Matrix, czyli wygnanie z raju.

Matrix, czyli wygnanie z raju.

Na początku chciałem napisać o tym, że organizatorzy Igrzysk Europejskich w Krakowie wymyślili konkurs dla dzieci, którego nagrodą było zaprojektowanie oficjalnej maskotki imprezy. Potem jednak pomyślałem, że ten sportowy dziwoląg dostał już tyle kuksańców, że jeden więcej go wcale nie zaboli. Zacząłem więc screenować Facebooka i Instagrama w poszukiwaniu tematu i… eureka! Napiszę Wam o nowej tyranii.

I wcale nie będzie to o przypadku Rosji czy Białorusi, pominę kwestie związane z Koreą Północną, Syrią czy wzrostem popularności rozmaitych skrajnych ideologii, które pączkują ostatnio jak chleb na drożdżach. Będzie o tym, co właśnie sobie screenowałem, czyli o mediach społecznościowych. Ale nie tylko, bo spójrzcie na temat szerzej, przyglądając się, jak działają wielkie, globalne firmy. Takie które wszyscy znamy, ale w zasadzie tylko z logotypu albo facjaty ich właściciela, pozującego w mediach społecznościowych na super luzaka lub fana szarych t-shirtów. Człowieka, o którym nie wiemy nic konkretnego, nawet tego, czy naprawdę lubi nosić te bure podkoszulki, czy to tylko poza, którą przyjmuje, by kupić naszą percepcję.

Kiedy w 1984 roku William Gibson napisał słynną powieść „Neuromancer”, która okazała się proroctwem wirtualnego metaversum i ciągle wyprzedza naszą rzeczywistość, nie spodziewał się pewnie, że jego wizje wylądują tak blisko globalnej matrycy. Główny bohater, dzięki cyberpunkowej technologii, przenosił się w komputerowe alter ego rzeczywistości, w którym karty rozgrywały wielkie korporacje. Zrobiła się przy okazji tego niezła draka, ale nie o to chodzi, żebym wam streszczał tę genialną książkę, lecz o to, by dotknąć tego, co u zarania internetu (Gibson nie miał komputera!) dla pisarza wydawało się oczywiste. Dostrzegł jasno i wyraźnie, że na scenie globalnego teatru coraz istotniejszą rolę zaczynają odgrywać gargantuiczne twory biznesowe.

Lata płyną, granice się zbliżają do siebie lub wręcz znikają, dostaliśmy swobodę przemieszczania się, komunikowania (z małymi wyjątkami), robienia interesów bez względu na religię, płeć czy orientację. Zbliżyliśmy się do siebie bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, stając się mcluhanowską globalną wioską.

Świetnie, powiecie, nie mogło nam się przydarzyć nic lepszego! Zgoda, ale teraz przyjrzyjcie się, kto nam te ścieżki przetarł i wykosił, a następnie wyścielił asfaltem, żeby nam się buty nie zapadły w błocie. I kto nas ciągle na te ścieżki wpuszcza, a jeśli będziemy niegrzeczni, zablokuje nam dostęp i nakaże siedzieć w swoim wigwamie, w ciszy i zapomnieniu (nie ma cię na F, to nie istniejesz)? Odpowiem: wielkie firmy technologiczne zaczynające się na literę G, M, T czy A. Przesadzasz, żachniecie się. I tu wam opowiem pewną historię.

Pewien znajomy wykupił reklamy na jednym z portali społecznościowych. System zadziałał, ściągnął kasę, wszystko wydawało się ok. Ale happy end szybko się skończył. Jakiś czas później odkrył, że z konta nadal znikają środki, choć promocja dawno została zamknięta w czasie przeszłym. Postanowił się skomunikować z korpo. I co? Ściana. Zgłaszanie problemu – bez odzewu. Wysłanie maila – cisza. Może trzeba zadzwonić? Niestety, pani na infolinii nie pomoże, bo nie ma dostępu do spraw finansowych. Kto może pomóc? Ona nie wie, najlepiej napisać mail. I tak wracamy do punktu startu, zabawa się zaczyna od nowa. On sam jeden i wielka, bezosobowa machina. Odyseusz kontra Cyklop. Józef K. kontra system.

Przeszukajcie zwoje neuronów, pewnie mieliście podobną sytuację. Żyjemy w czasach nowoczesnej tyranii, w której rolę dyktatora przejęli prezesi, a zamiast służby bezpieczeństwa działają bezduszne algorytmy, wyznaczające co jest poprawne, a co zasługuje na reprymendę. I co najgorsze, ucieczka z tego Orwellowskiego świata jest praktycznie niemożliwa. Oczywiście, są tacy, którzy powiedzą z dumą i pewnym poczuciem wyższości – „nie ma mnie na Facebooku”. Ale czy w ten sposób mają jakiś wpływ na bieg rzeczywistości, czy może po prostu wypisują się z metaekspresu i uciekają gdzieś daleko, w medialną głuszę?

Erich Fromm pisał o ucieczce od wolności. To było jeszcze w latach 40., analizując okoliczności powstania nazizmu. Zauważył pewną prawidłowość, która jak cień snuje się za korowodem historii. Człowiek boi się wolności i chętnie się jej wyrzeknie w imię poczucia bezpieczeństwa. Dodałbym, że zrobi to pod warunkiem, gdy pozwoli się mu żyć w pełnej samozadowolenia bańce. W grupie, w której wszyscy będą go głaskać, popierając pewien punkt widzenia. Dadzą lajki i przetweetują dalej. Nieustannie pozwalamy się wygnać z raju tylko po to, by stworzyć jego ułomną, ale ogrzewającą nas iluzję. Krótko mówiąc, Matrix.

Rafał Stanowski

Zdjęcia Michał Mąsior
Styl Anna Kurpas
Studio Unique

Więcej od loungemag
Jak radzić sobie z duchami w kuchni?
Przełom jesieni i zimy to okres niezwykle dziwny i tajemniczy. Mgła snuje się po ziemi, otulając...
Więcej