Drugie życie czy dopychanie szafy


Nowy rok, nowa ja i nowa szafa, czy jakkolwiek to leciało. Wyprzedaże dobiegły końca, kurz w sklepach opadł, a my ponownie wkroczyliśmy w nowy rok z nowymi torbami i satysfakcjonującymi zdobyczami z wyprzedażowych polowań.

Też uległam kilku kuszącym zdobyczom, nie powiem, że nie, ale daję sobie rozgrzeszenie, bo ostatni rok ubierałam się głównie w second-handach, ciuszkach, lumpeksach, czyli „tani armani” stał się moim sklepem numer jeden. Zbudowałam tam całkiem dobrą bazę garderoby i wyszukałam perełki, o które pyta mnie każdy, niezależnie od tego, czy się znamy czy mijamy się na ulicy. Jestem modna, oryginalna no i oczywiście eko, bo mówią, że wszystko, co pochodzi z taniego ciuszka sprzyja środowisku. Naprawdę?

Wchodzę do lumpa w dzień dostawy (wiem gdzie, kiedy i o której) i zaczynam polowania. Mam portfel wypchany gotówką, bo przecież tutaj tylko z rączki do rączki, w końcu to second-HAND. Przygotowana na niezłe łupy nie przepycham się, nie wydzieram pani obok ciucha z ręki, nie pakuję do koszyka wszystkiego, co popadnie. Jestem spokojna i opanowana, bo już dawno zauważyłam, że to, co interesuje mnie, nie interesuje żadnej pani Marysi, Zosi, czy Krysi. Konkurencją mogą być dziewczyny, które przyklaskują antytrendom, ale o tej porze zazwyczaj siedzą w szkole, na studiach lub w pracy.

Mam więc do dyspozycji wiele ukrytych perełek, które po prostu trzeba wygrzebać, czasem spod sterty naprawdę dziwacznych rzeczy. Czy szukam tylko tych słynnych, lumpeksowych pereł w stylu vintage Sonia Rykiel za 20 zł? Docelowo oczywiście tak, ale po drodze nawija się zgrabna bluzeczka, która przyda się do tej różowej spódnicy, a także sweter, który jest gruby i ciepły a trzeba wam wiedzieć, że ze swetrami łączy mnie uczucie, któremu nie potrafię się oprzeć. Ładuję więc do koszyka trzy z nich, bo przecież każdy kosztuje dziesięć, maks piętnaście złotych. Dorzucam tę bluzeczkę i jeszcze tę czarną, bo jest czarna i czasami to właściwie wystarczy, aby przekonać mnie do zakupu. Po drodze na wieszakach natykam się na sukienkę, która tutaj jest za luźna, tam coś jej wisi, a tu odpada jej guzik, ale w sumie z paskiem i z odpowiednimi butami, można zrobić z niej całkiem atrakcyjną sztukę. Trochę nie mój wzór, bo w kwiatach jak z łąki wyglądam śmiesznie, ale kolor obłędny więc może nikt nie zwróci uwagi na te głupie kwiatki.

Wezmę, a co tam, to tylko kolejna dyszka, a to przecież tylko dwa dobre bochenki chleba. W lumpeksach już tak jest, że przeliczasz ubrania na chleb, kawę w krakowskim Bunkrze, albo kawałek bezy w Nakielnym. Można sobie odmówić jednej z tych rzeczy dla swetra, sukienki, czy torebki, które przecież będę z założenia nosiła przez długi czas. Torebki to właściwie kolejna moja lumpeksowa słabość, nie mogę nie zaglądnąć na ten „dział”, nie mogę nie przekopać tych brzydkich, brązowych i pomarszczonych, aby sprawdzić czy tam na dnie nie chowa się coś, co przyspieszy bicie mojego serca. Po drodze na dno chwytam w dłoń torebkę, która szału nie robi, ale pasuje do jednej kurtki, którą mam w szafie. A skoro kosztuje siedem złotych to dlaczego by jej nie wziąć? Ok. Mam. Perełki tym razem nie znalazłam, ale mam kilka sztuk ubrań i akcesoriów, które przynajmniej mają w sobie potencjał. Czy będę szanować i nosić je tak często jak tę sukienkę za dwieście złotych z pierwszej ręki, nad którą zastanawiałam się przez tydzień albo i dwa? Nie. Możliwe też, że wrócę do domu i na drugi dzień jeden z tych trzech swetrów już nie będzie mi się tak podobał i założę go może tylko ze dwa razy. Odnajdę go w głębi szafy przy wiosennych porządkach i spakuję do worka razem z wieloma innymi lumpeksowymi łupami. Nie będzie mi szkoda, bo kosztował mnie dwa, maksymalnie trzy bochenki chleba z dobrej piekarni. Szkoda mi będzie tylko samej siebie i środowiska, które płaci za ten sweter znacznie wyższą cenę.

Second-handy oraz ideę drugiego życia ubrań często nazywa się nadzieją przemysłu odzieżowego. Jest w tym rzeczywiście spora nadzieja, ale jest też duża pokusa kupowania znacznie większej ilości rzeczy, bo cena aż sama prosi się o dopchanie szafy do maksimum jej pojemności. Tych rzeczy jednak nie można zwrócić po powrocie do domu, a często kupujemy je jedynie pod wpływem impulsu zakupów i niskiej ceny na papierowej metce lub na koszu rzeczy na wagę. Fakt, że te rzeczy już zostały wyprodukowane i przecież ktoś musi zrobić z nich użytek, nie jest żadnym wytłumaczeniem. Popyt wpływa na podaż, a ta w sektorze mody jest stanowczo za wysoka. Może lepiej zostawić ten jeden sweter dla kogoś innego, komu spodoba się tak bardzo, że nie będzie już szukał kolejnego?

Tanie ubrania nie są eko. To sposób i ilość konsumpcji może być eko lub może być moim osobistym greenwashingiem.

Malwa Wawrzynek

Więcej od loungemag

Katarzyna Konieczka “Moja sztuka jest jak pudełko czekoladek”

Katarzyna Konieczka tworzy niezwykłe kreacje, które doceniają największe światowe gwiazdy – Lady...
WIĘCEJ