Daniel Brühl to jeden z najbardziej znanych niemieckich aktorów, ambitny producent oraz stawiający pierwsze kroki reżyser. Przełomem w jego aktorskiej karierze okazała się główna rola w przeboju Good bye, Lenin! (2003). W swoim bogatym dorobku współpracował m.in. z Quentinem Tarantino, Ronem Howardem, Paulem Greengrassem. Nie tak dawno wcielił się w postać Karla Lagerfelda w głośnym serialu Becoming Karl Lagerfeld. Spotkaliśmy się na festiwalu w Karlowych Warach, gdzie Brühl odbierał nagrodę prezydenta. — To wspaniałe wyróżnienie i z dumą je przyjąłem, ale pojawiła się też niepokojąca myśl. Mam 46 lat i czy to już ten moment, kiedy będę dostawał nagrody za całokształt twórczości? — śmiał się na wstępie. O byciu sympatycznym Niemcem, wspólnym oglądaniu filmów z Quentinem Tarantino i coraz ciemniejszych czasach — z Danielem Brühlem rozmawia Kuba Armata.
Wygląda na to, że ostatni czas jest dla ciebie zawodowo mocno intensywny. To dobry moment w twojej karierze?
— Przez ostatnie kilka miesięcy pojawiło się wiele ciekawych rzeczy, które sprawiły, że czułem się szczęśliwy. Kiedy kończysz 46 lat i przechodzisz swój pierwszy kryzys wieku średniego, często nachodzą cię myśli, że już nic interesującego do ciebie nie trafi. To też był jeden z powodów, dla których stworzyłem własną firmę producencką. Nie chciałem zamienić się w starego, stetryczałego aktora, który nerwowo czeka, aż zadzwoni telefon, tylko postanowiłem wyjść sprawom naprzeciw. Koniec końców, telefon zadzwonił i zagram w nowym filmie dwukrotnego laureata canneńskiej Złotej Palmy — Rubena Östlunda. Nie mogę się tego doczekać i jestem mu bardzo wdzięczny za to zaproszenie.
Nie obawiasz się trochę tego projektu? Sam Östlund przekonuje, że będzie to jeszcze dziwniejszy film niż The Square (2017) czy W trójkącie (2022).
— Zdaję sobie sprawę z tego, że Ruben jest szalony i nieustępliwy, jeśli chodzi o filmową materię. Prawdopodobnie to najbardziej osobliwy reżyser, z jakim miałem okazję pracować. Chociaż poczekaj, przecież pracowałem z Quentinem Tarantino (śmiech). Ten to dopiero jest szalony, choć w najlepszym tego słowa znaczeniu. Obaj to prawdziwi kinowi maniacy i niezwykle ciekawie jest spróbować wejść w ich proces myślowy. W przypadku Rubena na pewno będzie to też miało sporo wspólnego z kulturą skandynawską, czyli czymś, czego w ogóle do tej pory nie doświadczyłem. Z wiekiem coraz bardziej dochodzi jednak do mnie, że chcę, by wyzwania aktorskie wychodziły poza moją strefę komfortu. Nie chcę grać bezpieczną kartą, a czuć dreszczyk emocji, ryzyko związane z daną rolą i możliwością porażki.
Rola u Tarantino we wspaniałych Bękartach wojny (2009) była dla ciebie pewnym przełomem i skończeniem z wizerunkiem dobrego, słodkiego chłopca z wielkiego przeboju z twoim udziałem, czyli Good bye, Lenin! Co dała ci współpraca z Quentinem?
— Wszyscy od niego wiele się nauczyliśmy, także dlatego, że dużo rzeczy robi zupełnie inaczej. Quentin jest purystą, nie siedzi przed monitorem, a pracuje tak, jak robiło się to w dawnych czasach. Stoi obok kamery, obserwuje aktorów, zapewnia im luksus kręcenia. Przed rozpoczęciem zdjęć zapraszał do siebie całą ekipę i aktorów do wspólnego oglądania filmów na taśmie 35 milimetrów. Ściągał kopie specjalnie z Los Angeles. Pokazywał nam inne tytuły, które go zainspirowały i wpłynęły na chęć zrobienia danego projektu. To było naprawdę zabawne, gdyż można było zobaczyć tam niemieckich członków ekipy zajadających pizzę, a obok nich Brada Pitta. Wszyscy z uwagą oglądali filmy i słuchali Quentina, który opowiadał o potrzebie wykreowania odpowiedniej atmosfery.

Budowało to poczucie wspólnoty?
— To było genialne, bo Quentin zapraszał do siebie dosłownie każdego członka ekipy i kiedy rozpoczynaliśmy zdjęcia, każdy czuł dodatkowy entuzjazm w związku z tym, że stawał się częścią tego projektu. W trakcie przerw technicznych, potrzebnych chociażby na zmianę oświetlenia, które często się dłużą, puszczał na całe studio muzykę Davida Bowiego lub Ennio Morricone. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem, a było to niezwykle odświeżające. Poza tym Tarantino to prawdziwa encyklopedia kina. Wydaje się, że on zna każdy film, jaki kiedykolwiek nakręcono. Jeśli rzucisz nagle coś o jakimś belgijskim filmie z 1954 roku, w którym ktoś zagrał drugoplanową rolę, to jestem prawie pewien, że Quentin wskaże, o jaki tytuł chodzi. Wszystko, co robi, o czym myśli i marzy, to kino.
Ta współpraca, jak wspomniałem, była dla ciebie o tyle cenna, że zmieniła trochę twój ekranowy wizerunek. To chyba ważne, by aktor mógł wyjść z szufladki?
— Byłem mu za to bardzo wdzięczny, bo przez długi czas, na początku mojej zawodowej kariery postrzegano mnie jako jedynego sympatycznego Niemca. Zostałem w tej szufladce umieszczony po Good bye, Lenin! Ludzie dosłownie widzieli we mnie przyszłego zięcia, faceta, który pomaga staruszce przejść przez ulicę. To miłe, ale jako aktor nie czułem się spełniony. Z jednej strony cieszyłem się z sukcesu filmu Wolfganga Beckera, ponieważ pozwolił mi zaistnieć i darzę go wciąż dużą sympatią, ale z drugiej strony stało się to do pewnego stopnia przekleństwem.
Zastanawiałem się, dlaczego nikt nie jest w stanie dostrzec we mnie czegoś więcej. Dopiero perspektywa reżyserów z zewnątrz, takich jak Tarantino czy Ron Howard, na to pozwoliła. U tego drugiego zagrałem w Wyścigu (2013) Nikiego Laudę. Jestem przekonany, że żaden niemiecki reżyser nie zaproponowałby mi tej roli. Powiedziałby, że ten gość jest zbyt zimny i wyrachowany, a Daniel jest przecież takim miłym facetem. A wcale nie jestem! (śmiech).

Czy trudno zatem znaleźć ci dzisiaj role, które oddalone są od stereotypów i pozwalają ci wyjść ze strefy komfortu, o czym wspomniałeś?
— Mam wrażenie, że im jestem starszy, tym trudniej znaleźć coś, co wyzwala płomień. Teraz gdy mam rodzinę, staram się mądrzej wybierać, zwłaszcza że oznacza to kilkumiesięczną rozłąkę. Nie chcę spędzić tego czasu na pracy przy projekcie, którego do końca nie jestem pewien. Chcę poczuć tego kopa. Tak było teraz z rolą Karla Lagerfelda w serialu Becoming Karl Lagerfeld. Kiedy dostałem pierwszy telefon w tej sprawie, roześmiałem się i pomyślałem, że to jest absurdalne. Odłożyłem słuchawkę, zastanowiłem się nad tym na spokojnie i zadzwoniłem ponownie do agenta, żeby opowiedział mi o tym trochę więcej. Nagle zdałem sobie sprawę, nie wiem do końca dlaczego, że to coś, co mnie naprawdę kręci. Czułem, że może wyjść z tego karykatura albo jakiś gówniany serial, za który ludzie obrzucą mnie pomidorami. Było to ryzyko, ale jednocześnie coś mnie do tego ciągnęło.
Myślę, że z wiekiem mam lepsze wyczucie, igła w moim wewnętrznym kompasie jest bardziej precyzyjna. Nigdy nie byłem typem aktora, który marzył o jednej, konkretnej roli. Na przykład o zagraniu Ludwiga van Beethovena. Nigdy nie zadzwoniłbym do producenta i powiedział: Wiesz co, teraz kiedy jestem stary, chcę zagrać Beethovena albo Napoleona. To raczej przychodzi do mnie samo i wtedy mogę zdecydować. A gdyby zaproponowali mi Beethovena, to prawdopodobnie powiedziałbym „nie” (śmiech).
Aktorstwo to jedno, produkcja to drugie, ale nie tak dawno zadebiutowałeś także jako reżyser. Jedenaste: znaj sąsiada swego (2021) to rozgrywająca się w stolicy Niemiec czarna komedia, skupiona wokół tematu nierówności społecznych, związanych z historycznym podziałem na dwie strony muru berlińskiego.
— Było tam kilka tematów, które mnie interesowały. Jednym z nich jest gentryfikacja, a sam siebie postrzegam jako część tego zjawiska. Przeprowadziłem się do Berlina w 2002 roku. To był czas, kiedy wszyscy młodzi ludzie byli zakochani w tym mieście. Przyjechałem z Niemiec Zachodnich, miałem jakieś środki finansowe, zatem mogłem sobie pozwolić na wspaniałe mieszkanie we wschodniej części Berlina. Drzwi w drzwi sąsiadowałem z ludźmi, którzy mieszkali tam od lat. Dość szybko stałem się rozpoznawanym aktorem, czułem się zatem dość uprzywilejowany. Pochodzę z Kolonii, miejsca, gdzie desperacko chcemy sprawiać wrażenie sympatycznych ludzi. I ja próbowałem taki być, kiedy spotykałem się z moimi berlińskimi sąsiadami. Niestety czasami zdarzały się i reakcje: No cóż, nie lubimy cię, musisz to zaakceptować.

w którym Daniel Brühl wciela się w postać Nikiego Laudy, trzykrotnego mistrza świata Formuły 1
Świat sąsiedzki ma swoją własną dynamikę.
— Zawsze mnie to interesowało, że niekiedy przez lata mieszkamy w jednej kamienicy czy bloku z ludźmi, o których tak naprawdę nic nie wiemy. Wydawało mi się to interesujące, jak wiele różnych wszechświatów może istnieć w jednym budynku czy tej samej okolicy. Pytanie, jak długo, właśnie z uwagi na proces gentryfikacji. Chciałem nakręcić film o Berlinie tu i teraz. Good bye, Lenin! opowiadał o latach 80. i 90. ubiegłego stulecia. Kiedyś zagrałem w filmie, którego akcja rozgrywała się w tym mieście w latach 20. Teraz z kolei przymierzam się do wyreżyserowania historii osadzonej w świecie tenisa lat 30.
Interesuje mnie zatem odkrywanie własnego miasta w różnych przedziałach historii. Także dlatego, że nie wiem, czy za pięć lat będzie ono wyglądało tak samo, czy ta koegzystencja Berlina wschodniego i zachodniego dalej będzie istniała. Wraz z rosnącymi cenami wynajmu wielu ludzi nie stać już na te mieszkania. Może jeszcze sytuacja nie jest tak ekstremalna, jak w Londynie, gdzie ten film nie mógłby się już rozgrywać, ale niestety idzie to mocno do góry.
Twój reżyserski debiut był raczej kameralną opowieścią. Teraz, jak wspomniałeś, przygotowujesz się do dużo większej produkcji. Jesteś na to gotowy jako reżyser?
— Nie jestem co do tego przekonany (śmiech). Mam jednak wspaniałą grupę przyjaciół, którzy bardzo mnie do tego zachęcali. Wspominałem im wielokrotnie, że może to jeszcze nie jest ten moment na takie wyzwanie, ale po wielu rozmowach doszedłem do wniosku, że byłbym tchórzem, gdybym nie zaryzykował i nie zajął się tematem, który tak bardzo zawsze mnie interesował. Jestem wielkim fanem tenisa i myślałem o innym filmie związanym z tą dyscypliną sportu, ale sprawy tak się potoczyły, że opowiem o tym, jak to wyglądało w latach 30. Do pewnego stopnia to będzie także kino polityczne, lecz nie w taki bezpośredni i oczywisty sposób. Poniekąd też aktualne, bo to, co obecnie dzieje się w Europie w kontekście wolności, jest mocno niepokojące. Trucizna powoli rozprzestrzenia się wszędzie.
Co masz na myśli?
— Populistyczną truciznę, zmiany polityczne, jakie obserwujemy w kolejnych krajach. Chcę opowiedzieć o młodych bohaterach cieszących się wolnością, a potem ją tracących. Jednak bez silnych symboli. Chciałbym tym filmem przypomnieć ludziom, co oznacza i z czym wiąże się ta utrata. Moje pokolenie jest dość uprzywilejowane. Doświadczy-liśmy upadku muru berlińskiego, otwarcia granic, poczucia, że przez długi czas Europa rośnie razem — otwarta, tolerancyjna, hojna. Niestety dzisiaj wracamy do tych ciemniejszych czasów.
Z Danielem Brühlem rozmawiał Kuba Armata
