Kobiece wypady po seks w najsłynniejszych turystycznych miejscowościach stały się tak popularne, że spragnione wakacyjnego romansu kobiety zyskały rozmaite przydomki… Na Bermudach nazywa się je „Długimi Ogonami”, na Martynice – „Air Pussy”, Jamajczycy określają je „butelkami mleka, które trzeba napełnić”, na Barbadosie mówi się o nich, że mają „syndrom kanadyjskiej sekretarki” (czemu akurat kanadyjskiej – do końca nie wiadomo).
Kobiety poznają swoich kochanków zazwyczaj na plaży i w okolicznych barach. Za 100-150 dolarów za noc, ich młodzi, piękni i doskonale zbudowani towarzysze sprzedają im marzenia – o ekscytującym romansie, o byciu adorowaną i docenianą, o wszystkim, czego brakuje im w codzienności. W końcu zachwycone turystki są w stanie dla swoich nowych chłopaków zrobić dużo, dużo więcej – a oni chętnie to wykorzystują. W Tunezji istnieje specjalne określenie procederu naciągania sekspodróżniczek na pieniądze: baiseness. Często pochodzący ze społecznych nizin chłopcy owijają sobie naiwne kobiety wokół palca (wyznawać miłość potrafią z ośmiu językach), wyciągając od niech ogromne sumy na życie, mieszkanie, samochód, otwarcie niewielkiego biznesu – zwykle sklepu albo kafeterii. Zamiast wspólnego biznesu i romantycznego happy endu kończy się jednak zwykle rozczarowaniem, płaczem i majątkiem wydanym na psychologa. Przykładem przykrych konsekwencji takiego wyjazdu jest tu chociażby założony kilka lat temu przez Rosjanki portal Kunstkamera.net – będący wielką tablicą ogłoszeń z setkami rozpaczliwych opisów i pytań (na zasadzie: ktokolwiek widział, ktokolwiek wie) dotyczących zjawiskowych żigolaków z Egiptu, Turcji i Tunezji – konkretnych, obfotografowanych, wymienianych z imienia i nazwiska. Rozpacz jest tym większa, kiedy okazuje się , że nasz kochanek Ahmed w ciągu kilku turnusów zaliczył kilkanaście takich jak my, z jedną nawet się ożenił, a z inną ma dziecko.
Po co zatem wyjeżdżać, kiedy jesteśmy świadomi konsekwencji? Bo egzotyka kusi i przyciąga – na miejscu też mamy przecież dostęp do azjatyckich prostytutek, czy umięśnionych mężczyzn chętnych na seks. Ale to nie to samo – i było tak od zawsze.
Podróżowanie za seksem popularne było już w latach 20. XX wieku, kiedy to najchętniej odwiedzanymi miastami grzechu były Szanghaj, Berlin i Paryż. Wkrótce nie mniejszą sławę – głównie za sprawą marynarzy – zyskały Rio de Janeiro, Hamburg, no i oczywiście Amsterdam. Jednak wszystkie te miejsca zdecydowanie straciły pozycję w obecnym seksturystycznym rankingu. Na czele wysunęła się… Pattaya – najsłynniejszy sekskurort w Tajlandii. Miejsce można w zasadzie opisać jednym zdaniem z przewodnika Lonely Planet: – Jeżeli Amsterdam, Rio czy nawet Bangkok ze swoimi dzielnicami rozpusty to miasta grzechu, to Pattaya musi być osobistą siedzibą Lucyfera. Po głównym deptaku z niekończącym się pasmem siedzib rozpusty i klubów go-go przechadzają się podstarzali eleganccy Brytyjczycy i Skandynawowie, z nastoletnimi Tajkami u boku. Gdzie nie spojrzeć – zabawa w miłość, słodka iluzja, gra pozorów…
