Kim naprawdę jest Lana Del Rey? Odkrywamy tajemnice piosenkarki…

Kim naprawdę jest Lana Del Rey? Odkrywamy tajemnice piosenkarki...
Kiedy kilkanaście dni temu media doniosły o strzelaninach w El Paso i Dayton, Lana Del Rey nagrała nową piosenkę. „Nadal szukam własnej wersji Ameryki/ Takiej bez broni, gdzie flaga może spokojnie powiewać/ Żadnych bomb, tylko fajerwerki, ja i ty” – zaśpiewała w „Looking For America”. Czy podobny wyraz będą miały nagrania gwiazdy, które trafią na jej szósty album – „Norman Fucking Rockwell”?
Bajeczka o Kopciuszku

Dowiedzieliśmy się o jej istnieniu w 2011 roku, kiedy internetowym viralem stał się teledysk do utworu „Video Games”. Czarno-białe kadry niczym z dawnych kaset VHS, układające się w historię umierającej miłości, wyróżniały się na tle wysokobudżetowych produkcji promujących piosenki Beyoncé czy Madonny.

Równie oryginalnie prezentowała się autorka piosenki i klipu: wystylizowana na gwiazdę kina z lat 50., uwodziła erotycznym niedopowiedzeniem i dwuznacznym mrokiem. Ciekawa była także historia stojąca za wokalistką. W kolejnych wywiadach opowiadała ona, że pochodzi z ubogiej rodziny, że mieszkała w przyczepie kampingowej i przymierała głodem na ulicach Nowego Jorku. Wszystko miało się odmienić za sprawą wielkiego sukcesu „Video Games”.

Dziennikarze wyniuchali jednak w tym fałsz: szybkie śledztwo ujawniło, że dotychczasowa biografia piosenkarki jest nieprawdziwa. Historia o Kopciuszku, który spełnia swój „amerykański sen” okazała się bajeczką wyssaną z palca, w niezwykłej urodzie młodej gwiazdki zaczęto doszukiwać się śladów skalpela chirurga plastycznego, a w oryginalnym charakterze klipu do „Video Games” – ręki profesjonalnego reżysera. Oliwy do ognia dolał jej występ w telewizyjnym programie „Saturday Night Live”. Trema sprawiła, że piosenkarka fałszowała – nic więc dziwnego, że od razu w mediach pojawiło się oskarżenie: „Ona nie umie śpiewać”. Skandal za skandalem nie zaszkodził jednak Lanie Del Rey – a wręcz przeciwnie: usłyszał o niej cały świat.

 

Na popkulturowej diecie

Naprawdę nazywa się Lizzie Grant i pochodzi z Lake Placid. Jej mama jest nauczycielką, a tata – prywatnym przedsiębiorcą. Oboje są katolikami, stąd posłali córkę do szkoły prowadzonej przez Kościół. To właśnie w jej chórze zaśpiewała po raz pierwszy. Ponieważ dziewczyna dobrze czuła się w takim środowisku, po podstawówce trafiła do jezuickiego kolegium. Filozoficzne rozmowy o sensie życia i śmierci, obrazy świętych oglądających w duchowej ekstazie Boga, biblijne opowieści o dobru i źle – wszystko to ukształtowało „gotycką” wyobraźnię Lizzie.

Z drugiej strony pochłaniała ona amerykańską popkulturę: komiksy, kreskówki i filmy. Szczególnie trafiały do niej obrazy gloryfikujący mityczny dla Ameryki czas lat 50. Marilyn Monroe, Elvis Presley, James Dean, Frank Sinatra, Lana Turner. – To, co było lepsze w latach 50. i 60. to to, że ludzie byli podekscytowani życiem. Byli szczęśliwi, że są wolni po wojnie. Wszystko było nowe – domy, samochody. Szybko brali śluby, odkrywali rock’n’roll. Wszyscy wyglądali na mniej zblazowanych niż dziś. Kiedyś marzeniem była szczęśliwa rodzina. Dzisiaj amerykańskim marzeniem jest sława – wyjaśnia w serwisie „Electronic Beats”.

W przyczepie campingowej

Kiedy wychowana w katolickim duchu Lizzie stała się nastolatką, odkryła nowy dla niej świat imprez i używek. Wkręciła się weń dosyć mocno – całe szczęście rodzice byli czujni. Kiedy zauważyli, że córka przekracza dopuszczalne granice, zabrali ją ze szkoły i wysłali do Nowego Jorku. Tam Lizzie sama zajęła się opieką nad bezdomnymi i uzależnionymi. Mieszkała wtedy w przyczepie samochodowej i naprawdę jej się nie przelewało. Być może dlatego chwyciła za gitarę. Zaczęła występować w lokalnych klubach, grając i śpiewając folkowe piosenki. Kilka z nich nagrała na taśmę demo i zaniosła do wytwórni płytowych.

Trafiła wtedy na bogatego sponsora – i wdała się z nim w długotrwały romans. Dzięki jego wpływom w show-biznesie wydała pierwszą płytę pod swym własnym imieniem i nazwiskiem. Album przeszedł bez echa. Sprawiło to, że postanowiła wycofać się z branży i przemyśleć na nowo swój medialny wizerunek. Wtedy właśnie wpadła na pomysł, by na cześć swej ulubionej aktorki Lany Turner przybrać pseudonim Lana Del Rey. Wystylizować się na lata 50. Pierwszym tego zwiastunek okazał się teledysk do „Video Games”. Jego sukces okazał się wręcz oszałamiający: do dziś obejrzało go ponad 250 milionów widzów.

Od ekstazy do bólu

W 2012 roku ukazał się pierwszy album piosenkarki firmowany przybranym pseudonimem. Krążek sprawił, że amerykańscy dziennikarze zapomnieli o tym, że Lana mijała się czasem z prawdą, opowiadając o swym życiu. „Born To Die” zawierał niezwykłą jak na swój czas muzykę. Tęskne i mroczne ballady rodem z lat 50., podszyte nowoczesnymi bitami wywiedzionymi z hip-hopu. – Smutek w moich piosenkach  wyłania się z uczucia bycia odmienną od większości osób, które napotykam. Jestem odizolowana przez mój sposób doświadczania świata. Czuję się dosyć samotna. Sama nie wiem, nie sama, ale samotna – wyznaje w magazynie „Neon”.

„Born To Die” uczynił z Lany Del Rey wielką gwiazdę w ciągu jednego sezonu. Piosenkarka zaczęła sypać przebojami jak z rękawa. Niebawem jej nagrania zaczęły ozdabiać hollywoodzkie blockbustery. Specyficzny wizerunek stał się marketingowym towarem, o który zaczęły toczyć ze sobą boje najpopularniejsze modowe marki z H&M na czele. Nie brakowało również kontrowersji. Przy okazji premiery drugiej płyty wokalistki – „Ultraviolence” – głos podniosły feministki, sugerując, że Lana popiera… przemoc domową. Stało się tak, ponieważ gwiazda opisywała w swych piosenkach miłość w najjaskrawszych kolorach, balansując od ekstazy do bólu.

*

Dziś amerykańska piosenkarka ma na swym koncie kilkanaście wielkich przebojów i pięć albumów. Właściwie każdy z nich zawiera podobną muzykę – mniej lub bardziej eteryczne ballady, zaśpiewane głębokim głosem i utrzymane w niemal gotyckim nastroju. Coraz ciekawsze są za to teksty pisane przez Lanę: jej ostatni album, „Lust For Life”, który ukazał się tuż po wygraniu wyborów prezydenckich w USA przez Donalda Trumpa, zawierał zaskakująco wnikliwą analizę stanu ducha amerykańskich trzydziestolatków, którzy pogrążają się w hedonistycznym trybie życia, zapominając, że za wszystkie wyskoki życie kiedyś wystawi im rachunek. „Powiedziałabym, że mam tendencje konserwatywne z lewicowymi odchyleniami. Posiadam tradycyjne wartości moralne, ale prowadzę niezbyt tradycyjny styl życia. Czuję się jakby pośrodku” – podsumowuje w magazynie „Neon”.

 

Paweł Gzyl
Fot. Universal