Moda w okupowanej Polsce – czym dla nas była?

Moda w okupowanej Polsce - czym dla nas była?
W drugiej części cyklu skupiam się na współegzystowaniu dwóch światów. Idąc tropem Joanny Mruk i jej książki „Moda kobieca w okupowanej Polsce” poszukuję klucza do odpowiedzi na jedno pytanie. Czym jest dla nas moda?
Dziś, w dużej mierze, to po prostu sposób wyrażania siebie. Ubrania, które bywają manifestem, „trendy” w ujęciu tego, co jest najpopularniejsze dla jak najszerszego grona osób. Ale znaczenie mody sięga głębiej.
Moda na zasadach

W trakcie II wojny światowej odzież i buty były reglamentowane. Powołano nawet specjalne urzędy: Urząd Gospodarowania Towarami i Surowcami Włókienniczymi oraz Urząd Rozdziału Skór i Gospodarowania Obuwiem. Sprzedaż na kartki stała się codziennością.  Ludzie radzili sobie tak, jak mogli. Część z nich zakładała to, co posiadała już przed wojną, część starała się korzystać z legalnie dostępnych produktów, a w Warszawie rozkwitł największy w okupowanej Europie czarny rynek.

Produkcja przemysłowa z kolei w dużej mierze podporządkowana była potrzebom wojska. Choć to problemy z dostępnością i ciężkie warunki wojny regulowały to, co kobiety nosiły, o modzie mówiło się. Stanowiła ważny element tożsamości każdej z nich. Choć nie chciały się „stroić” i malować, to było to namiastką „normalności”. Poza tym czytały prasę, np. „Nowy Kurier Warszawski” czy „7 Dni”, zasięgając modowych porad i felietonów, szukając nowych sposobów na reperowanie ubiorów i ich przeróbki. Jaka była najpopularniejsza tkanina z odzysku? Dwie lub trzy stare sukienki, które łączono w jedną. To symboliczne przedstawienie modowej codzienności w okupowanej Polsce.

Moda na salonach

Może nie posiadamy wielu wzmianek o projektantach z czasów okupacji. Wśród historycznych publikacji pojawia się jednak m.in. Zofia Hebda, właścicielka domu mody Falbanka. I oto wchodzimy w drugi świat – rewii, teatrów, niemieckich urzędników i przedsiębiorców. W tym samym czasie, w tych samych miastach. Choć zabawy taneczne były zabronione, to właśnie rewie i kabarety były miejscem, gdzie aktorki czy sfera dorobkiewiczów i spekulantów nosiła wytworne suknie wieczorowe.

Obowiązkowym elementem garderoby każdej kobiety były pończochy – w czasie wojny bardzo trudno dostępne, a jeśli już – w wygórowanych cenach. I tak życie niejako było przyczyną zmiany obyczajowej – pończochy oczywiście były reperowane, ale gdy już nic nie dało się z nimi robić, po prostu zaprzestano je nosić!

Najbardziej jednak doskwierał brak obuwia. Choć zasady zachowania nie pozwalały na noszenie odkrytych butów po mieście, to w czasie okupacji właściwie nikt już się tym nie przejmował. Co więcej – sandałki noszono także jesienią i zimą! Poszukując alternatywy do butów skórzanych, producenci postawili na produkcję obuwia z drewnianą podeszwą. (Co ważne – nie były one objęte systemem kartkowym)! Zimą lepiej sytuowane osoby nosiły kapce zakopiańskie i kalosze. Przeciętna Polka musiała jednak korzystać z pozostałych po mężu oficerek. Albo z uszytych z resztek materiałów ochraniaczy na buty.

Moc mody dla odbudowania siebie i tego, co wokół, jest niedoceniana. Dzieje się gdzieś z boku i choć na kartach historii zapisuje się po cichu, to jest miejsce i czas na pokazanie jej wartości. Jej symbolem – i zwiastunem trzeciej części cyklu – niech będzie kwiecień 1945 roku. Kiedy na rogu Marszałkowskiej i Koszykowej, pośród gruzów Warszawy, Jadwiga Grabowska, późniejsza dyrektorka Mody Polskiej, otworzyła pierwszy sklep z ubraniami – Feniks. To od niej wszystko zaczęło się na nowo.

Katarzyna Kwiecień

www.fashionbranding.pl