Kolorystyczna dominacja płci [Malwa Wawrzynek]

Ostatnio miałam przyjemność prowadzić szkolenie dla osób, które z modą nie mają na co dzień wiele wspólnego. Szkolenie miało na celu zmotywować uczestników do podjęcia aktywizacji zawodowej. Dać im proste, nieraz bardzo proste, narzędzia do tego, aby podnieść własną samoocenę i lepiej poczuć się we własnym ciele.

Stąd też jednym z dużych bloków szkolenia była kwestia wizerunku. W jego skład wchodziła stylizacja, makijaż oraz kolor. Z racji doświadczenia zajęłam się tą ostatnią kwestią. Jak się okazało, była ona wielką niespodzianką zarówno dla uczestników, jak i dla mnie samej.

O kolorach rozmawia się rzadko.

Zazwyczaj wtedy, kiedy kobiety dobierają dodatki do stroju, a panowie zakładają krawaty na większe wyjścia. Z takim podejściem też podeszli do szkolenia wspomniani uczestnicy. Panie z dreszczykiem emocji, bo w końcu sprawdzą swoje umiejętności w tym, w czym od zawsze czują się dobrze. Panowie zaś z mocnym dystansem, żeby nie powiedzieć, z niechęcią, podsumowaną słowami „a na co mi tyle kolorów w szafie” oraz „ja odróżniam tylko 3 kolory, bo jestem prawdziwym mężczyzną”.

Kwestię męskości definiowanej znajomością palety barw zostawiłam bez komentarza. Ale chcąc nie chcąc musiałam przeprowadzić z panami kilkugodzinne szkolenie o kolorach właśnie. Obie strony, czyli ja i panowie, były już więc nastawione dosyć negatywnie. Obie strony miały początkowo trudności ze skupieniem się na zadaniu. W głowie kołatała się jedna irytująca nuta: „co ja robię tu…”.

 

Jednak już po kilku minutach pojawiły się pierwsze symptomy.

Miłego, również obustronnego zaskoczenia spowodowanym nagłym zaciekawieniem tematem. Szkolenie zaczęłam od psychologii koloru, czyli tego, jak każdy z nas odbiera działanie danej barwy. Skupiłam się na ubraniu i żeby było ciekawiej na płci przeciwnej. Pomysł trafiony, bo panowie chętnie wyobrażali sobie swoje (lub nie swoje — tego na szczęście nie wiem) partnerki i żony w danym kolorze. I co się okazało? Okazało się, że my kobiety o działaniu kolorów na mężczyzn nie wiemy nic.

Weźmy na przykład taką czerwień — piękną, klasyczną, może być szminka jak u Diora, albo sukienka jak u Valentino. „Strzał w dziesiątkę”, myślimy, kiedy zakładamy czerwoną kreację na pierwszą randkę, na weselę, albo na inną okazję, gdzie występują damsko-męskie relacje.

Tymczasem panowie mówią na to „nie”. Jak to „nie”?

„Po prostu nie, ja nie lubię kobiet w czerwieni, zwłaszcza jeśli jest to nowo poznana kobieta. Wydaje mi się agresywna, zbyt stanowcza i pewna siebie. Na pewno będzie chciała dominować i pokazywać swoją dominację w najgorszy sposób”. Cóż, gdy kilka godzin wcześniej rozmawiałam z paniami, wszystkie miałyśmy nieco inny pogląd na czerwoną kreację.

Przecież wiadomo, że seksi, kobieco, zmysłowo, sensualnie i tak dalej. Dominacja? Agresja? Straszak na mężczyzn? Nie tak pisali w magazynowych poradach dla kobiet! A jednak, sukienka w mocnej czerwieni nie na każdego mężczyznę zadziała jak wabik. Panowie zgodnie jednak stwierdzili, że czerwony akcent, na przykład w postaci ust, to już dużo ciekawszy element kolorystyczny, który owszem, trafia prosto w ich gusta.

Jeśli więc czerwień straciła swoją magiczną moc, co pozostaje nam kobietom, kiedy chcemy podrasować efekt „wow”? Drogie panie, róż lub biel, czyli czysto, niewinnie, dziewczęco i subtelnie.  Tak panowie w różnym wieku widzą nas najchętniej. Dorzucili do tego jeszcze czerń, głównie ku mojej uciesze, która jak zawsze pojawiłam się na kolorystycznym szkoleniu ubrana w czerń od stóp do głów. Mężczyźni przytaknęli, pochwalili i powiedzieli, że czerń też jest okej. Ostra żółć, soczysta zieleń i neonowy pomarańcz już niekoniecznie. Najwidoczniej panowie nie przepadają za mocnymi, „dominującymi” kolorami. Powinno być delikatnie, harmonijnie i z opanowaniem, czyli tak jak na szczęście nie jest w żadnej kobiecej szafie.

 

Malwa Wawrzynek