Minitest Volvo XC90 T8 – elitarny

Czym najchętniej jeżdżą biznesmeni z Azji? Luksusowymi SUV-ami. A skoro Volvo jest w azjatyckich rękach, nie mogło zabraknąć wersji przeznaczonej dla bardzo zamożnych. Pytanie tylko, czy zamienią oni swojego Mercedesa-AMG GLS czy Audi SQ7 na Volvo z 2-litrowym silnikiem?

XC90 nowej generacji to auto dopieszczone w każdym calu. Szwedzi w chińskich rękach poszli daleko w stronę ekologicznych rozwiązań – dostępne są tylko dwulitrowe silniki – a mimo to flagowy SUV znajduje wielu klientów.

Na ulicach nie brakuje XC90-tek, choć ceną nie kuszą. Nie brakuje ich też na motopodprad.pl, o czym możecie przekonać się TU,TUi TU. Pewnie nie wszyscy z Was pamiętają, ale w swoim czasie nagraliśmy też videotest, którego głównym bohaterem był właśnie największy szwedzki SUV.

Dwudziestolecie XXI wieku 

Czy warto rozwodzić się jeszcze nad jego wyglądem? Moim zdaniem nie. XC90 wygląda nowocześnie, w zasadzie to nawet bardzo, przez co może nie podzielić losu poprzednika, który nadal przykuwa wzrok swoim nobliwym designem. Jednak ktoś, kto kupuje to auto dziś wątpię, żeby nad tym się zastanawiał. Przód, z reflektorami do jazdy dziennej w kształcie młota i ogromnym, chromowanym grillem, to nadal designerski majstersztyk, który zasługuje na swoje miejsce w historii projektowania aut.

XC90 nie tylko wyglądem zewnętrznym wprowadziło Volvo w drugie dwudziestolecie XXI wieku. Zrobiło to przede wszystkim wnętrzem. Wielki tablet po środku deski rozdzielczej, praktycznie zero przycisków i… kiepska obsługa tego wszystkiego. Nie zawiodła za to pieczołowitość, z którą wykonano każdy detal. Materiały są bardzo wysokiej jakości, świetnie je też zmontowano.

A co jeśli to wszystko, co powyżej to za mało? 

Mamy wszystko mającą wersję Inscription, którą można jeszcze sowicie doposażyć wydając na auto “bimbaliony”. Mamy też, jak w przypadku testowanego egzemplarza, wersję Excellence, która przesuwa skalę luksusu w stronę kompletnie innego wymiaru.

Pytanie po co? 

Nie ukrywam, że mam z tym autem ogromny problem. 2-litrowa jednostka o mocy 407 KM (benzyna + silnik elektryczny) to niesamowicie sprawne źródło napędu, które jednocześnie jest… mało elektryzujące (mimo elektryki, heh). Silnika praktycznie nie słychać i może dobrze, bo nie tylko nie brzmi, ale powinien się wstydzić swojego prawdziwego dźwięku.

Owszem, można przejechać tym autem w teorii około 30 kilometrów tylko na prądzie, ale po pierwsze trzeba najpierw Volvo naładować (co trochę trwa…), a po drugie – potem pieścić pedał gazu. W zamian dostaniemy jedno udogodnienie. Wjedziemy takim autem do strefy ekologicznej. Jedna powstanie niebawem w Krakowie.

Co do spalania, to jak na hybrydę nie ma rewelacji. 12 litrów to taka uczciwa średnia. Można mniej, można więcej, ale mówimy o wartości adekwatnej do mocy i wykorzystania auta. Przyspieszenie do pierwszej setki zajmuje 5,6 sekundy, pod warunkiem, że silnik elektryczny jest naładowany i może wspomóc 320-konną jednostkę benzynową. A z tym bywa różnie. Niestety próba ładowania podczas hamowania niewiele pomaga. Jak bateria się rozładuje to w zasadzie trzeba podłączyć wtyczkę i udać się na dłuuugi spacer. Minusem jest też pomniejszony bak paliwa (tylko 50 litrów, jak w kompakcie) i niewielki zasięg…

Napęd? Niby 4×4, ale nie do końca. Jak silnik elektryczny się rozładuje, T8 to zwykła przednionapędówka, która ma na papierze bardzo wysoki moment obrotowy, ale w rzeczywistości

Luksus przez ogromne L 

No dobrze, ale zostawmy to. Ktoś, kto ma pieniądze może zjechać na stację paliw kiedy tylko zechce. Tyle że w tym aucie musiałby to zrobić z… tylnego fotela.

Tak. XC90 Excellence to 4-osobowe auto z osobnymi fotelami z tyłu zamiast kanapy. To tak naprawdę luksusowa limuzyna w nadwoziu SUV-a. Pasażer tylnej części pojazdu może swoim ultrawygodnym fotelem sterować (podnosić, opuszczać, przesuwać), może go podgrzać lub schłodzić. Niestety nie przewidziano masażu. Ma za to do dyspozycji podgrzewacz do napojów, lodówko-barek np. na szampana, sporo drewna, skóry, aluminium i… specjalną pleksi wyciszającą odgłosy z bagażnika. Dodatkowo w tej wersji użyto specjalnych felg z poliuretanową gąbką zamontowaną od wewnątrz – ma ona na celu obniżyć hałas dobiegający do wnętrza auta o 2-3 dB. Zabrakło za to porządnego stolika na laptopa i typowego podnóżka.

Jeżdżąc tym autem przez kilka dni, jako kierowca, czułem się zupełnie jak w każdym innym XC90 T8. Mogłem liczyć na świetną elastyczność, rewelacyjne audio 1400W od B&W (jak to gra, o mamo), pneumatyczne zawieszenie, ale patrząc w tylne lusterko czułem się trochę jak szofer.

Czy chciałbym być tym autem wożony?

Nie bardzo. Po pierwsze to nie limuzyna. Tego typu luksus może się spodobać tylko na wschodzie, a tam jak wiadomo wolą Mercedesy klasy G z widlastymi jednostkami, ewentualnie – jeśli już typowe SUV-y – to coś ze stajni Bentleya, Lamborghini lub chociaż… Jaguara.

Po drugie miejsca z tyłu nie jest tak dużo jak w zwykłej i o wiele tańszej Skodzie Superb. A że dach obito nubukiem. Cóż. Mając do wydania 533 tysiące złotych można kupić coś bardziej nobliwego, do czego być może będzie się trzeba schylić wsiadając, ale… umówmy się. Prezesi nadal jeżdżą limuzynami.

Zatem to auto to po prostu pokaz możliwości i droga ciekawostka. Póki co nadal nie widzę sensu zakupu niczego powyżej T6 o mocy 320 koni bez silnika elektrycznego. Najlepszą wersją pozostaje jednak D5. Sorry, wiem jaki mamy klimat, ale co poradzę. Do dużego SUV-a ważącego grubo ponad 2 tony najlepszy jest diesel. Szkoda, że już tylko czterocylindrowy…

Adam Gieras

www.motopodprad.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *