Ćwiczenie z frustracji. Z Wagnerem Mourą rozmawia Kuba Armata

Ćwiczenie z frustracji. Z Wagnerem Mourą rozmawia Kuba Armata
Świat na dobre usłyszał o nim w 2007 roku za sprawą świetnego brazylijskiego filmu „Elitarni” José Padilhy, który zdobył blisko pięćdziesiąt nagród, w tym Złotego Niedźwiedzia na festiwalu w Berlinie. Pokochał – po znakomitym, zrealizowanym dla Netfliksa serialu „Narcos”, gdzie wcielił się w rolę króla kokainy Pablo Escobara. Na żywo Wagner Moura sprawia niepozorne wrażenie. Jednak gdy tylko zacznie mówić wychodzi z niego cała charyzma i pasja, jakie niewątpliwie posiada.
Po dwóch częściach „Elitarnych”, ale przede wszystkim po serialu „Narcos” Netflixa stałeś się chyba najbardziej rozpoznawalnym brazylijskim aktorem. Miałeś to w głowie, gdy zastanawiałeś się kiedyś nad swoją karierą?

  • Myślę o tym wszystkim nie tyle jako o karierze, co o życiu. Z tej perspektywy to bardzo interesujące, móc pracować w różnych miejscach na świecie. Uwielbiam tę część pracy aktora. Tyle, że postrzegam takie szanse nie jako kolejne aktorskie szczeble, a życiowe osiągnięcia. Nie tylko dla mnie, ale i dla mojej rodziny. Czasami, gdy udaje się na plan, biorę ze sobą dzieci, które dzięki temu zbierają doświadczenia z różnych krajów i przekonują się na własne oczy jaki świat potrafi być różnorodny.
Mogą mieć też lekcję historii, bo ostatnio zdarza ci się wcielać w prawdziwe postaci.
  • Odgrywanie postaci, bazujących na prawdziwych osobach potrafi być naprawdę interesujące. Początkowo staram się o nich dowiedzieć tak dużo jak tylko mogę, by później wymazać to wszystko z mojej głowy. Najzwyczajniej o tym zapomnieć. Skupiam się na tym, by stworzyć swoją wersję tej osoby. To właśnie aktor robi każdego dnia.

Czy zatem takie role są dla ciebie bardziej pociągające?
  • Niekoniecznie, chociaż akurat mam za sobą taki etap, gdzie zdarzało się to rzeczywiście dość często. Wcieliłem się przecież w rolę Pablo Escobara w serialu Netfliksa „Narcos”, zagrałem prawdziwą postać w „Wasp Network” Oliviera Assayasa. Niedawno wyreżyserowałem też film opowiadający o brazylijskim rewolucjoniście Carlosie Marighelli. Powiem szczerze, że jako aktor najbardziej lubię te momenty, gdy czuję, że mogę być wolny. Kiedy portretujemy czyjeś życie, spoczywa na nas naprawdę duża odpowiedzialność. W przypadku „Wasp Network” nie dążyłem nawet do tego, żeby spotkać się z moim pierwowzorem. Z bardzo prostego powodu, nie chciałem narzucać sobie dodatkowej presji, ani mieć poczucia, że ktoś będzie ode mnie oczekiwał czegoś konkretnego. Czułem na sobie wystarczający ciężar. W przypadku wcielania się w fikcyjne postaci jest zupełnie inaczej. Wydaje mi się, że z perspektywy aktora znacznie łatwiej. Mamy dużo większą dowolność, możemy zrobić co chcemy z tą postacią. Gdybym musiał wybierać, to chyba wolałbym zrzucić z siebie tę odpowiedzialność, o której wspomniałem.

Wspomniałeś o filmie „Marighella”, który był twoim reżyserskim debiutem. Czy to doświadczenie zmieniło w jakiś sposób spojrzenie na aktorstwo?

Tuż po tym jak wyreżyserowałem „Marighellę” wyprodukowałem też film dla Netfliksa „Sergio”, który za jakiś czas powinien pojawić się na platformie. Szczerze? Jako aktor poczułem wtedy poważny kryzys. W obu tych przypadkach, ale zwłaszcza w pierwszym, gdzie było to intensywniejsze, miałem poczucie, że to, co dali mi moi aktorzy było wręcz niesamowite. Z pozycji obserwatora zdałem sobie sprawę jak wyrazisty i potężny może być w swojej roli aktor. Pomyślałem wtedy, że ja nie jestem aż tak dobry (śmiech). Chyba jeszcze nigdy nie doświadczyłem takiej wdzięczności, jaką wtedy odczuwałem. Kiedy kończyliśmy daną scenę, byłem autentycznie wzruszony. Miałem poczucie, że ja do takiego poziomu pewnie nie dojdę. Obserwowałem wcześniej oczywiście moich kolegów na planie, ale to było co innego, bo byłem wtedy w samym środku tego całego zamieszania. Tutaj miałem pewien dystans, by spokojnie przyjrzeć się ich warsztatowi i pracy. Zawsze byłem fanem dobrego aktorstwa. Dla mnie polega ono przede wszystkim na dawaniu, pokazywaniu części siebie w ramach danej roli. Czasem nawet tej swojej odsłony, której za wszelką cenę nie chcemy zdradzać.

Czy masz zatem jakichś aktorów, na których się wzorujesz?
  • Z tej perspektywy ważnym doświadczeniem był „Wasp Network”, który kręciliśmy na Kubie. Francuski reżyser Olivier Assayas dał mi unikalną możliwość współpracy z latynoskimi aktorami, których uwielbiam: Gaelem Garcíą Bernalem, Édgarem Ramirezem, Aną de Armas czy Penélope Cruz. Każde z nas pochodzi z innego miejsca, ale wywodzimy się z tej samej kultury. Premiera filmu odbyła się na festiwalu w Wenecji i to że byliśmy tam wszyscy razem urosło do rangi politycznego przesłania. Zwłaszcza w kontekście tego jak Latynosi traktowani są dzisiaj w Stanach Zjednoczonych i jakie podejście ma do nich Donald Trump. Dla mnie, nie tylko jako aktora, ale i człowieka było to wspaniałym przeżyciem. Kiedy byliśmy na Kubie udało mi się spotkać Javiera Bardema, który przyjechał odwiedzić Penelope (są małżeństwem – przyp. aut.). Mogę szczerze powiedzieć, że on jest aktorem, którego od dawna bardzo podziwiam. Na pewno jest dla mnie jednym z ważnych wzorów.

Wspomniałeś o polityce, której zresztą sam nie unikasz, mając bardzo wyraziste poglądy. Czy filmy, w których występujesz czegoś cię uczą w tej materii?
  • Zdecydowanie. Podam przykład związany właśnie z pracą na Kubie. Jestem człowiekiem o poglądach lewicowych, więc patrzę na tę wyspę w bardzo romantyczny sposób. To kraj niezwykle złożony, dużo bardziej niż nam się wydaje. Zresztą moim zdaniem w ogóle odnosi się to do rzeczywistości, która nie jest najczęściej czarno-biała. A tak lubimy ją definiować. Będąc tam na miejscu, z osobami zaangażowanymi, takimi jak Gael czy Édgar wiele rozmawialiśmy o polityce. Chociażby w kontekście tego co działo się w Wenezueli czy Brazylii pod prezydenturą Jaira Bolsonaro. Na pewno te doświadczenia wzbogaciły mnie jako człowieka. Lubię patrzeć na to, co zrobiłem, nie przez zawodowej kariery, ale życia. Zupełnie szczerze, nie kieruje się w swoich wyborach pieniędzmi czy wizją potencjalnego sukcesu. Decyduję się na daną rolę, jeżeli mam przekonanie, że wniesie to coś do mojego życia i dzięki temu się rozwinę jako człowiek.
Dlatego postanowiłeś, że twoim reżyserskim debiutem będzie mocno politycznie zaangażowany „Marighella”? Chciałeś też tym filmem odnieść się do aktualnej sytuacji w Brazylii?
  • Do pewnego stopnia na pewno. Nad tym filmem zacząłem pracę w 2013 roku, niedługo po tym, jak pojawiła się biografia Marighelli. Pomyślałem wtedy, że może to dobry moment, by opowiedzieć historię ważnej osoby z mojego kraju, która od dawna mnie interesowała. Od kiedy pamiętam fascynowały mnie bowiem ruchy wyzwolenia, jakie działały w Brazylii. Nie tylko te zrodzone przeciwko dyktaturze, ale także te znacznie starsze, sięgające początków Brazylii. Wydaje mi się, że mój film bardzo zyskał na aktualności z chwilą, gdy do władzy doszedł Bolsonaro. Musimy pamiętać, że produkcja będzie widziana zawsze oczami ludzi, żyjącymi w danym momencie. Gdybym zrobił go w 2013 roku byłby zupełnie inny, podobnie jakby powstał za pięć lat. Kontekst w przypadku dzieła filmowego zawsze ma duże znaczenie.

 

Czy kiedy postanowiłeś, że aktorstwo to za mało i chcesz spróbować sił także za kamerą podpatrywałeś reżyserów, z którymi miałeś przyjemność współpracować?
  • Na pewno wiele z nimi rozmawiałem i prosiłem o rady. Co ciekawe, każdy zwracał uwagę na coś innego, ale w większości były to ważne i przydatne rzeczy, które później mogłem wykorzystać podczas pracy. Nie pamiętam już kto powiedział mi takie słowa, że reżyserowanie to ćwiczenie z frustracji i żebym był na to przygotowany. To rzeczywiście była cenna rada, bo nie zawsze przecież dostajesz to, co chcesz i trzeba radzić sobie z tym, co przynosi ci los. Wyreżyserowanie filmu było dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Czułem szczęście i ekscytację, choć wcale nie było łatwo. Kiedy czegoś nie wiedziałem, po prostu pytałem. Byłem otoczony przez ludzi, z którymi wcześniej pracowałem już wielokrotnie jako aktor, co znacznie wszystko ułatwiało. Czułem, że wszyscy gramy do jednej bramki i chcemy opowiedzieć tę samą historię.
Twój reżyserski debiut miał premierę podczas ubiegłorocznego festiwalu w Berlinie, gdzie okazał się jednym z większych wydarzeń. Miał potem trafić do brazylijskich kin, ale tak się nie stało, ponoć z uwagi na polityczne naciski. Jak się z tym czułeś?
  • A propos tego co wcześniej powiedziałem – bardzo sfrustrowany. Mógłbym powiedzieć, że obecny brazylijski rząd jest przeciwko kulturze, ale w zasadzie oni są przeciwko wszystkiemu. Środowisku, ubezpieczeniom społecznym i tak mógłbym długo wymieniać. Premiera przesunięta jest na późniejszy czas, ale gdybyś mnie zapytał, czy jestem pewien, że się w ogóle odbędzie, to powiedziałbym, że mam poważne wątpliwości.
Rozmawiał Kuba Armata