Czy ja to ja? – Massa [felieton]

Czy ja to ja? - Massa [felieton]

Mój kolega Robert opowiadał kiedyś o swojej książce przy krakowskiej porannej kawie, która co jakiś czas lubi się zamienić w popołudniową lampkę wina, z której nietrudno płynnie przejść do wieczornego krakowskiego piwa z wódką, a co dalej się może wydarzyć lepiej tutaj nie pisać.

No ale do rzeczy, ten kolega Robert,fotograf,opowiada przy tej kawie o książce, którą chciałby napisać. Coś mi podpowiada, że jej nie napisze, bo ten plan ma już jakieś dwadzieścia lat, a opowieści z nią związane niezmiennie trwają. Coraz mniej osób ich już słucha. Zapamiętałem tytuł – „Zdjęcia, których nie zrobiłem”.

Kiedy przybywa wypitych łyków, on lubi dokładnie opowiedzieć kadry. Pierwszym z nich w każdej z tych opowieści jest Lech Wałęsa przeskakujący płot Stoczni Gdańskiej. Opisuje Robert nawet surowość kadru, który interlokutorzy wyobrażają sobie każdy po swojemu. Mnie się wydaje ten Wałęsa przeskakiwać płot w czerni i bieli. Surowość formy, płot raczej jest raczej murem, przed którym widać kawałek ulicy i torów tramwajowych. Tych, po których tramwajem jeździła Henryka Krzywonos. Nie w tym konkretnym kadrze rzecz jasna, tramwaju tam nie ma,  ale one –  tory – w wyobraźni mają dla mnie wielorakie znaczenie. Nie wiem nawet, czy przed płotem stoczni, przez który przeskakiwał Wałęsa, takie tory istniały. No ale ja sobie to tylko wyobrażam, bo Robert tego zdjęcia przecież nie zrobił. Wałęsę jednak filmowano i fotografowano. Widział te filmy Robert, ja, wszyscy je widzieliśmy. Widział je też Morawiecki, Kaczyński, Ziobro i wszyscy, którym teraz tam, w tej Warszawie, ale nie tylko Warszawie, bo i Krakowie, Żyrardowie, Mielcu, Wrocławiu, wszędzie prawie, wszyscy, którym się pomieszało, i Wałęsę uznają za zdrajcę. Niewygodnie jest obudzić się już po wszystkim i zorientować, że tam się dzieją takie rzeczy, kiedy się spało. Nie załapać się na tramwaj jadący w kierunku wolności musi być smutne. Trochę jak dzieci w piaskownicy obserwujący budowle wykonane przez jednego z nich. Jedni postarają się zbudować swoje, inni postanowią wprowadzić w piaskownicy średniowieczne metody i zrównają myśl techniczno-architektoniczną z poziomem piachu.

Pamiętam, kiedy mój tata wyjechał na kontrakt do Niemiec i kiedy zabrał mnie po raz pierwszy na Zachód. To było jeszcze przed przemianami roku 1989. Kiedy przekroczyliśmy granicę czechosłowacko-niemiecką, czyli kilku godzinach w kolejce i strachu przed tzw. kopaniem przez celników, świat stał się inny. Czysty, kolorowy, ludzie uśmiechnięci, jakby bardziej wyprostowani  i dużo lepiej ubrani. W czasach, kiedy jedynym powiewem zachodu w Polsce był w moim rozumieniu wyświetlany we czwartki o 20 serial Miami Vice i wchodzące na rynek gumy Turbo, nagle znalazłem się w samym środku, jak mi się wtedy wydawało, podobnego świata pięknych samochodów wyglądających niczym Matchboxy z Pewexu. Krainy kolorowych reklam i McDonalda, w którym kiedy wylałem Colę, to zamiast dostać do ręki tłustą szmatę wzorem z baru mlecznego, ktoś za mnie posprzątał i przyniósł nową butelkę. Nie byłem w stanie pomieścić w głowie, że Porsche spotyka się na ulicy tak często, jak u nas Poloneza i że można było wejść do sklepu i jeśli kogoś stać na owo Porsche, to je zamówić. Dla mnie wtedy pozostały masowo zbierane prospekty z samochodami.

Tyle że od tamtych chwil minęło ponad trzydzieści lat. Ja, jeśli mnie stać, mogę kupić Porsche u mnie w mieście, a potem przejechać przez granicę polsko-niemiecką, bez kolejki, ba-nawet bez budynków granicznych. To, że ją minąłem, oznajmiają mi inne znaki drogowe i (nie wierzyłem, że kiedykolwiek to możliwe) odrobinę gorsza nawierzchnia po stronie niemieckiej. Przynajmniej na tym odcinku A4. Jestem z tego nawet dumny.

Jeszcze kilka lat temu mieszkałem w kraju, o którym cały świat mówił. Niesamowity wzrost gospodarczy, zaczęli tu przyjeżdżać ludzie z całego świata do pracy. Ulica zaczęła lepiej wyglądać, mogliśmy się do siebie uśmiechać, rządy mieliśmy lepsze lub gorsze, ale generalnie cały czas się poprawiało. Nagle jednak przyszli do władzy nieudacznicy. Ludzie, którzy nie wykazywali się ani pracowitością, ani wybitnym rozgarnięciem. Ludzie, którzy w normalnej, demokratycznej rzeczywistości nie byli w stanie być na szczycie. Mieli jednak ambicje, które zrealizować mogą tylko wówczas, kiedy zdeptają dzieła stworzone przez pozostałych, zawładną piaskownicą. Paraliż sądowy służy im do bezgranicznego używania władzy, zakłamywanie historii do wybielenia swojego tumiwisizmu albo wręcz do zatarcia fatalnych życiorysów. Szczucie rodaków na rodaków i podsycanie braku tolerancji, z którą i tak nigdy najlepiej nie było. Antysemityzm, homofobia i najśmieszniejszy strach przed uchodźcami, którzy i tak się naszym krajem nie interesują. Krok po kroku, szczepienie w naszych mózgach choroby. Jakiegoś nowotworu, który zabiera nam uśmiech, przyjaźń, przyjemność z przebywania ze sobą. Coraz częściej nie pozwala rozmawiać rodzinie ze sobą przy jednym stole…

Zastanawiam się czasem, czy ja to ja? Czy moje poglądy są na serio moje, czy i mnie zaczęli zabierać człowieczeństwo. Czy na serio zamiast dumy z bycia Polakiem musimy wdychać smog, a tam, gdzie wcześniej było serce, trzeba wsadzić sobie kawałek węgla? A może każdy z nas ma już w sobie ten wirus i nic nie zrobimy, żeby wrócić do normalności?