Darren Aronofsky “Mniej presji, więcej zabawy” [wywiad]

Darrena Aronofsky "Mniej presji, więcej zabawy" [wywiad]

Darrena Aronofsky’ego kojarzymy przede wszystkim jako reżysera. Nic dziwnego, bo takie filmy jak „Pi”, „Requiem dla snu”, „Zapaśnik” czy „Czarny łabędź” wpisały się w kanon kina współczesnego. Tymczasem jak się okazuje 50-letni amerykański filmowiec jest również prężnym producentem i właśnie o tym postanowiliśmy z nim porozmawiać. Okazja nadarzyła się w Toruniu podczas festiwalu EnergaCamerimage, którego Aronofsky był jednym z gości – rozmawia Kuba Armata.

Dziewięć lat temu na festiwalu Camerimage promowałeś jako reżyser swój film „Czarny łabędź”. Tym razem w charakterze producenta jesteś tu z „Pacified” Paxtona Wintersa. W której z tych dwóch ról czujesz się obecnie bardziej komfortowo?
  • „Czarny łabędź” ma już tyle lat? Naprawdę?! Czas tak szybko płynie. Zawsze miło wrócić na ten festiwal, choć jak się okazało zdążył on w międzyczasie zmienić miasto (z Bydgoszczy na Toruń – przyp. aut.), więc siłą rzeczy musi być trochę inny. Bez wątpienia dużo łatwiej być producentem, bo wtedy spoczywa na tobie znacznie mniejsza presja. Kiedy jesteś reżyserem, całe twoje życie z ostatnich kilku lat z chwilą projekcji odzwierciedlone zostaje na ekranie. Każdy seans znaczy naprawdę wiele, a towarzyszy temu wszystkiemu spory stres. Wyobrażam sobie, że dla mojego reżysera Paxtona, to musi być bardzo intensywne doświadczenie. Ja po prostu staram się dobrze bawić (śmiech).
Można w ogóle porównać emocje jakie towarzyszą Ci na planie w roli reżysera i producenta?
  • To bardzo różna praca. Jako producent nie jesteś aż tak bardzo emocjonalnie zaangażowany w dany projekt. To spoczywa na innych. W tym oczywiście na reżyserze, który jest odpowiedzialny za każdą, najmniejszą nawet decyzję, za każdy wybór. Producent stoi nieco z boku, dzięki czemu jest w stanie obiektywnie ocenić sytuację, nie kierując się w tym aż tak bardzo emocjami.
Pokazywany na festiwalu „Pacified” to film, którego akcja rozgrywa się w brazylijskiej faweli przed igrzyskami w Rio de Janeiro. Na jakim etapie się w niego zaangażowałeś?
  • Paxton od dawna jest moim przyjacielem. Poznałem go prawie dwadzieścia lat temu w Stambule, kiedy promowałem tam „Requiem dla snu”. Szybko się zakumplowaliśmy. Kiedy zaczynał prace nad swoim filmem, a uważałem, że to interesujący projekt, zapytał mnie, czy mógłbym zostać kimś w rodzaju ojca chrzestnego całości. Bardzo mi to schlebiło i starałem się, oczywiście zachowując pewien dystans, pomóc mu najlepiej jak tylko potrafiłem.

Czy dla ciebie takie sytuacje, w których pracujesz ze swoim przyjacielem są ułatwieniem czy może pewną trudnością, bo wiadomo, że takiej osobie znacznie ciężej powiedzieć „nie”?
  • To ciekawa kwestia. Myślę że tak naprawdę obie te odpowiedzi są właściwe. Na szczęście nie jestem typem producenta, który wyłącznie mówi „nie”. Być może wynika to z faktu, że zazwyczaj niespecjalnie zajmuję się kwestiami związanymi z finansami. Staram się być raczej producentem kreatywnym, skupiając się na rozwijaniu pomysłów, idei, a nie na limitach w budżecie. Jeżeli już, to raczej stawiam się po tej drugiej stronie i naciskam, żeby zdobyć na coś dodatkowe pieniądze. Trudno byłoby zatem nazwać mnie typem srogiego producenta (śmiech). Wolę ośmielać twórców, dodawać im otuchy, by odważnie starali się realizować własną wizję i pomysły, nawet jeżeli wydają się one na nieco ryzykowne. Jeżeli łączą mnie dodatkowo z kimś stosunki przyjacielskie, to na pewno z taką osobą mogę pozwolić sobie na pełną szczerość. Nie musimy bawić się w żadne konwenanse, zastanawiać się czy ktoś kogoś nie uraził. Możemy wyrażać swoje myśli w bardzo bezpośredni i jasny sposób.
Skoro nie trzymasz ręki na finansach, jak wygląda Twoja współpraca z reżyserami?
  • W kwestii finansów nie mam zbyt wiele do powiedzenia, jakoś specjalnie mnie te kwestie nie zajmują. W większości przypadków, zarówno ja, jak i moja firma produkcyjna (Protozoa Pictures – przyp. aut.) zajmujemy się sprawami stricte kreatywnymi. Chociażby pracą nad tekstem, by dana historia opowiedziała została w optymalny sposób i potrafiła przekazać widzowi możliwe dużo emocji. Każdy przypadek zresztą jest indywidualny. W „Pacified” sprowadzało się to do wielu kwestii. Od pomocy przy sprawach związanych castingiem po przeglądanie i analizowanie kolejnych nagranych scen.
Skąd w ogóle pomysł na to, by obok reżyserii zająć się właśnie produkcją, w dodatku nie tylko swoich filmów?
  • Rzeczywiście czasami zajmowałem się produkcją swoich filmów, jak chociażby „Zapaśnika”. Myślę, że jest w tym sporo zabawy. To bardzo ekscytujące kiedy masz możliwość współpracy z twórcami, w których naprawdę wierzysz. Sam zresztą zawsze starałem się szukać producentów, będących prawdziwymi autorami, bo oni potrafili zrozumieć reżysera. A czemu to robię? Sam do końca nie wiem. Bardzo lubię ten moment kiedy poszczególne elementy stają się jedną całością. Także w roli producenta potrafi sprawić to dużo frajdy.
Czy takie doświadczenia pozwalają Ci rozwijać się nie tylko jako filmowiec, ale i jako człowiek?
  • Mam cichą nadzieję, że wszystko co robię jest w pewien sposób interesujące i uczy mnie czegoś nowego. Jestem przekonany, że praca przy „Pacified” wiele mi dała. Byłem chociażby kilka razy w faweli, miejscu z niesamowitymi widokami, ale i szalenie niebezpiecznym. Poza tym uważam, że dobrze jest otaczać się w pracy przyjaciółmi. Staram się zazwyczaj to robić. W końcu cała moja firma składa się z przyjaciół.

Myślisz, że Twoje doświadczenie reżyserskie pomaga w pracy producenta?
  • Z pewnością, bo znam tę rzeczywistość od drugiej strony. Wiem czego reżyser potrzebuje, ale również jakie są ograniczenia. Z taką wiedzą na pewno łatwiej wspólnie opracować strategię nie tylko jak zrealizować film, ale też jak na nim zarobić.
Czego jako producent szukasz w projektach zanim zdecydujesz się stać się jego częścią?
  • Zazwyczaj chodzi o osobę, z którą miałbym współpracować. Zależy mi na tym, bym miał jasno sprecyzowaną wizję tego co chce zrobić, wiedział jaką historię chce opowiedzieć i dlaczego. Najczęściej takich filmowców szukamy. Oczywiście pewną rolę odgrywa w tym wszystkim intuicja, ale i możliwość spojrzenia na inne rzeczy jakie dana osoba ma w swoim dorobku. To pomaga wyrobić sobie ocenę.
Co zatem skłoniło cię do zaangażowania się w projekt świetnego zresztą serialu o charakterze edukacyjnym „Przedziwna planeta Ziemia”? Ciekawość, a może troska o to, w jakim stanie znajduje się nasze środowisko?
  • Obie te kwestie odegrały ważną rolę. Poza tym, posiadanie przywileju, by zrobić trwający dziesięć godzin serial dokumentalny, rozgrywający się w najpiękniejszych miejscach na Ziemi, dawało ogromną radość. Ważne były też kwestie osobiste. Pochodzę z rodziny, gdzie zajmowano się nauką. Ona zawsze mnie interesowała, sam zresztą miałem zostać biologiem. Moi rodzice są nauczycielami, zatem bliska mi też była idea edukacji, a pojawiła się taka okazja właśnie poprzez kino. Zresztą fakt bycia częścią tak dużego, globalnego projektu i możliwość spojrzenia na to od kreatywnej strony było bardzo pociągające.
Kiedy myślisz o naszym środowisku i wszystkich zagrożeniach z nim związanych w kontekście przyszłości, jesteś optymistą czy pesymistą?
  • Żeby odpowiedzieć na to pytanie użyję słów kanadyjskiej pisarki Margaret Atwood. Ona powiedziała kiedyś, że nie jest ani optymistką, ani pesymistką, a realistką. Znajdujemy się obecnie w bardzo intensywnym i nieco przerażającym momencie. Mniej więcej zdajemy sobie sprawę, gdzie leży problem i jaka jest jego skala. Naukowcy cały czas walczą, by znaleźć jakieś kompleksowe rozwiązanie. Z przykrością muszę przyznać, że zarówno w moim kraju, jak i w każdym innym miejscu na świecie, bardzo niewielu ludzi pomimo świadomości w praktyce stara się zmienić złe nawyki. Siłą rzeczy kontynuujemy zatem drogę w złym kierunku, a żyjemy myśląc o naszym środowisku, w naprawdę niełatwych czasach.
Pada w „Pacified” zdanie, że im sytuacja jest gorsza, a kryzys większy, tym częściej ludzie sięgają nie tylko po używki, ale i filmy. Wierzysz w terapeutyczną moc kina i to że może stanowić ono remedium na codzienne problemy?
  • Myślę, że to jedno z ważnych zadań kina. Dla wielu potrafi ono być prawdziwym katharsis, wiąże się z nim wiele emocji. Ale to nie wszystko co ma do zaoferowania, bo przecież kino spełnia również funkcję rozrywki, pozwala dobrze spędzić czas. Uważam, że istnieje wiele rodzajów filmów dla różnych typów sytuacji. Dla mnie jest ono po części jednym i drugim. Pragniesz dać widzom odrobinę rozrywki, ale jak dobrze pójdzie możesz w jej ramach przemycić wiele innych kwestii – społecznych czy właśnie edukacyjnych.

Rozmawiał Kuba Armata

Zdjęcia: Wiola Łabędź

Więcej od loungemag

Stylistka od minimalizmu i ekologicznego życia [Malwa Wawrzynek]

  Nowe trendy zazwyczaj mają w sobie to, że przyczyniają się do powstawania nowych zawodów...
WIĘCEJ