Jeff Goldblum: “Aktorstwo jest jak jazzowa improwizacja” [wywiad]

Jeff Goldblum uchodzi nie tylko za utalentowanego aktora, ale i jednego z najlepiej ubranych ludzi w branży. Sam przyznaje, że idealnie skrojony garnitur i dopasowane buty to jego mała obsesja. Znamy go doskonale z roli doktora Iana Malcolma w kultowym „Jurassic Park” Stevena Spielberga. Do reżyserów zawsze miał szczęście współpracując m.in. z Robertem Altmanem, Woodym Allenem, Davidem Cronenbergiem czy Wesem Andersonem.

Nasza rozmowa zaczęła się dość nietypowo.

Jeff Goldblum: To moja żona Emily. Nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli siądzie obok i będzie się przysłuchiwała naszej rozmowie?

Kuba Armata: Nie ma problemu, pewnie zresztą zada najlepsze pytanie.

O tak, ona zadaje naprawdę dobre pytania. Tylko nie rozmawiajcie przypadkiem po francusku.

Choć nie znam tego języka, kusi mnie, żeby zapytać – dlaczego?

Mamy dwie małe córeczki i Emily mówi do nich wyłącznie po francusku. Choć kręciłem kiedyś film w Paryżu, moja znajomość tego języka jest fatalna. Zawsze, kiedy rozmawiają, kompletnie nie wiem, o co chodzi.

Pewnie rozmawiają o tobie.

Wiem (śmiech).

Wspomniałeś o języku francuskim, no to przejdźmy do tego tematu, sam masz europejskie korzenie.

To prawda, ale niestety nie wiem o nich zbyt wiele. Jeden mój dziadek pochodził z Austrii, choć były to czasy monarchii austro-węgierskiej, więc równie dobrze mógł być z tej drugiej części. Z kolei dziadek ze strony mojego ojca wywodzi się z Rosji. Moja rodzina nazwisko Goldblum przyjęła dopiero po przeprowadzce do Stanów Zjednoczonych. Biorę teraz udział w popularnym w Ameryce formacie telewizyjnym „Finding Your Roots” i mam szczerą nadzieję, że dowiem się więcej o mojej rodzinie. Najwyższy czas.

Myślisz, że masz w sobie wiele z europejskiej wrażliwości?

Coś w tym może być. Uwielbiam Europę, byłem tam wiele razy, kręcąc filmy. Pracowałem w Anglii, Hiszpanii, we Francji, w Rumunii czy Izraelu. Wszystkie te miejsca robiły na mnie duże wrażenie. Mam teraz taki moment, kiedy oglądam sporo filmów, a w zasadzie powinienem powiedzieć: nadrabiam zaległości. Stopniowo znika poczucie wstydu, że wcześniej niektórych z nich nie znałem.

Trafiłem ostatnio na aplikację, gdzie znajduje się pełny zbiór znakomitej Criterion Collection i oglądamy to razem z żoną. Niedawno widzieliśmy „Amarcord” Federico Felliniego, który Emily oglądała po raz pierwszy. Ja zaś uwielbiam Felliniego. Oglądaliśmy też „400 batów” François Truffauta. Jeden z ostatnich filmów, przy których pracowałem, czyli „The Mountain” Ricka Alversona, choć kręcony w Stanach Zjednoczonych, pod względem wrażliwości jest bardzo europejski. Rick zresztą jest prawdziwym kinofilem.

Powiedział mi chociażby o francuskiej reżyserce Claire Denis. Wcześniej jej nie znałem, a teraz jestem zakochany w jej filmach i bardzo chciałbym kiedyś z nią pracować. Nawet gdy kręciłem filmy w Stanach Zjednoczonych, miałem często okazję współpracować z reżyserami, którzy bardzo lubili i cenili kino europejskie, jak chociażby Robert Altman czy Woody Allen.

A na jakich filmach sam się wychowałeś?

W zasadzie na wszystkich rodzajach kina. Pochodzę z Pittsburgha, gdzie wraz z siostrą chodziliśmy do lokalnego kina, które przypominało prawdziwy filmowy pałac. Byliśmy tam częstymi gośćmi i pamiętam, że trafiliśmy chociażby na wiele filmów Rogera Cormana czy japońskich monsters movies, z Godzillą na czele. Z drugiej strony cały czas w głowie mam seans wojennego klasyka „Most na rzece Kwai” Davida Leana.

Moi rodzice byli osobami o dość wyrafinowanym guście, interesowali się światem sztuki, sami zresztą trochę malowali i bardzo lubili współczesne im kino. A były to lata 60., czyli świetny czas dla kinematografii, tak amerykańskiej, jak i europejskiej. W Pittsburghu były również kina studyjne, gdzie grano ambitniejszy repertuar. Na mnie ogromne wrażenie zrobił film Mike’a Nicholsa „Kto się boi Virginii Wolf?”.

Co prawda byliśmy z siostrą na ten seans trochę za młodzi, ale rodzice jakoś nas przemycili, za co jestem im bardzo wdzięczny. Podczas tych wizyt zapoznawali nas z bardzo różnym kinem. Zobaczyłem tam na przykład jeden z pierwszych filmów, w których grał Donald Sutherland – „Joanna”, a później miałem okazję pracować z nim kilka razy.

Oczywiście starałem się być na bieżąco z tym, co pojawiało się w kinie amerykańskim. To był wspaniały czas – „Bonnie i Clyde” Arthura Penna, „Absolwent” wspomnianego Nicholsa czy „Swobodny jeździec” Dennisa Hoopera. Budowało to moją wyobraźnię.

Dzisiaj chyba nieco trudniej znaleźć w kinie prawdziwą alternatywę, kontestację, zwłaszcza dla widza multipleksów.

Nie jestem ekspertem w tym temacie, choć lubię czytać o przemyśle filmowym, kulturze, tym w którą stronę to wszystko idzie. Rzecz jasna nie oglądam każdego filmu, jaki dziś powstaje, bo jest ich najzwyczajniej za dużo. Poza tym na pewno są i takie, których wcale nie chciałbym oglądnąć. Cieszy mnie, że dużo łatwiej dotrzeć do filmów niż kiedyś.

Niezależnie od tego, że może faktycznie trudniej dziś robić odważne, alternatywne kino. Osobiście bardzo cenię oryginalność, lubię, gdy ktoś mnie zaskakuje, chcę oglądać coś, czego wcześniej nie widziałem. Gdyby to ode mnie zależało i ja pociągałbym za sznurki, inwestowałbym właśnie w takie rzeczy. Filmy, które zrobią ci lobotomię (śmiech).

Dlaczego?

Trzeba zaangażować widza, zaskoczyć go, pogmatwać coś w jego oczekiwaniach. Dobrymi przykładami takich twórców są P.T. Anderson czy Robert Altman, którzy w poetycki sposób krytykują amerykańską osobowość, toczące ją choroby, ukryte sekrety. Uważam, że to zdrowsze podejście. Oglądałem ostatnio dokument o wojnie w Wietnamie, a to wstydliwa karta naszej historii.

Jako Amerykanie powinniśmy jednako niej pamiętać, nie możemy zamiatać tego pod dywan. Musimy to zrozumieć, żeby nie popełnić takiego samego błędu w przyszłości.

W ubiegłym roku minęło 25 lat od premiery „Jurassic Park” Stevena Spielberga, a jednocześnie do kin trafił „Jurassic World” J.A. Bayony, w którym grasz. Historia zatoczyła koło?

Uwielbiam obu tych reżyserów. Ze Stevenem zrobiłem dwie pierwsze części „Jurassic Park”. To urodzony filmowiec. Z nim jest trochę tak jak z Jimim Hendrixem i jego gitarami. Takim „narzędziem” dla Spielberga jest kamera. Choć on ich nie rozbija (śmiech). Ma niesamowitą umiejętność opowiadania historii. Jest zawsze świetnie przygotowany, ale i otwarty na improwizację.

Mówił często: „Zapomnijmy o tym, co zaplanowałem, teraz widzę to inaczej i spróbujmy tak to zrobić”. Jest przy tym bardzo pewny siebie i doskonale wie, czego chce. Bayona ma wiele ze Spielberga. Jest oryginalnym i odważnym wizjonerem. Choć jest malutki (ma 1,57 cm wzrostu – przyp. red.), to człowiek ogromnej pasji. W ogóle muszę przyznać, że lubię być reżyserowany.

Staram się zgadywać, czego dany twórca chce, i mu to dać, ale oczywiście nie zawsze się to udaje. Widzę wtedy niezbyt przekonaną minę reżysera i mówię: „Dobra, rozumiem, o co chodzi. Robimy po twojemu”.

Wspomniałeś o jednym z ostatnich projektów, „The Mountain” Ricka Alversona. Wcielasz się tam w dość kontrowersyjną postać, wzorowaną na amerykańskim pionierze lobotomii Walterze Freemanie. Był człowiekiem przekonanym, że to, co robi, jest dobre.

Nie da się ukryć, że to kontrowersyjne, ale równie dobrze ktoś za pięćdziesiąt czy sto lat może mieć poważne obiekcje co do tego, co robimy dzisiaj. Rzeczywiście wygląda to na akt barbarzyństwa w medycynie i było to złe, ale pamiętajmy też, że doktor Antonio Moniz z Portugalii, który dostał Nagrodę Nobla za pierwsze lobotomie, był poważany, a Walter Freeman pojawiał się na okładkach wielu magazynów.

Kiedy zastanawiałem się nad tą postacią, czułem, że on mógł myśleć, iż daje społeczeństwu coś dobrego. W końcu po II wojnie światowej w Ameryce było mnóstwo ludzi dotkniętych traumą przemocy. Nie było lekarstw, nie było terapii, nikt tak naprawdę nie wiedział, co robić. Prymitywizm tamtejszej kultury polegał na tym, że uznawano, iż w ten sposób wyleczyć można homoseksualizm.

Było to zresztą bezpośrednią przyczyną wielu lobotomii. Wierzył w to też Freeman. Poza tym chciał być bardzo amerykański, czyli dorównać w osiągnięciach dziadkowi i ojcu, którzy byli sławnymi chirurgami. Myślę jednak, że w pewnym momencie zaczął tego żałować.

Może to zabrzmi dość przerażająco, ale czy masz w sobie coś z niego?

Chyba to, że jak patrzę na niektóre swoje pomysły sprzed lat, to mówię: „Co? Ja naprawdę na to wpadłem?”. Cokolwiek bym robił, mam w głowie taki niebezpieczny mechanizm, który podpowiada mi, że zawsze chcę mieć rację. Gdybym jechał teraz samochodem i ktoś nagle by się pojawił na drodze, stwarzając niebezpieczeństwo, a tak przecież często się zdarza, to za wszelką cenę chciałbym go zatrzymać, zrobić moją najgroźniejszą minę i na niego nakrzyczeć.

Tyle że kiedy ja zrobiłbym dokładnie tak samo, to jeszcze bym się dziwił, że ktoś w ogóle może mieć to mnie pretensje i na mnie trąbi. Zatem cokolwiek robię, a to dotyczy znacznie większej ilości spraw niż tylko jazda samochodem, czuję, że mam rację. To pewnie jest zapisane w naszym mózgu, że zawsze chcemy robić tak, jak się nam wydaje, że jest okej. Ale to wcale nie znaczy, że jest okej.

Jesteś nie tylko aktorem, ale i internetową osobowością. Śledzisz to, co się dzieje wokół twojej osoby w sieci?

To dość wstydliwa kwestia. Na pewno staram się tego nie robić przy dzieciach, bo szanuję nasz wspólny czas. Co innego, kiedy idę ulicą, narażając się przez to na wypadek. Natomiast najgorzej jest, gdy budzę się w nocy, żeby zrobić siku. Zawsze biorę ze sobą telefon i sprawdzam wiadomości, Instagram, wpisując #jeffgoldblum. Lubię patrzeć na to, co robią z tym ludzie, i zastanawiam się, co nimi powoduje.

Pamiętam, jak byliśmy na weneckiej premierze „The Mountain” na czerwonym dywanie. Następnego dnia chciałem zobaczyć nasze zdjęcia. Wszedłem na Instagram i nic. „Gdzie są nasze zdjęcia?!” – zacząłem krzyczeć (śmiech).

Twoją drugą wielką pasją jest ponoć muzyka. Masz nawet swój zespół jazzowy.

Zgadza się, gram na pianinie w grupie jazzowej, która nazywa się Jeff Goldblum and the Mildred Snitzer Orchestra. Niedługo wyjdzie nasza płyta. Będziemy mieli też trasę koncertową po Europie, zagramy w klubach jazzowych m.in. w Londynie, Berlinie czy Paryżu. Mamy też stałą cotygodniową rezydencję w Los Angeles w klubie Rockwell. Jak Sam Rockwell (śmiech). Gramy tam w każdy środowy wieczór. Jak tylko będziesz w mieście, wpadaj, to pogadamy!

Muzyka jest dla Ciebie odprężeniem?

Bardzo lubię to robić i jestem w tej materii niezwykle zdyscyplinowany. Gram każdego dnia. Podoba mi się dynamika, jaka się z tym wiąże, to, jak zmienia się moja gra, chociażby z uwagi na muzyków, z którymi współpracuję. Jazzowa improwizacja przypomina trochę aktorstwo. Wsłuchuję się w nich i gram coś, czego wcześniej nie planowałem, otwieram się, komunikujemy się za pomocą muzyki i dzielimy się tym z publicznością. To wyzwala i daje mi bardzo dużą przyjemność.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *