Gdzie diabeł nie może, tam plastik pośle [Anna Górska-Micorek]

Gdzie diabeł nie może, tam plastik pośle [Anna Górska-Micorek]
Kiedy byłam mała… chociaż nie, potraktujmy temat uczciwie – teraz, gdy jestem już duża, nadal lubię oglądać „Małą Syrenkę”. Na kim wrażenia nie zrobiłby Tryton, władca oceanów, dzierżący w swojej muskularnej ręce złoty trójząb? Warto jednak zauważyć, że prototyp Aquamana oraz inne syrenki, Florek czy krab Sebastian pływali w czystej wodzie i mogli zaplątać się najwyżej w glony (które trójzębem z łatwością można odgarnąć).

Dlatego, kiedy jakiś czas temu Internet obiegło zdjęcie konika morskiego, ciągnącego za sobą patyczek do uszu, zrobiło mi się przykro, ale zarazem wstyd. Nie usprawiedliwiam tego, ani nie popieram. Ale mogę sobie bez trudu wyobrazić butelkę pływającą w wodzie, wrzuconą tam przez krnąbrnego plażowicza. Samotna reklamówka, którą z plaży zdmuchnął wiatr też mieści mi się jeszcze w głowie.

Ale patyczek do uszu? Od razu zaczynam się zastanawiać co z jeszcze z toaletowego kompletu wywędrowało do oceanu. I ogarnia mnie naprawdę obrzydzenie… ale i przerażenie.

Jak wskazuje WWF, do oceanów, rokrocznie trafia ponad 50 tysięcy ton (!) toreb plastikowych.

Już ta ilość jest niewyobrażalna, ale trzeba dodać do niej wszystkie butelki i inne opakowania, a także śmieci nieplastikowe. Z niebywałą zuchwałością i lekkomyślnością dewastujemy środowisko naturalne, w myśl zasady wyznawanej przed Madame de Pompadour: „po nas choćby potop”. Z drugiej strony, masowo wprost ruszają wszelkie ruchy mające nam uświadomić cośmy zrobili przyrodzie i przekonać nas do produkowania mniejszej ilości odpadów.

Najgorszym wrogiem naszego pokolenia stały się jednorazowe słomki. W Internecie kupić można ekologiczne waciki kosmetyczne, bawełniane woreczki na żywność. Giganci świata mody biją się w piersi – marka Burberry, która w zeszłym roku urządziła ognisko za 38 milionów dolarów (taka była wartość niesprzedanych ubrań i akcesoriów, które poszły z dymem) teraz ogłasza, że do 2025 roku każdy plastikowy wieszak podda recyklingowi i zastąpi go wykonanym z materiału biodegradowalnego.

Unia Europejska wykorzystuje oręż prawny, żeby ograniczyć użycie plastikowych opakowań. Mogłyby śmieszyć te wszystkie „histeryczne” próby ratowania planety, gdyby nie fakt, że naprawdę, doszliśmy do punktu, w którym musimy chwycić się brzytwy, zanim utoniemy w śmieciach.

Niezliczona jest ilość raportów o zgubnym wpływie branży fashion na środowisko.

Dlatego każda próba wyjścia przez modę naprzeciw filozofii „no waste”, cieszy. Pod takim hasłem odbył się ostatnio pokaz mody, kończący tegoroczny Cracow Fashion Week. Studenci Szkoły Artystycznego Projektowania Ubioru zaprezentowali kreacje, dla których powstania inspiracją były słowa „moda zrównoważnona”. Niektórzy do tematu podeszli dosłownie. Na wybiegu dostrzec można było odpady – druty, coś co mojemu niewprawnemu oku przypominało wełnę mineralną, czy folię bąbelkową (modelka musiała mieć chyba nerwy ze stali, że udało jej się powstrzymać od „pęknięcia” każdego bąbelka).

Było też kilka projektów, które mogłyby spokojnie zostać sprzedane pod szyldem „dzieci kwiaty”, wystarczy choćby wspomnieć modela, który poza krótką kurtką, miał na sobie tylko… kwiatki, z powodzeniem zastępujące figowe listki. Inni temat zero waste wykorzystali pokazując, że ubrania nie są jednorazowe, a to, co teoretycznie nie nadaje się do użytku, może być ponownie wykorzystane.

W związku z tym, miejsce w kolekcji znalazły poplamione tkaniny, i wszelkiego rodzaju patchworki. Ideą była dekonstrukcja ubioru – przekonaliśmy się, że pojęcie niepotrzebnych „ścinków” nie istnieje. Jeśli brakło materiału na jeden rękaw, doszyto go z innej tkaniny, co po pierwsze – zupełnie zmienia projekt, a po drugie – pozwala w pełni wykorzystać materiały, którymi dysponujemy.

 

Młodzi projektanci poszli nawet o krok dalej w celowym niszczeniu odzieży, niż robią to obecnie sieciówki.

Dziury, rozdarcia, oderwane rękawy – każdy z tych elementów ubioru staje się elementem stylu. Moda zrównoważona w czasie pokazu objawiła się także jako tchnące iluzją „coś z niczego”. Przyszłoby Wam do głowy, żeby w projekcie wykorzystać odblaskową kamizelkę samochodową? Mnie też nie. A studenci SAPU na to wpadli.

Ostatnio wyrzuciłam dziurawą skarpetkę mojego męża. Teraz zaczynam się zastanawiać, czy on po prostu nie próbował być „zero waste”. Mówiąc jednak serio, nikt z nas nie wyjdzie na ulicę w sukience z drutów, ani nie będzie wmawiał szefowi, że biała koszula poplamiona kawą to taki design.

Chodzi jednak o coś zupełnie innego – o uświadomienie sobie, że w zupełnie niefrasobliwy sposób traktujemy swoją garderobę, z jednej strony wypełniając ją po brzegi ubraniami, które z modą zrównoważoną niewiele mają wspólnego, a z drugiej – kupując od marek, które generują kosmiczne ilości odpadów po to, aby uszyć zwykły T-shirt. Krzyk planety jest jednak zagłuszany przez aplauz po pokazach.

Polska marka Bio2Materials stworzyła ostatnio skórę z jabłek.

O materiale powstałym z grzybów słyszeliśmy już jakiś czas temu. Branża fashion powoli szuka rozwiązań, by być bardziej prośrodowiskowa. Przecież moda musi być modna, a eko to ostatnio najważniejszy trend. Jak możemy się w ten ruch włączyć? Małymi krokami. Zwracajmy uwagę na to co kupujemy, jakie marki wspieramy. Ograniczajmy ilość odpadów, nie tylko we własnej garderobie. Zrezygnowanie z plastikowych słomek czy jednorazowych sztućców to kropla w morzu, ale kropla potrzebna. Bo jak na razie na pytanie „gdzie jest Nemo”, odpowiedzieć możemy – prawdopodobnie pływa w kupie śmieci.

Anna Górska-Micorek