Gaspard Ulliel mają na swoim koncie współpracę z takimi reżyserami, jak Abdellatif Kechiche, Sean Penn, Xavier Dolan czy Jean-Pierre Jeunet. Wielu widzi w nich nadzieje i nowe twarze francuskiego kina. Ta dwójka utalentowanych aktorów spotkała się na planie przewrotnego filmu Justine Triet „Sybilla”, który od 21 lutego będzie można zobaczyć w polskich kinach.Z Adèle Exarchopoulos i Gaspardem Ullielem rozmawia Kuba Armata

Oboje bardzo dużo pracujecie, zaangażowani jesteście w sporo różnorodnych filmowych projektów. Trudno dziś aktorowi zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem prywatnym?

Adèle Exarchopoulos: Wydaje mi się, że powoli staje się to dla mnie czymś w miarę naturalnym. Najdziwniej chyba było przy okazji pierwszego filmu, w jakim miałam okazję występować. Nagle skończyły się zdjęcia, trzeba było wrócić do normalnego życia i nie do końca wiedziałam, co ze sobą zrobić. Plan filmowy stwarza cieplarniane warunki. Wszystko inne wtedy na ten czas zastyga. Zupełnie jakbyśmy się wyłączyli z życia na dwa miesiące, choć wiadomo, że przecież nie do końca jest to możliwe. Pamiętam, że w trakcie pierwszego takiego doświadczenia towarzyszyło mi poczucie pewnej dezorientacji, niepewności związanej z poruszaniem się pomiędzy fikcją a rzeczywistością. Na pewno ważną rolę odgrywa w tym wszystkim rodzina, bo zawsze jest dokąd wracać. Ważne, by mieć takie poczucie.

Gaspard Ulliel: Ja do tego podszedłbym trochę od innej strony. Zajęło mi nieco czasu, żeby zdać sobie sprawę, jakim szczęściarzem jestem, mając taką pracę. Wydaje mi się, że pomimo wielu wyrzeczeń, o których pewnie można by długo mówić, aktorstwo obliguje mnie do bycia w głębokiej, szczerej relacji z samym sobą. Sprawia, że próbuję się zrozumieć na bardzo wielu płaszczyznach. To coś, nad czym ciężko pracuję każdego dnia. Uważam, że wchodzenie w głąb siebie, dokopywanie się do kolejnych rzeczy jest fundamentem pracy każdego aktora. Właśnie to pozwala nam później pracować z tymi wszystkimi emocjami, neurozami, fantazjami, wspomnieniami. Moje życiowe doświadczenie stanowi moje pierwsze, podstawowe aktorskie narzędzie. Cieszę się, że mam taką okazję, zwłaszcza że przyszło nam dziś funkcjonować w społeczeństwie, gdzie – moim zdaniem – ludzie coraz częściej ignorują własne wewnętrzne potrzeby. Wiele pokus ich od tego odciąga, zastępując konieczną do wykonania pracę.

Traktujecie zatem kino jako rodzaj autoterapii?

A.E.: W pewnym sensie poddajemy się permanentnej psychoanalizie. Aktorstwo daje mnóstwo wolności. Jest takim ciągłym gubieniem i odnajdywaniem siebie. To ciekawy proces. Za sprawą kolejnych ról mierzymy się ze swoimi wątpliwościami, niepewnościami, słabościami. Myślę jednak, że kino spełnia podobną rolę w odniesieniu do publiczności. Kiedy widz siada przed ekranem i ogląda film, zaczyna filtrować go przez swoje własne doświadczenia. To w ogóle cecha sztuki. Chodzi o ciągłe konfrontowanie się z jakąś tajemnicą, próbę znalezienia sensu, odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Może w ten sposób udaje nam się uchwycić jakąś prawdę. Może jest ona właśnie zawarta w tej cienkiej granicy pomiędzy realnością a fikcją?

Plany filmowe to miejsca, gdzie często zderzają się mocne charaktery, ludzkie ego, nierzadko skrajne emocje, a realne życie miesza się z fikcją. Czy to rzeczywiście tak szalone i nieobliczalne miejsca jak w „Sybilli”, która opowiada także o procesie realizacji filmu?

A.E.: Myślę, że bardzo często pojawia się problem ustalenia granicy pomiędzy fikcją a prawdziwym życiem. Z perspektywy aktora bywa ona naprawdę cienka. Filmy, w które się angażujemy, poruszają bardzo różne strony naszych osobowości, za każdym razem odnoszą się do innych emocji. Z jednej strony to szalenie pociągające, z drugiej nie takie wcale łatwe. Często zdarza się tak, że spotkanie na planie zdjęciowym z jakąś osobą – czy to na poziomie zawodowym, czy przyjacielskim – uruchamia myślenie o konkretnych wydarzeniach ze swojej przeszłości. Nie zawsze muszą temu towarzyszyć pozytywne emocje, a takie projekcje mogą wyzwalać wiele frustracji. Wydaje mi się, że nie ma w tym przesady, że aktorstwo porównuje się do wielkiej gry, podczas której wydarzyć się może dosłownie wszystko. W tym rzeczy, jakich w ogóle byśmy się po sobie nie spodziewali. Nie żyjemy w bajce, jesteśmy tylko ludźmi. Spontaniczność i nieprzewidywalność odgrywają ważną rolę w życiu każdego z nas. Plan filmowy skupia to wszystko jak w soczewce. Mieszają się emocje, dochodzi stres, presja czasu. To wszystko jest bardzo intensywne.

G.U.: Może wydawać się to nieco szalone, ale na dobrą sprawę o to w tym wszystkim chodzi. W końcu filmowa fikcja najczęściej odnosi się do rzeczywistości, jedynie odpowiednio ją wzbogacając. Zgadzam się z Adele, że na planie filmowym wszystko posunięte jest do ekstremum. Tym, co zainteresowało mnie w „Sybilli”, był fakt, że próbuje ona nam powiedzieć, że kino spogląda na prawdziwe życie i związane z nim emocje przez rodzaj szkła powiększającego. Każdy z nas potrzebuje odrobiny fikcji. Pozwala ona złapać niezbędny dystans i w nieco inny sposób spojrzeć na rzeczywistość i nasze codzienne doświadczenia.

Dla was z pewnością takim doświadczeniem był fakt, że byliście reżyserowani w jednym momencie przez trzy różne osoby – Justine Triet, tytułową Sybillę i postać reżyserki, w której rolę wciela się znana z „Toniego Erdmanna” Sandra Hüller.

G.U.: Na pewno było to dla nas nowe i raczej niespotykane doświadczenie (śmiech). Myślę, i pewnie Adele się ze mną zgodzi, że bardzo oddawało to prawdziwą osobowość Justine.

A.E.: O tak! (śmiech)

G.U.: Mam wrażenie, że w tym samym czasie pokazywała nam ona kilka swoich wcieleń, przez co nie do końca wiedzieliśmy, czego w danym momencie możemy się spodziewać. Dla aktora to coś niezwykle pociągającego i myślę, że to jeden z głównych powodów, dla którego ta współpraca tak bardzo mi się podobała. Nie zawsze bowiem reżyserzy z taką odwagą pytają aktorów czy innych ludzi na planie o ich zdanie, o to, czy może oni nie chcieliby spróbować jakiegoś innego rozwiązania. Justine nie miała sprecyzowanych oczekiwań i założonego finalnego efektu danej sceny. Cały czas chciała za to poszukiwać, eksperymentować. To daje dużą satysfakcję z pracy. Z jednej strony jest stymulujące, z drugiej powoduje, że naprawdę mamy solidne pole do popisu i wykazania się. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie każdemu pewnie by to odpowiadało.

Jak dużym wyzwaniem jest dla was kręcenie scen miłosnych? Momentów namiętności, w których musicie udawać stan zakochania, okazywać czułość i fizyczną bliskość drugiej osobie, a potem jak gdyby nigdy nic wracać do swojego życia.

G.U.: A i tak wszyscy kończymy, sypiając ze sobą nawzajem, a przynajmniej taka panuje na nasz temat opinia (śmiech). Różnie bywa z tymi uczuciami, czasami jest ich więcej, kiedy indziej mniej. Ciekawe jest to, że można wykorzystać prawdziwe uczucia, które są zupełnie różne od tych, jakie mamy uchwycić w danej scenie. Przywołujemy jakiś radosny moment z naszego życia i używamy go w bardzo smutnej scenie, by osiągnąć określony poziom emocji. Analogicznie może być ze sceną miłosną, zwłaszcza w kontekście partnera, który nas jakoś specjalnie nie pociąga. Paradoksalnie moment, gdy ścierają się nie do końca pozytywne emocje, może zaprocentować czymś szalenie interesującym na ekranie. Dużo bardziej ciekawym, niż gdy jest po prostu słodko. To bardzo niejasny proces, powodujący, że czasem czujemy się nieźle skołowani. Wydaje mi się zatem, że do dobrej sceny miłosnej wcale nie jest potrzebna rzeczywista chemia między aktorami. Choć oczywiście nie mówię tu o przypadku Adele (śmiech).

A.E.: Nigdy nie ma jednego właściwego sposobu, jak należy to zrobić. Prawie w każdym filmie widzimy sceny miłosne i najczęściej powodują w nas tylko irytację. Bo zostały nakręcone w sposób stereotypowy, od linijki, mechanicznie. To jest dość podchwytliwe zagadnienie i duże wyzwanie dla aktorów. Wydaje mi się, że wiele dzieje się w podświadomości, co bywa trochę niebezpieczne, bo nie zawsze wiesz, w jakim miejscu emocjonalnie w danym momencie się znajdujesz.

G.U.: Powiedziałbym nawet, że często dużo lepsze filmowe sceny seksu to te, kiedy aktorzy udają, niż naprawdę do czegoś między nimi dochodzi (śmiech).

Technika i nabyte w szkole umiejętności aktorskie to jedno, emocje to drugie. Na co stawiacie w pierwszej kolejności?

A.E.: Myślę, że najczęściej to miks tych dwóch kwestii. Choć oczywiście jest to też zależne od tego, co akurat grasz. Czasami dana rola wymaga od ciebie większego zaplecza technicznego, świadomości i umiejętności korzystania ze swojego ciała. Kiedy indziej dużo bardziej trzeba wniknąć w głąb bohatera, jego psychikę, motywacje do konkretnych zachowań. Poznając jego historię, czujemy potrzebę przywołania odpowiednich skojarzeń i stanów emocjonalnych.

G.U.: To też na pewno zależy od emocji. Myślę, że idealnym rozwiązaniem byłoby zawsze pójście za swoją pierwszą opcją. Tak zupełnie instynktownie, spontanicznie, w trakcie sceny. Coś, co sprawia ogromną satysfakcję, kiedy się dzieje, a zazwyczaj ma miejsce, gdy bezwarunkowo poddajesz się specyficznej sytuacji i atmosferze panującej na zdjęciach. Może ona przywołać prawdziwe, szczere emocje. Czasami jednak to nie przychodzi i wtedy musimy bardziej bazować na naszych wyuczonych umiejętnościach. W końcu nie zawsze w życiu chce się płakać (śmiech).

Rozmawiał Kuba Armata

 

Więcej od loungemag

Najzieleńsze restauracje w Polsce

ORZO to najzieleńsza sieć restauracji w Polsce. Zdobywca nagrody Debiut Roku i rekordowej liczby wyróżnień...
WIĘCEJ