Recenzja “Linii kodu kreskowego” K. Tóth

Czytam „Linie kodu kreskowego” zupełnie nie przejmując się tytułem zbioru opowiadań, nie poszukując żadnego w nim objaśnienia do przedstawionych tu „Piętnastu historii”. I odczuwam w tym pewną interpretacyjną ulgę, odpust. To ulga w świecie nadmiaru, pisze Murek, choć dla mnie, poza semantyczną, lektura Tóth niesie ze sobą jakąś ulgę językową, stylistyczną. Powściągliwy styl autorki bliski jest estetyce japońskiej. I w tym wrażeniu poszukuję klucza do książki, bo obcowanie z „Liniami kodu kreskowego” rysuje we mnie nie linię a smugę, smugę cienia.

Wspólnym mianownikiem wszystkich historii są doświadczenia rozczarowania, opuszczenia, obcości i straty. Rodzice są nieobecni albo chłodni, partnerzy tylko na chwilę. Miłość, bez względu na to jak namiętna i intensywna, zostaje odebrana nagle, bez powodu i wyjaśnień. Gdy kobieta kocha jej czas płynie powoli, pozwala łapać owady w locie, wylegiwać do południa, zapisywać życzenia, lepić się do mebli („Lubię tańczyć”, „Baba Jaga Patrzy”, „Zimna podłoga”.) Utrata kochanka sprawia, że podłoga robi się zimna, dom pusty a zegar przyspiesza. Życzenia trzeba rozdać, rozsypać, zgubić.

Written By
More from loungemag
45 lat temu zadebiutował Mercedes-Benz 450 SEL 6.9 [historia]
8-cylindrowy silnik o pojemności 6,9 litra i mocy 210 kW (286 KM), prędkość maksymalna...
Więcej

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *