Dobry dzik! [Antonina Dębogórska]

Dobry dzik!    
„Czytam Twój tekst z Lounge. Ten grudniowy. Mocny wstęp!” – dostaję wiadomość na Fejsie od nowo-poznanego znajomego znajomej. Typ: macho w okularach przeciwsłonecznych, trener z siłki. Jego muskulatura i seks-podboje są tematem artykułów w magazynie plotkarskim Krakówka, przekazywanym z ust do ust. Nie to żebym lubiła plotkować (Ja? Pfff! W życiu!), po prostu ucieszyłam się, że moje związkowe artykuły przyciągają uwagę mężczyzn.

„Ooo! Miło się dowiedzieć, że ktoś czyta papierową wersję! A reszta tekstu, spoko?”. Już się podekscytowałam. Zbyt szybko.
„Nie czytałem reszty, może później skończę, ale po wstępie widać, kto w Twoim związku dominuje”.
„U nas chyba nikt nie dominuje. Oboje jesteśmy uparci jak osły”.
„Na papierze wygląda to inaczej” – zawyrokował kolega koleżanki.

Ta rozmowa mnie zainspirowała.  Idealnie zgrała się z tematem lutowego Lounge, którym jest #dzikość. Pomyślałam, że w świetle ostatnich dyskusji o męskości i  dzikach, i ich młodych, i do tego o myśliwych i polowaniach, porozmawiamy o mężczyznach.

Furorę w tej dyskusji robi nowa reklama Gillette, która przeciwstawia się kulturze macho.

Kulturze, która ma dużo dalej idące negatywne konsekwencje niż nam się może wydawać. To ta kultura, która dyktuje mężczyznom, aby byli twardzi, pozbawieni emocji, aby rozwijali w sobie drapieżność, waleczność i bezwzględność.

Polowania uchodzą za męską rozrywkę, chociaż kobiety podobno również lubią sobie postrzelać do dzikich zwierząt. Czerpanie przez ludzi satysfakcji z tego rodzaju krwawych aktywności napawa mnie obrzydzeniem, złością i smutkiem. Jednocześnie staram się zrozumieć jakiemu procesowi krwawej, brutalnej socjalizacji zostały poddane osoby, które tego wstrętu i obrzydzenia nie czują. Osoby, których nie przeszywa empatyczny dreszcz własnego cierpienia, gdy obserwują cierpienie innej, żywej istoty. Cierpienie, które oni sami tej istocie zadali.

Większość badań nad rozwojem człowieka skłania się ku teorii, że ludzie rodzą się dobrzy. Niemowlęta i małe dzieci wykazują oznaki empatii, opiekuńczości i wrażliwości na krzywdę. Potrafią nawet oceniać moralnie zachowania i unikać postaci które wyrządzają krzywdę innym.

Jednak mózg człowieka, szczególnie dziecka, chłonie wzorce z otoczenia jak gąbkę. Na krzywdę można się uniewrażliwić bardzo łatwo. Niestety. Aby temu przeciwdziałać, a działać na rzecz pomniejszania cierpienia na świecie trzeba działać od podstaw. I wracamy do wczesnej socjalizacji, czyli potocznie wychowania.

Kobiety mają społeczne przyzwolenie na to, aby być zarówno „twardymi laskami”, „chłopczycami”, jak i delikatnymi księżniczkami.

Mężczyznom (szczególnie heteroseksualnym) natomiast nadal się narzuca pełnienie roli dominatora, rycerza i super bohatera. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że jest to wzorzec strasznie jednowymiarowy, a przez to ograniczający. Wręcz szkodliwy.

Wychowanie w duchu kultury „maczyzmu” zaczyna się wcześnie, na przykład gdy rodzic mówi do dwulatka „Nie becz! To tylko kot!”, gdy dziecku umrze ukochane zwierzątko, albo „Nie płacz, nic się nie stało. Nie płacz, to nie boli! No już przecież nie boli”. Ta unieważniająca uczucia atmosfera może prowadzić to wykształcenia w sobie braku kontaktu ze sobą i z innymi.

A w konsekwencji do braku empatii lub nie rozumienia swoich empatycznych reakcji. Do agresji i często też autoagresji. Prawdziwa siła charakteru rodzi się w umiejętności akceptowania i przeżywania emocji. Zamiast „Nie płacz! Nic się nie stało! Czemu płaczesz?” po prostu przytul i powiedz „Widzę, że płaczesz. Pewnie jesteś wściekły/smutny? Nie? Ok. To czujesz coś innego”.

Nadawaj wagę emocjom. Nie zaprzeczaj im NIGDY.

Taka komunikacja rozwija umiejętność przeżywania i nazywania uczuć, sprawia, że możemy żyć naprawdę, mieć prawdziwe, głębokie relacje. Związki które nie opierają się na spolaryzowanych rolach, cichej umowie, brzmiącej w praktyce tak: „To ja będę teraz macho-facetem, a ty delikatną, słabą panienką, ok? Tak nas wychowali, lepiej nie wychodźmy z tych ról. To nasza tożsamość.

Ja jestem macho i nigdy nie położę ci głowy na ramieniu, mówiąc, że czuję się słabo i potrzebuje wsparcia. Sam się tego pozbawię, bo jestem męskim mężczyzną i zamiast tego wolę sobie podominować i postrzelać do dzików, joł!”.

Możemy starać się uświadamiać mężczyznom, że ich emocje są ważne. Tworzyć związki, w których obie strony mają równą przyzwolenie na słabszy dzień, tydzień czy miesiąc. I to na każdym polu – finansowym, emocjonalnym, rodzicielskim, seksualnym. Na tym polega idea partnerstwa. W związku nie musi dominować żadna ze stron. Bo czym właściwie jest dominacja? To panowanie, władza, przewaga siły. Zarówno bycie podwładnym, jak i władcą, przez cały czas – musi być dość męczące.

Do dziś nie dowiedziałam się, kto zdaniem kolegi koleżanki dominuje w moim związku, ba!

Do dziś nie dowiedziałam się, kto dominuje w moim związku MOIM zdaniem.

Natomiast zaczęłam zastanawiać się, czy wyszukiwanie oznak dominacji to taka macho-męska tendencja? I w sumie czy kolega chciał w ten sposób zaczepić mnie, czy może uszczypnąć mojego chłopaka? Jakie założenie – to, że dominuje on nade mną, czy ja nad nim – miało być tutaj zaczepką. Mogłabym wyciągnąć odpowiedzi na te pytania od kolegi, ale – jak widać- zbytnio wciągnęła mnie rozmowa z samą sobą.

I mam jeden wniosek: jeśli nie zaczniemy uczyć chłopców, że nie muszą nad nikim „dominować”, aby być wartościowymi ludźmi, a wszyscy ludzie nie zrozumieją, że muszą przestać „dominować” na przykład nad naturą i środowiskiem, jeśli nie zmienimy naszego podejścia do  „dominacji” z gloryfikującego na ostrożne –  nie ustrzeżemy nie tylko dzika. Nie ustrzeżemy żadnego gatunku, również naszego.

Antonina Dębogórska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *