“Ludzie zwariowali na punkcie darmowego żarcia i alkoholu”


Miuosh – Pudle
Nigdy nie kręcił mnie tani, zakompleksiony, celebrycki blichtr obyczajowy w polskim wydaniu. Nawet najmniejsze przejawy gwiazdorstwa, bufonady czy innych gównianych postaw mocno mnie żenowały i wkurwiały jednocześnie. Zwłaszcza jeśli trafiałem na nie w świecie rapu, tak kiedyś przeze mnie kochanym, zupełnie nie potrafiłem ich zrozumieć.

A trafiałem. Do czasu projektu, który współtworzyłem z, jak się potem okazało, ulubionym kompozytorem polskich celebrytów, nikt w zasadzie nie miał bladego pojęcia, kim jestem. Miałem święty spokój. I dobrze to wspominam.

Żeby być na bieżąco, wystarczała mi telewizja. Lekka dawka tej całej groteski, twarze, z których kojarzyłem może dwie na dziesięć. Zawsze znalazł się ktoś życzliwy, kto podpowiedział mi, kogo mam przyjemność oglądać, czyją jest córką, czyją siostrą, czyim był facetem… Na szczegółowe pytania odpowiedzi często nie dostawałem. Jaki kraj, takie Hollywood. Zresztą o Hollywood też niewiele wiem.

Moja ignorancja to pewnego rodzaju błogosławieństwo. Większości tych naprawdę znanych ludzi nie poznałbym na ulicy. W 2015 roku sytuacja miała się jednak zmienić. Lekko, bo przecież nie jestem na warszawskim etacie. Do stolicy mam daleko, moje wizyty są sporadyczne, a oni wszyscy chyba wiedzą, że tam nie pasuję. Ale moja ulica zahaczyła o ich pełne uśmiechu, miłości i splendoru salony. Matko Boska…

Gala Bestsellerów

Jednym z najbardziej budujących ego doświadczeń, jakie zdobyłem, jest wprowadzenie zamieszania w ten sprawny mechanizm. Gala Bestsellerów. Transmitowana na żywo w telewizji. Zostałem zaproszony, ponieważ nominowano nas z Radzimirem Dębskim w kategorii Wydarzenie roku, ponoć najważniejszej… Nie wygrałem. Byłem oczywiście z żoną.

Nie wiedziałem, że na takich imprezach selekcjonerzy odbierający zaproszenia przy wejściu sprawdzają listę nazwisk i wybierają osoby, które są godne zaistnienia w tej układance. Nieoczekiwanie zostaję wepchnięty na pieprzoną ściankę, a masa gości z aparatami zaczyna krzyczeć, że mam na nich spojrzeć, że w lewo, że w bok… Kończą.

Omiatam wzrokiem kolejkę, widzę osoby, które dopiero przygotowują się do swoich chwil sławy w tym chlewie. Nagle wyłapuję poruszenie wśród paparuchów. Nerwowo pytają siebie nawzajem: „Kto to, kurwa, jest? Jak on się nazywa? Jak się to pisze? Kto? Ktooooo?” Kolejka chwały wkurwia się nie na żarty, że musi czekać przez bezimiennego. Pudle z aparatami skonsternowane. Ja jak zwycięzca…

 

Zanim gala się zacznie, wszyscy kombinują, gdzie dorwać alkohol.

Ten darmowy, oczywiście. Jak już go namierzą, to tam się gromadzą. Uśmiechają do siebie, nie uśmiechają. Nie wiadomo, co bardziej szczere. Chuj ich tam wie.

Zaczyna się gala, więc zajmujemy miejsca. Siedzę ponoć obok producenta filmowego. Tak mówi Sandra. Nie znam gościa. Odbiera chyba dwie statuetki, a gdy na ekranie pokazują naszą nominację, mówi do swoich wspólasów: „Zajebista rzecz, widziałem/byłem, słucham. Naprawdę zajebiste”. Za chwilę trąca mnie łokciem. Ja w nerwach, bo już węszę biznes. „Sorry, ciasno trochę”.

Może i słuchał, ale też nie kojarzy… Trochę szkoda. Do końca wieczoru, czyli ogłoszenia, że sukces gry Wiedźmin jest większym wydarzeniem niż moje muzyczne kolaboracje z Jimkiem i NOSPR-em, rozglądam się i staram rozeznać w sytuacji. Trochę już nawet wiem. Coś kojarzę. Dużo mylę.

Koniec. Spodziewam się dyskusji.

Rozmów, wywiadów, atrakcji, zajęć w podgrupach. Nic z tego. Wjeżdża catering! Szał… Ludzie warci ponoć masę hajsu dostają jakiegoś poważnego pierdolca na widok darmowego żarcia i chlania. Kurczak, ryż, jakaś sałatka, stare pieczywo, wino z kartonu, soki z promocji… Amok. Przepychają się jeden przez drugiego. My uciekamy. Do domu. Jeszcze cztery godziny.

Przy wyjściu mijam człowieka, jednego z niewielu, którego rozpoznałem. Smutnego jak skurwysyn, wręcz samotnego. Odbił kartę, skończył robotę w tym pierdolniku i wraca do domu. Tylko że jego w ciągu najbliższych dni czeka jeszcze kilka takich „zmian”. Ja nie mam zamiaru szybko tego powtarzać. Bogu dzięki, nie muszę.

Tekst pochodzi z nowej książki „Miuosh. Wszystkie ulice bogów”, wydanej przez Znak. Jest to połączenie wywiadu z Miłoszem Boryckim i felietonów, w których autor mówi pierwszy raz szczerze o sobie, o tym, co go boli, czego nienawidzi, za czym tęskni, o czym marzy. Dzieli się spostrzeżeniami o Polsce, muzyce, rodzinie, show-biznesie. Rysuje też obraz Śląska, który jest jego miejscem na ziemi i pewnego rodzaju „stanem umysłu”.   

Więcej od loungemag

„Boże Ciało” z większą liczbą widzów niż „Joker” i „Czarownica 2”!

Lepszego prezentu urodzinowego Jan Komasa nie mógł sobie wymarzyć. „Boże Ciało” po trzecim weekendzie...
WIĘCEJ