Hello from the other side [Michał Massa Mąsior]

Kościół w Polsce lubi, kiedy się o nim mówi. Wybitnie głupie wypowiedzi arcybiskupa Jędraszewskiego, zamiast jednać zwaśnionych Polaków, podsycają nienawiść. Ja mam i piękne doświadczenia związane z kościołem, i też takie wkurzające.

Pamiętam, kiedy moje lekcje religii nie odbywały się w szkole, a w zimnej salce katechetycznej w parafii Św. Piotra i Pawła w Krakowie. Chłód nieogrzewanego kościoła, mimo że proboszcz na każdej mszy św. zbierał pieniądze na jego ogrzewanie, hartował nas – dzieci przemian ustrojowych. Przygotowywał na nowe, trudne czasy, którymi miała być polityka zaciskania pasa i wiele lat dorabiania się społeczeństwa. Nasi rodzice wyjeżdżali za chlebem albo zamiast poprzednich ośmiu godzin (czy się stoi czy się leży, 1000 złotych się należy) spędzanych w często niepełnym wymiarze, pracowali dużo więcej. Nie mieli dla nas czasu.

Kościół jeszcze wtedy stał po stronie obywateli, jednał ludzi jak nikt inny. W końcu miał wielki wkład w obalenie komunizmu. Wydawało mi się wówczas, że fajnie byłoby być ministrantem. Byli nimi moi starsi koledzy z podwórka, zapisałem się i ja. Szybko przez moich kumpli zostałem nauczony, że najlepszą rzeczą w byciu ministrantem jest dzwonienie podczas podniesienia, ono gwarantowało szacun pozostałych kumpli. Drugą ważną rzeczą jest zarobek po kolędzie.

Jako najmłodszemu stażem dostał mi się jednak najgorszy rejon, prawie same meliny.

Ale ksiądz odwiedza przecież wszystkich, nawet wykolejonych. Chodziłem zatem z kolegą na dwudzistostopniowym mrozie od drzwi do drzwi, informując o wizycie księdza. Ten był traktowany lepiej niż dobry wujek z Ameryki. Krótka modlitwa, po której my musieliśmy wychodzić na klatkę schodową (-20), a ksiądz zbierał koperty, jadł, pił i szedł do kolejnych drzwi. Krótka modlitwa i tak dalej.

Trzeba przyznać, że i o nas wierni katolicy nie całkiem zapominali. Zawsze skapnął jakiś banknot, który co piętnaście minut przeliczany rósł do kwot dość pokaźnych. W głowie pojawiały się zestawy produktów, które można by za nie kupić.

Wszystko prysło, kiedy późną nocą kończyliśmy kolędę. Ksiądz kazał nam pokazać, ile zarobiliśmy. Przeliczył kesz, podzielił na pół. Dla niego jedna połowa, dla nas druga. Zapłaciłem wtedy pierwszy podatek (nazwałbym to bardziej haraczem) i powiedziałem sobie, że ministrantem już nie będę. Poskarżyłem wszystko mamie, która przyznając mi rację, ubolewała jednocześnie nad moim losem i faktem, że miesiąc wcześniej musiała zakupić nową komeszkę, która tym samym stała się niepotrzebna.

Od tego czasu droga z domu do kościoła wydłużała się.

Niby zasada obowiązkowej niedzielnej mszy obowiązywała, ale niespecjalnie mnie interesowało, co kaznodzieja mówił z ambony. Raczej dłużył mi się ten czas. W liceum poznałem księdza, który o wierze mówił trochę bardziej naszym, młodzieżowym językiem. Jednak zbyt mocno chyba chciał się z nami zakolegować, bo zamiast przybliżać nam wiarę, raczej nas od niej oddalał.

Gwoździem do trumny był moment, kiedy po dość mocno zakrapianym wieczorze w jednej z krakowskich knajp, postanowił nam pokazać jak się sika na kościół Św. Wojciecha. Zachwiało to we mnie wiarę w jego szczerość i postanowiłem przyglądać się kościołowi katolickiemu z boku. Gdzieś w międzyczasie pojawiło się Radio Maryja, z którym nikt się nie rozprawił.

Jak świat długi i szeroki mieliśmy do czynienia z wieloma kradzieżami, napadami na banki.

Niektóre z nich nawet romantyczne. Inspirują się nimi artyści i kolejni złodzieje. Jednak żyjemy w kraju, w którym w białych rękawiczkach jeden otyły facet żyje z ludzi, którzy sami, z własnej nieprzymuszonej woli fundują mu najdostatniejsze życie. Doprowadzili nawet do tego, że stał się on jednym z najbardziej wpływowych ludzi w kraju, jeśli nie najbardziej. Dzięki między innymi jego cynizmowi dzień 13.10.2019 może być dniem ostatnich wyborów w naszym kraju. I jeśli ktoś tego nie rozumie, bo został przekupiony za 500 złotych, które i tak zostały lub zostaną mu odebrane z nawiązką, to sprzedajmy nasz kraj po raz kolejny. Po co on nam, skoro nie umiemy go uszanować? Potem ktoś nam go odsprzeda na raty. Znowu będziemy się cieszyć wolnością.

O właśnie – słowa wolność, jak się okazuje, nie rozumie minimum 46% Polaków. Opowiem Wam na małym przykładzie, na czym polega wolność. Jak jecie kukurydzę? Kroicie ją na dwa kawałki i nabijacie na patyk. jak w KFC? Czy kupujecie na ulicy i ogryzacie trzymając w obu rękach? A jak ogryzacie, to równo czy jak popadnie? Z masłem, solą? A może na słodko? Mam to totalnie gdzieś, podobnie jak większość z Was. Nigdy się nad tym nie zastanawialiście… Jednak mam ochotę jeść kukurydzę, jak mi się podoba i wara mojej władzy od tego, podobnie jak wara od dziennikarzy, kultury i wszystkiego innego, co niewygodne i kusi, żeby uregulować ustawą uchwalaną nocą….

 

Michał Massa Mąsior