Dlaczego Udo Kier lubi grać wampiry? [wywiad]

Dlaczego Udo Kier lubi grać wampiry? [wywiad]
To jeden z najbardziej charyzmatycznych i rozpoznawalnych europejskich aktorów. Trudno się dziwić, skoro wystąpił w ponad 260 filmach, na swojej zawodowej drodze spotykając największych reżyserów. Do kin wchodzi właśnie „Iron Sky: Inwazja”, w którym Kier wciela się w postać… Adolfa Hitlera. Na wesoło, bo sam przekonuje, że w postać nazisty na poważnie nigdy by się nie wcielił.  O przyjaźni z Larsem von Trierem, wampirach i starzeniu się, z Udo Kierem rozmawia Kuba Armata.
Co decyduje, że postanawia Pan wziąć udział w danej produkcji?

Każdy aktor poszukuje dobrego scenariusza, nie ma się co oszukiwać. Sam uważam się za szczęściarza. Spotykam świetnych ludzi na swojej drodze. Chociażby Larsa von Triera, z którym zrobiłem wiele filmów. Spotkałem też Fassbindera, Wendersa, Van Santa, Herzoga, choć paradoksalnie nigdy ich nie szukałem. Nie miałem w swoim życiu sytuacji, żebym chodził za reżyserem i proponował mu swój udział w jego filmie.

Wyobraź sobie, że jesteś Davidem Lynchem i chodzę za tobą, mówiąc, że chciałbym z tobą pracować. „A kto nie chce?” – to chyba jedyne, co mógłby odpowiedzieć Lynch (śmiech). Najwyżej mówię reżyserom, że lubię ich filmy, ale nic ponad to. Szukam z pewnością czegoś innego, oryginalnego. Takim projektem było dla mnie chociażby „Królestwo” von Triera. Od pierwszego momentu czułem, że to coś wyjątkowego.

Ważną osobą był też Paul Morrisey, u którego wcielił się pan w kultową postać hrabiego Drakuli.

To Morrisey odkrył mnie dla roli Drakuli. W filmie „Holy Beasts”, z którym przyjechałem do Berlina, jest jedna scena, będąca dokładnym cytatem z „Krwi dla Drakuli”. Nieskromnie powiem, że był to mój pomysł i wkład do filmu.

Uważam zresztą, że takie rzeczy to obowiązek każdego aktora. Reżyserzy oczywiście nie muszą mnie słuchać, ale zazwyczaj o tym rozmawiamy i jeśli powiedzą „tak”, zawsze znajdziemy jakiś sposób, by przemycić określony smaczek. Najczęściej scenariusze nie są pisane pod aktora, dlatego trzeba zadbać, by były bardziej twoje.

W jednym z pana wywiadów przeczytałem, że bardzo lubi pan grać role wampirów. Dlaczego?

To prawda. Ważne jest, by znać ich historię, a pochodzą z Rumunii. Byłem sam w zamku hrabiego Drakuli i choć jestem stary, to oczywiście nie wtedy, kiedy żył (śmiech). On był bardzo złym człowiekiem i jego zachowania w stosunku do ludzi obrosły już legendą. Tam zresztą też do pewnego stopnia zrodziła się legenda horroru jako gatunku. Zagranie wampira jest dla aktora możliwością popuszczenia wodzy fantazji. Można włożyć w taką postać bardzo dużo siebie.

Wspomniał pana Larsa von Triera, który trochę odkrył Pana dla światowego kina. Czy wciąż jest pan z nim w stałym kontakcie? Myślicie może o kolejnym wspólnym projekcie?

Nie mogę zbyt dużo zdradzić, ale jest coś na rzeczy. Niedługo zaczynamy  pracę nad naprawdę dużym filmem. Wracam do Larsa także dlatego, że byłem lekko poirytowany, iż nie znalazła się dla mnie rola w jego ostatniej produkcji „Dom, który zbudował Jack” (śmiech). Mogłem chociaż być jedną z ofiar Matta Dillona.

Jak w ogóle poznaliście się z von Trierem?

Zrobiłem kiedyś krótkometrażówkę, która pokazywana była w Cannes w tym samym roku co debiutancki film Larsa „Element zbrodni”. Kiedy skończyła się projekcja, nie mogłem podnieść się z fotela, takie zrobił na mnie wrażenie. Powiedziałem moim znajomym reżyserom, że mogą iść do domu, bo to ten film zgarnie Złotą Palmę. Poszedłem później do organizatorów z prośbą, że bardzo chciałbym poznać jedną osobę.

Tę, która stoi za „Elementem zbrodni”. Spodziewałem się kogoś jak Fassbinder czy Kubrick. Ubranego na czarno, notorycznie w złym humorze. A spotkałem młodego faceta w swetrze. I to był von Trier. Poszliśmy na piwo, pogadaliśmy i wymieniliśmy się numerami.

Rozumiem, że zadzwonił?

Kilka tygodni później zadzwonił Lars z wiadomością, że robi kolejny film, „Medeę”, i chciałby mi zaoferować rolę. Prosił tylko, żebym się nie golił przez miesiąc, nie mył głowy, bo w ten sposób fizycznie upodobnię się do mojego bohatera, a i von Trierowi łatwiej będzie „sprzedać” mnie producentowi. Wyglądałem bardzo dziwnie, ale finalnie dostałem tę rolę (śmiech).

To był początek naszej długiej przyjaźni. Niedługo po tym zostałem ojcem chrzestnym jego pierwszego dziecka. Powiedział wtedy, że to nie jest żaden dar, bo jeśli on i jego żona zginęliby w wypadku, to odpowiedzialność za dziecko spada na mnie. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś mówił o tym w taki sposób, ale jest to jakiś rodzaj komplementu (śmiech). Od tego czasu pracowaliśmy razem przy każdym filmie poza trzema, które były po duńsku.

Spotykamy się na festiwalu w Berlinie, gdzie promuje pan film, w którym występuje u boku Geraldine Chaplin. Siedzi zresztą w pokoju obok. Z tego, co wiem, łączą was bliskie relacje. To dobre uczucie spotkać na planie przyjaciółkę?

Uwielbiam ją. Pracowaliśmy razem w przeszłości przy filmie Guya Maddina. Miało to miejsce w Paryżu, a konkretnie w Centrum Pompidou. To było naprawdę ciekawe doświadczenie, bo w zasadzie każdego dnia kręciliśmy nowy film. Muzeum było otwarte, ludzie zatem wchodzili, mocno się dziwili, kiedy widzieli niewielki dom, który był naszym planem zdjęciowym.

Również na poziomie aktorskim było to intrygujące, bo każdego dnia musieliśmy stawać się innymi postaciami. Tak właśnie poznaliśmy się z Geraldine. Zresztą znowu pracujemy razem przy pewnej belgijskiej produkcji. To, co w niej lubię, a jesteś ode mnie znacznie młodszy i musisz to zrozumieć, to fakt, że kiedy trzymałem ją pierwszy raz w ramionach, przez kilka sekund myślałem: „Mój Boże, trzymam w ramionach córkę Charlesa Chaplina” (śmiech). Od tego czasu staliśmy się dobrymi przyjaciółmi. W czym pomaga także pewnie taki sam wiek, dzielą nas ledwie trzy miesiące.

Podobne wrażenie musiał mieć pan z pewnością dość często, bo patrząc na imponującą filmografię, trzymał pan w ramionach wielu wspaniałych ludzi.

To prawda, ale żaden z nich nie był córką Charlesa Chaplina (śmiech). I to jest ta różnica. Chaplin to niesamowite pokłady inspiracji. Kiedy w drugiej części komedii „Iron Sky” wcieliłem się w rolę Hitlera, myślałem o Chaplinie i jego wspaniałym „Dyktatorze”. Humor jest tu kluczowy.

Nigdy nie zagrałem nazisty na serio i wiem, że nigdy tego nie zrobię. Nie ma takiej możliwości, choć pojawiały się propozycje, głównie ze Stanów Zjednoczonych, bym na przykład wcielił się w rolę Eichmanna. Jeżeli byłaby to komedia, najlepiej taka, jaką zrobił Tarantino, nie ma problemu. Na poważnie – nie.

Podjął pan wcześniej kwestię wieku – starzenie się dla aktora to trudna sprawa?

Urodziłem się w 1944 roku, więc dość dawno, ale nie mam z tym żadnego problemu. Jak na razie, odpukać, jestem zdrowym mężczyzną, wciąż zdolnym do tego, żeby dużo podróżować w związku z zawodowymi zobowiązaniami. Nie jest zatem źle.

Widziałem jednak jakiś czas temu swoje zdjęcia, kiedy miałem 19 czy 20 lat. Mój Boże, jak dobrze wtedy wyglądałem (śmiech). Ale takie jest życie. To, że się starzeję, wcale nie oznacza, że powinienem się zamknąć w domu i w ogóle z niego nie wychodzić, tak żeby przypadkiem nikt mnie nie zobaczył.

W jednym z filmów powiedział pan, że nie lubi niespodzianek. A jak jest w życiu?

Naprawdę tak powiedziałem? Chyba muszę zobaczyć ten film raz jeszcze (śmiech). W życiu zależy, czy są dobre, czy złe. Jeżeli ktoś wyciąga mnie z hotelu, a tam stoi piękny, elektryczny samochód, i mówi mi: „Jest twój”, to jasne, że lubię niespodzianki. Zwłaszcza że nie mam takiego. Wiele niespodzianek wiązało się z twoim rodakiem, z którym miałem przyjemność pracować. Myślę o Walerianie Borowczyku. Wspaniały reżyser, zwracający ogromną uwagę na detale.

Ma pan teraz świetny zawodowy okres. Role u Mela Gibsona, S. Craiga Zahlera czy Aleksandra Payne’a to duża sprawa.

Co więcej, to ci twórcy mnie znajdują. Pamiętam, jak byłem w Palm Springs i dostałem telefon od Aleksandra Payne’a. Co ważne, od niego samego, a nie od agenta czy z biura, jak to zwykle bywa. Powiedział mi wtedy, że przyjeżdża z żoną do miasta i chciałbym zjeść ze mną lunch. Zgodziłem się, po czym natychmiast przeczytałem o nim wszystko w internecie.

Kiedy doszedłem do tego, że wyreżyserował „Nebraskę”, pomyślałem sobie: „Wow!”. Przyjechał, pogadaliśmy, co ciekawe, nie o filmie, a na setki innych tematów. Choć miałem świadomość, że cały czas mnie obserwuje. To, w jaki sposób mówię, jak gestykuluję itd. Tydzień później dowiedziałem się od managera, że dostałem propozycję, żeby zagrać w filmie Payne’a u boku samego Christopha Waltza.

Mel Gibson też taki jest? Zrobiliście razem komedię policyjną „Dragged Across Concrete”.

Jest świetny. Przyznam szczerze, że chciałem z nim pracować, bo narosło wokół niego mnóstwo, głównie negatywnych, plotek. To był epizod, ale dla mnie nie ma małych ról. Nawet jeżeli na papierze jest niewielka, to wiem, że jest szansa, by widzowie zapamiętali ją naprawdę na długo. Tak było chociażby w przypadku „Melancholii”. Wykonuję tam pewien gest, w sprawie którego przez dobrych kilka lat zaczepiało mnie sporo osób.

Niewielka, acz znacząca była też rola psychiatry w absolutnym klasyku lat 90., jakim był „Armageddon” Michaela Baya.

Michael Bay to jeden z najlepiej opłacanych reżyserów w Stanach Zjednoczonych. Zrobiłem z nim dwie reklamówki, m.in. dla Mercedesa. Powiedział mi wtedy, żebym przyszedł na casting, bo przymierza się do zrobienia „Armageddonu”. Tak zrobiłem, ale kobieta, którą zastałem na miejscu, oznajmiła mi, że co prawda dziękuje, że przyszedłem, ale nie ma dla mnie roli.

Zapytałem zatem, po co tu jestem, po co reżyser kazał mi przyjść. Później zadzwonił do mnie Bay i wspomniał, że ma dla mnie prezent. „Daje ci wszystkich moich aktorów, wszystkie gwiazdy na jedną godzinę. Zrób im jednogodzinną improwizację z Udo Kierem. Spraw, żeby byli zdenerwowani i musieli się natrudzić!” – wyjaśnił. Pytałem ich o to, co widzą w swojej głowie.

Muszę przyznać, że trochę się wstydzili. Bezkonkurencyjny był Steve Buscemi, który cały czas mówił o kobiecym biuście. Z kolei nieodżałowany Michael Clarke Duncan, ten wielki chłop, przyszedł do mnie i tym swoim grubym głosem powiedział: „Wszyscy widzą we mnie silnego faceta, czy możesz mnie przytulić?”.

A co najbardziej podoba się panu w „Iron Sky”?

Jak to co? Wyobrażasz sobie drugi film, w którym mogę zagrać Adolfa Hitlera zasuwającego na dinozaurze? (śmiech)

Rozmawiał Kuba Armata