Jedź do Grecji i #zostańwdomu, czyli sentymentalna podróż do przeszłości.

Jedź do Grecji i #zostańwdomu, czyli sentymentalna podróż do przeszłości.

CHOĆ TARGANA DZIŚ EKONOMICZNYMI NIEPOKOJAMI, GRECJA ZASTANAWIA, Z JEDNEJ STRONY JAKO MIEJSCE NA LETNIE WAKACJE, Z DRUGIEJ – TRZEBA PAMIĘTAĆ, ŻE NIE STRACIŁA NIC ZE SWO- JEGO UROKU. ZAMIAST WYLEGIWAĆ SIĘ JAK BEZCZYNNY PASIBRZUCH NA PLAŻACH KRETY, RODOS LUB SANTORINI, PROPONUJĘ BEZWZGLĘDNIE PASIBRZUCHEM POZOSTAĆ, ALE AKTYWNYM…

Koła samolotu miękko dotknęły asfaltu pasa lotniska w Heraklionie, stolicy Krety. Wbrew oczekiwaniom, nie było oklasków, co wielu pasażerów przyjęło z widoczną ulgą.Ten dziwaczny, jak sądzą niektórzy, zwyczaj, budzi tyle kontrowersji co entuzjazmu.Dla przeciwników to uosobienie przysłowio- wej ‘słomy’, dla zwolenników mieszanka ulgi i podziwu dla kunsztu kapitana.Dla naszej grupy, która już na pokładzie raczyła się greckim winem, było to zupeł- nie obojętne. To co spróbowaliśmy dobrze wróżyło i po prostu spieszyło nam się, by skosztować nieco więcej.Było gorące wrześniowe popołudnie.

Na lotnisku czekał na nas przystojny, czter- dziestoletni Grek, który przedstawił się jako Stelios Samaras, dyrektor eksportu firmy Boutari. Aha, pomyśleliśmy, największy i naj- lepszy grecki producent… ale zaraz, zaraz. Co właściwie wiedzieliśmy na temat kuchni i wina Hellady? Tu drobna pauza, no bo trzeba odpowiedzieć na to pozornie proste pytanie. Przeszukuąc w głowie zawartość kolejnych zwojów (wszak tak wiele tego nie było), pojawiły się jakieś hasła: retsina, musaka, feta… i tyle. Nadszedł czas by zaległości te nadrobić.

Zapiski o hodowli winogron i produkcji wina na Peloponezie sięgają 6500 lat wstecz. Oczywiście, wówczas odbywało się to raczej w warunkach domowych, lecz kult Dionizosa rozwijał się równolegle z grecką cywilizacją, a ta, jak wiemy, odcisnęła się na nas mocnym piętnem.

Roześmiana nieustannie twarz Steliosa miała w sobie coś z obietnicy. Wyglądało na to, że nie tylko zapoznamy się duchowym rysem owej cywilizacji, ale skosztujemy też jej naj- lepszych cielesnych tworów. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy jak wyczerpujący czeka nas tydzień…

Zameldowanie się w luksusowym hotelu Candia Maris Resort & Spa przebiegło szybko i bez zawirowań. Stelios nie tracił czasu i zarządził zbiórkę godzinę później, więc był czas, by się tylko odświeżyć i przebrać. Równo kwadrans po ósmej wyruszyliśmy na kolację. Czekał nas wieczór w restauracji ‘Thalassina’. Była to rybna tawerna, prowadzo- na przez dwóch braci – amatorów śpiewu, wina i kobiet (niekoniecznie w tej kolejno- ści) i podwodnych polowań z harpunem. Oczywiście głównym źródłem zaopatrzenia dla restauracji byli kreteńscy rybacy, jednak dla specjalnych gości zawsze znalazło się coś extra, co gospodarze upolowali sami. Już tego pierwszego wieczoru przekonaliśmy się jak bezcennym przewodnikiem jest Stelios.

Nikt nie zaoferował nam menu, ale w mgnie- niu oka na stół wjechała bateria butelek z ciemnozielonym logo Boutari. Samaras tymczasem zniknął w kuchni (znał się z brać- mi nie od dziś, jak się później okazało), by przeprowadzić wnikliwą inspekcję tego co jeszcze po południu pływało w morzu,by wieczorem zagościć na naszych talerzach.

Posągowo zbudowana kelnerka o imieniu Althea skwapliwie dopełniała nasze kieliszki. Jeszcze przed przyjazdem do Grecji byłbym gotów przysiąc, że Greczynki to tylko brunet- ki. Wnikliwa obserwacja wokoło pokazała mi, że niewiele wiem w tym temacie, ale produ- cenci farb do włosów na pewno opływają tam w luksusy.

Zabił gong. Na stół wjechały półmiski z ryba- mi, grillowanymi i świeżymi warzywami oraz kosze pełne wyśmienitego chleba. Rozpoznałem Johna Dory, zwanego w Polsce pio- troszem, gdyż smak tej ryby jest odwrotnie proporcjonalny do urody (tak, jest paskudna z pyska). Pozostałych nie rozpoznałem, ale to była najlepsza kolacja od długiego czasu. W kieliszkach połyskiwało Moschofilero, zrobione z endemicznych greckich wino- gron. Świeże, cudownie pachnące kwiatami i cytrusami. Północ nadeszła tak szybko…

Ponieważ naczelny każe mi skupiać się na pisaniu o piciu i jedzeniu, napomknę tylko, że po śniadaniu, dnia następnego, pojechali- śmy zwiedzać słynne ruiny w Knossos.
Nie zabawiliśmy tam jednak zbyt długo, gdyż wraz z wybiciem południa zniecier- pliwiony Stelios dał sygnał, że czas na degustację i lunch. Kierunek: winnica Fanta- xometocho.

Należy wam się w tym miejscu informacja, że jeśli bywaliście gdzieś na degustacjach, to założę się, że tak jak polewają w Grecji, polewają w niewielu miejscach na świecie.

Winnica Boutari na Krecie okazała się być su- pernowoczesnym przybytkiem z piwnicami i komputerowo sterowaną produkcją, multi- media roomem, który był po prostu sporym kinem i gospodarzami, którzy gościnność uznawali za punkt honoru.

Niedługo po pierwszej podano do stołu. Było tak pięknie, że aż kiczowato. No bo proszę sobie wyobrazić dom na wzgórzu, z drewnianym stołem na kamiennym po- dwórku, pod pergolą z winorośli, z których, niczym baldachim, zwisały dorodne kiście winogron.

Gospodyni, żona Jorgosa, głównego wine- makera, podała lunch. Znowu to fantastycz- ne pieczywo, pomidory i bakłażany w oliwie, grecką sałatkę i coś w miseczkach, co przypo- minało zanieczyszczoną zaprawę murarską. Dla ciekawych: sałatka nie przypominała tej robionej w domu. Cudownie pachnące, dojrzałe w słońcu pomidory, własne oliwki i prawdziwa, twardawa feta, którą pokrajano jak leciało w nieregularne grube płaty. Żad- nych równiutkich kosteczek. Nikt nie kwapił się, co zrozumiałe, do jedzenia wspomnianej zaprawy murarskiej. Nieśmiało, powodowany raczej chęcią zadowolenia gospodyni, niż potrzebą, nałożyłem odrobinę na chleb i… eureka!!! Oj, biada tym, co oceniają książkę po okładkach. Domowa wersja melitzanosalata, czyli czegoś na kształt purée z pieczonych bakłażanów z oliwą, pastą sezamową i sokiem z cytryny. Na świecie znane szerzej jako baba ghanoush. Płacząc wewnątrz z radości, na zewnątrz zachowałem twarz pokerzysty, by nie zachęcać współbiesiadników do pró- bowania. Więcej dla mnie!

Całości dopełniał fakt, że popijaliśmy wszyst- ko winem, wyprodukowanym dosłownie za ścianą. Cudownie perfumowane Fantaxo- metocho (z mieszanki chardonnay i malvasii) i niewiarygodnie zbudowane, wręcz tłuste Skalani, w którym kosmopolityczny syrah mieszał się po połowie z lokalnym kotsifali. Pytam tutaj: czy naprawdę wiedzieliście jak smakuje lunch? Ja, okazało się, że nie, bo

to co do tej pory definiowałem jako szybki około południowy posiłek, przeciągnęło się prawie do piątej po południu. W cudownych nastrojach wróciliśmy do hotelu, gdzie Ste- lios zarządził: – Godzina na basenie, a potem przebierać się i jedziemy na kolację!.

Stin iyia mas – czyli na zdrowie!

Następnego ranka popłynęliśmy na Santorini. A tak, popłynęliśmy! Dla tych, którzy pragną zwiedzić więcej niż jedną z wysp Morza Egejskiego, polecane są dwa środki transpor- tu. Albo samolot, który, choć szybki, jest też sporo droższy, albo wodolot„Hellas Flying Dolphins”, który rozwijając prędkość ponad 40 węzłów, daje niezapomniane wrażenia i widoki.

Podróż z Krety na Santorini zabiera mniej więcej dwie godziny. Zwana po polsku Santorynem, do około 1600 roku p.n.e. była pojedynczą wyspą. Jednak potężny wy- buch znajdującego się tam wulkanu Thera spowodował rozbicie jej na kilka części, które dziś tworzą malowniczy archipelag. Próżno szukać na wyspie hoteli-drapaczy chmur. Urok w kolorach biało-błękitnym, tworzą niezliczone apartamenty i pokoje przykle- jone jakby bezładnie do wysokiej ściany postwulkanicznego klifu. Każde z obowiązko- wym tarasem, gdyż tamtejszy zachód słońca uważany jest za najpiękniejszy na świecie. Nie inaczej było w naszym Uranos Houses.

Nie było nam jednak dane cieszyć się wido- kiem zbyt długo, gdyż nasz dzielny przewod- nik, niczym John McLane ze Szklanej Pułapki miał plany. Plany na popołudnie. Po szyb- ciutkiej wizycie w muzeum archeologicznym w Firze, zabrał nas na plażę Perivolos.

Plaże na Santorynie są w różnych kolorach,w zależności od wulkanicznych pozostałości. Tu drobny żwir był ciemny, a miejsce spokoj- ne. Piękno lazurowej wody uzupełniał widok rozlicznych knajpek, położonych wzdłuż brzegu. Stelios nie zasypiał gruszek w popiele i po krótkiej kąpieli pomaszerowaliśmy na lunch.Doświadczenia z Krety pozwalały domyślać się, że jako Grek z krwi i kości, podejmując przybyszów z północy, nie zadowoli się szybko przegryzioną kanapką. Nasze nadzieje nie okazały się płonne i po chwili siedzieliśmy przy suto zastawionym stole w restauracji Sea Side by Notos.

Co do jedzenia?

Proszę bardzo: awokado nadziewane mięsem kraba, carpaccio z tuń- czyka, tatar z okonia morskiego z konfiturą
z klementynek. Czysta rozgrzewka. Atmos- fera była cudna, pogoda słoneczna, a że re- stauracja nie miała ścian, tylko dach z płótna, rozkoszowaliśmy się widokiem morza.
Jak się okazało Stelios i tu znał właścicieli, któ- rym szepnął kilka ciepłych słów, jak bliskim Grekom narodem są Polacy.

Gdy na stole pojawiły się grillowane homary, pieczona jagnięcina i świeżo złowione ryby, zapłakaliśmy z radości ponownie, jak pułkow- nik Kwiatkowski na widok nagiego biustu hożej Krysi. Kolejne butelki Kallisti Reserve (z najpopularniejszego w Grecji szczepu assyrtiko), Moschofilero i Odé znikały ze stołu w magicznym tempie. Czy muszę wam mówić co stało się dalej? Z pieśnią na ustach wróciliśmy do naszych apartamentów, by podziwiając zachodzące słońce, przebrać się na kolację…

Przez kolejne trzy dni odwiedziliśmy staro- żytne ruiny winnicy (gdzie zachowała się najstarsza na świecie odnaleziona prasa do wina) i prywatną winnicę Boutari, Selladia Estate, gdzie między innymi spróbowaliśmy cudownie słodkiego Vinsanto (proszę nie mylić z toskańskim Vin Santo), którego nazwa jest skrótem od Vino di Santorini.

W rytmach reggae pływaliśmy stylowym dwumasztowcem po wodach Morza Egej- skiego, śpiewając wraz z kapitanem i jego załogą, i wygrzewaliśmy grzeszne cielska na czerwonej plaży Kokkini.A Stelios Samaras, nieoceniony ambasador swojego kraju, prowadził nas po kolejnych restauracjach i tawernach, zawsze dbając, by wyjście o własnych siłach po„krótkim” lunchu i nieco dłuższej kolacji sprawiło nam trochę kłopotu.

Nasza wyprawa dobiegała końca. Rano, czwartego dnia, polecieliśmy liniami Aegean Airlines do Aten. Tydzień z kawałkiem okazał się fizycznie wyczerpującym (pół małej butelki Heinekena to wszystko co po tym okresie przyjmował organizm) i psychicznie kojącym. Następne dwa dzionki zwiedzali- śmy porządnie (tzn. nie w dotychczasowym amerykańskim tempie, czyli 22 kraje w 3 dni) zabytki kultury helleńskiej: Akropol, Teatr Dio- nizosa czy Świątynię Zeusa. Było przepięknie, majestatycznie, ale w dziwny sposób trochę tęskno za beztroską wysp. Wszyscy skonsta- towaliśmy ze zdziwieniem, że wypili tak dużo wspaniałego wina, a nawet nie spróbowali- śmy tej stereotypowej, żywicznej retsiny.

Grecja okazała się krajem ludzi podobnych do nas. Mocno beztroskich, czasem leniwych, ale zawsze ceniących rozkosze stołu. Dlatego do dziś, gdy kupuję butelkę Moschofilero, uśmiecham się. Koniecznie wybierzcie się kiedyś na greckie wyspy. Kalo Taksidi!

JANUSZ SZANIAWSKI

Artykuł został oryginalnie opublikowany w 2012 roku w Lounge Magazyn nr. 42/2012/czerwiec

Więcej od loungemag

Hazard online czy offline – który wariant wybrać?

Kultura hazardu jest głęboko zakorzeniona w Europie, gdzie poker, zakłady sportowe, loterie i bingo...
WIĘCEJ