Królowie dróg: polska jazda bez trzymanki [Rafał Stanowski]

Królowie dróg: polska jazda bez trzymanki [Rafał Stanowski]
Zastanawiacie się, jacy jesteśmy? Spójrzcie w lustro, a raczej w lusterko swojego samochodu.

Auto jest nie tylko genialnym środkiem lokomocji, który zrewolucjonizował życie i sprawił, że możemy dotrzeć tam, gdzie poniesie nad fantazja. Auto stało się czymś więcej – jest wyznacznikiem statusu społecznego i ewokuje zachowania, które skrywamy głęboko w podświadomości. To, w jaki sposób poruszamy się po drodze, mówi o nas więcej niż setki zapisków u psychoanalityka.

No dobrze, do czego piję?

Ok, wyjeżdżamy na polskie drogi, przeorane bruzdami dziejów zwanymi koleinami. Wokół nas jak w ulu, Polak nieustannie gdzieś spieszy (często też spieszy się). Załatwia sprawy kręcąc kołami lub po prostu postanowił przepuścić wolny czas przez rurę wydechową. Jechaliście kiedyś przez Czechy lub Słowację? I co – pusto, jak w horrorze z serii postapo. Brakuje tylko żeby zombie wylegli zza znaku z napisem „pozor vlak”. Z kolei Włosi na asfalcie prężą swój temperament.

Pamiętam jak kiedyś przemierzałem góry Toskanii. Patrzę w lusterko, za mną autobus komunikacji podmiejskiej, pomyślałem: „super, mogę jechać wolno i podziwiać widoki”. Dwa zakręty później autobus siedział mi na ogonie. Kierowca miał taką minę, jakby chciał mnie mijać manewrem godnym Michaela Schumachera z Ferrari (tak, to było dawno temu).

A jak wygląda polska jazda?

Nasi kierowcy dzielą się na grupy, które mogłyby stanąć do gry w dwa ognie, albo jeszcze lepiej – zapisać się do PiS i KE i naparzać przy każdej możliwej okazji. Pierwsi jeżdżą bez trzymanki. Wydaje im się chyba, że są spadkobiercami husarii, która stoczyła się z Kahlenbergu na turecką armię, rozjeżdżając wrogów niczym kula śniegowa. To ci, którzy przy każdej okazji wiszą za naszym tylnym zderzakiem, nieważne czy blokuje ich ciągła linia, czy za chwilę będą z piskiem hamować przed czerwonym światłem. Spieszą się zawsze i wszędzie, innych kierowców obrzucając błotem i łaciną dla początkujących.

Druga grupa to Janusze motoryzacji, zawieszeni poza czasem i przestrzenią. Lubią okopać się na lewym pasie, z obsesją numerologa nie przekraczają magicznej liczby pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Manewr skrętu wykonują na kilka kilometrów przed skrzyżowaniem, zajmując miejsce na pasie niczym babcia w kolejce po mleko. W tej grupie mieszczą się również kierowcy tirów, którzy wyjeżdżają na zewnętrzny pas, by przez kilka następnych minut prowadzić ze sobą wyścig o trofeum najszybszego ślimaka.

Ci ludzie wysiadają z samochodu i co – no właśnie, znacie ich z biur, chodników, ze sklepów i knajp. Wpychają się przed wszystkich, udając że nie zauważyli reszty świata stojącej grzecznie w ogonku kolejki. Podczas bankietu tanecznym krokiem wkręcają się przed stół zastawiony bankietem, by jako pierwsi dorwać się do darmowych rarytasów. A na koncercie na pewno zaliczycie kuksańca od ich plecaka, który radośnie podskakuje, gdy przebijają się przez tłum publiczności zgromadzonej przed sceną.

A ci drudzy?

Ile to razy chcieliście coś szybko kupić w sklepie, ale pani/pan w kasie działał na zwolnionych obrotach, jakby nie włączył rano przycisku z napisem „turbo”. Albo gdy czekaliście na jedzenie w restauracji, a ono nie nadchodziło, aż chwycił Was za gardło ból istnienia, zwany również głodem? Czy wtedy, gdy staliście w kolejce do toalety, przestępując z nogi na nogę, a ta jedna osoba przed wami wcale się nie spieszyła, celebrując każdą chwilę spędzoną sam na sam z pisuarem?

Zastanawialiście się, co łączy te dwie grupy?

Powiecie, że nic – i tu się mylicie! Łączy je nasza narodowa cecha, która wiele razy ratowała nam skórę, ale też dawała nam popalić, gdy wokół nie czaiło się wielkie zagrożenie. Polska fantazja, którą zdefiniowałbym raczej jako daleko posunięty indywidualizm. To, co kryje się w słowach „na zagrodzie szlachcic równy wojewodzie”.

Jesteśmy narodem indywidualistów, którzy potrafią wspinać się na najwyższe szczyty – dosłownie i w przenośni, toczą bitwę z serii sam przeciw wszystkim, próbują wygrać wyścig w najgorszym samochodzie. Gdyby w piłce nożnej liczyła się gra tylko jednego zawodnika, co chwilę bylibyśmy mistrzem świata. Ale tu niestety punkty daje współpraca, czyli coś, co idzie nam opornie. I to od dawna, od kiedy wynaleźliśmy rozbicie dzielnicowe. Wtedy odkryliśmy Amerykę, że po co trzymać się kupy, skoro można samemu sobie być królem.

Takich królów po naszych drogach jeździ więcej, niż mamy koni w bolidzie Roberta Kubicy. Zresztą wyniki jego zespołu świadczą o tym, że mustangi Williamsa gdzieś sobie pouciekały. A Polak zamiast ścigać się z kierowcami, musi walczyć z własnymi nerwami. Jedzie w wyścigu sam przeciw wszystkim, nawet przeciw swoim inżynierom. I skąd my to znamy?