Którędy w Bieszczady? [Malwa Wawrzynek]

Rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady. Zawsze myślałam, że to ulubione motto ludzi z korporacji. Byłam pewna, że mnie, jako przedstawicielce wolnego zawodu to nie dotyczy, już nie. Tymczasem rozglądam się dookoła w poszukiwaniu czegoś, co utwierdzi mnie w przekonaniu, że wszystko ze mną w porządku. Że to nie tylko ja szukam czegoś więcej, że to nie tylko dla mnie wymarzony zawód okazuje się niewystarczający.

 

I co widzę? Widzę kolegów i koleżanki, którzy powoli wychodzą ze skorupy i ze zbroi, które na siebie włożyli. Widzę bliskie mi osoby, które robią w modzie to, o czym marzyły, ale nie są szczęśliwe. W końcu widzę też osoby, które w branży obserwuję od dawna i po których nie spodziewałabym się chęci wycofania. A jednak otwarcie zaczynają się do niej przyznawać.

Przyznanie się do tego, że przez długi czas wierzyło się w coś, co w rzeczywistości okazało się dalekie od naszych prawdziwych pragnień, nigdy nie jest proste. To trochę jak przyznanie się do porażki. Albo przerwanie biegu, do którego przygotowywaliśmy się przez długie miesiące, może nawet lata. Żyjemy w czasach, w których cel jest wyznacznikiem naszego życia. Nie masz celu? Jesteś looserem, ewidentnym przegranym w walce o podium dla ludzi sukcesu.

Dobrze jest dzisiaj mieć konkretny plan na życie.

Rozrysowany na kartce, flipcharcie, czy gdzie kto lubi rozkładać swoją przyszłość na czynniki pierwsze. O tym, jak żyć napisano już tyle książek i podręczników, że głupio jest przyznać się do tego, że są chwile, czasem naprawdę bardzo długie chwile, w których wyłączają nam się wszystkie „dobre” pomysły na życie.

Życie bez patrzenia w konkretny punkt wydaje się wielu osobom puste, naiwne i dziecinne, dlatego mile widziana jest informacja o tym, co i kiedy chce się w tym życiu robić. Wszelkie odstępstwa od tego planu traktowane są jako fanaberia, która jest pierwszą oznaką braku dorosłego myślenia o sobie i najbliższych.

Czasem jednak te wszystkie plany, marzenia i nadzieje zaczynają stawać się niewyraźne. Przyjmują postać, której nie spodziewaliśmy się, kiedy obieraliśmy je sobie za nasz nadrzędny cel. Czasem okazuje się, że przy bliższym poznaniu nie są już tak kuszące, perfekcyjne i bajeczne, jak wydawały się z odległego dystansu.

 

Tracą swoje zdobne szaty i pozostają ogołocone ze wszystkich dodatków, które działają jak najlepszy wabik.

Tak jest z branżą mody i z pewnością podobnie dzieje się z każdą inną dziedziną, z którą łączy nas coś więcej, niż tylko przelotny romans. Z modą jednak rozczarowanie może być szczególnie szokujące. Przecież to praca, o której marzy tysiące młodych dziewczyn i niewielu mniej młodych chłopców.

Zanim jednak zdecydujemy się na poświęcenie wszystkiego i wszystkich dookoła w zamian za chwilowy powiew luksusu, perfum Chanel i wielkiego świata, warto uświadomić sobie, że Instagram, Vogue i „Diabeł ubiera się u Prady” to jedno, a rzeczywistość to całkiem coś innego.

Jak ona wygląda i dlaczego nie jest taka, jak pokazują w filmach, pisać nie będę.

Po pierwsze dlatego, że nadal jestem zamieszana w ten światek, po drugie dlatego, że lepiej przeczytać to, co piszą inni ludzie z branży. Robią to z sensem i z darem do układania zdań tak, aby nikogo i niczego nie napiętnować. A jednocześnie przekazać dokładnie to, co najistotniejsze.

Jedną z takich osób jest Olka Kaźmierczak, niegdyś pani od PR-u mody, później naczelny strateg polskiej branży fashion. Dzisiaj balansuje pomiędzy modą a szukaniem równowagi, z której łatwo się wytrącić. Gdy wokół ciągle przychodzą powiadomienia, maile z kolejnymi zleceniami i nie zawsze przyjemne komentarze od osób, które na zawołanie mają dużo do powiedzenia. Olka jako jedna z pierwszych zrobiła swego rodzaju coming out, o którym w branży mówi się mało.

Jasno pisze o tym, że „rozpoznawalność i pieniądze” już jej nie interesują, bo istnieją dużo bardziej wartościowe rzeczy. Dodaje do tego dawkę osobistych zwierzeń i przemyśleń. Które nie zawsze przyklaskują branży, w której pracuje. Trzeba mieć odwagę, aby pisać takie rzeczy jako osoba publiczna, która w dodatku prowadzi własny biznes.

Czytają to nie tylko anonimowe osoby, które kibicują Olce swoimi komentarzami. Ale także współpracownicy oraz potencjalni zleceniodawcy, którzy przecież spokojnie mogą uznać, że w takim razie nie będą pani Oli przeszkadzać w poszukiwaniu nowych wartości w życiu. Część z nich zapewne tak właśnie robi. Inni jednak w tych nowych wartościach znajdują swoje własne pragnienia. Okazuje się, że po latach działania w wymarzonej profesji marzą tylko o tym, aby kupić sobie chatkę w Bieszczadach. Wyłączyć Instagram i zająć się odnową starych drewnianych mebli.

Malwa Wawrzynek