Co kształtuje kobietę?

Co kształtuje kobietę?
Lubię patrzeć na kobiety. Na te przechodzące przez przejście dla pieszych, te czekające na autobus, siedzące w samochodzie obok na światłach, czy stojące w sklepowej kolejce przede mną.

Lubię patrzeć na kobiety. Na te przechodzące przez przejście dla pieszych, te czekające na autobus, siedzące w samochodzie obok na światłach, czy stojące w sklepowej kolejce przede mną. Ogólnie, my – kobiety, lubimy się przyglądać swoim koleżankom, konkurentkom, towarzyszkom, a niekiedy i partnerkom. Choć częstokroć brakuje nam odwagi, by przyznać się do analiz nad innymi kobietami. A co tak analizujemy? Między innymi siłę, która emanuje z przedstawicielek płci pięknej. Oczywiście nie mam na myśli tej fizycznej, choć patrząc na niektóre przypadki to i te fizyczne możliwości bywają imponujące, czasem wręcz zatrważające. Podziwiamy i zazdrościmy im: niezależności, pewności siebie, determinacji, wielokrotnie wyrachowania, liczby zaliczonych przypadkowo facetów, braku wyrzutów sumienia, asertywności, umiejętności zarządzania, ale i wydawania pieniędzy(często nie swoich).

„Umieramy bogaci w kochanków i plemiona, w smaki, które przełknęliśmy, w ciała, w które się zanurzyliśmy i z których wypłynęliśmy jak z rzek mądrości, w postacie, na które się wspięliśmy jak na drzewa, w strachy, w które się pochowaliśmy niczym w jaskiniach…”. Wtedy, jako dzieciak nie miałam bladego pojęcia, o co w tym chodzi. Dziś wiem, za każdym razem inaczej tłumacząc sobie.

 

W opozycji do tego, by w naturze zachowana została równowaga, obserwujemy również inną grupę tzw. „miłych dziewcząt”. Te miłe to takie które, nigdy nie mają złych dni, zawsze mówią, kiedy świat nam się wali ,że:” będzie dobrze”( choć trzeci rok powtarzają drugi semestr na swojej uczelni ). Rzucone przez facetów, bo były za dobre, służą na każdym kroku pomocą i cieszy je najdrobniejszy szczegół jak to, że tramwaj przyjechał na czas, czy że udało im się zrobić „gotowe” tiramisu z przepisu zawartego na pudełku.

Zastanawiające jest to, jak kobiety bardzo różnią się os siebie. Skąd te różnice? Co jest powodem i źródłem? Oprócz tego, że genetyczne i środowiskowe uwarunkowania, tu ukłon w stronę rodziców. I pomimo tego, że nie zastanawiamy się nad tym, to właśnie przeszłość, a konkretnie dzieciństwo i okres dojrzewania, do których wielokrotnie wracamy pamięcią, ukształtowały nas, kobiety. Te wyrachowane i te „przesłodzone”.

Oprócz tego, że każda z nas chciała być kopciuszkiem, księżniczką czy chociaż następczynią Tiny Turner w jaśniejszym wydaniu, to zapachy, osoby, miejsca i smaki i wydarzenia pamiętamy najbardziej. Kiedy uciekamy od tej okrutnej dorosłości, w której trzeba zapłacić kolejny rachunek za mieszkanie, zmienić koło w samochodzie, złożyć zeznanie roczne czy kupić żarówkę, przypominamy sobie, jakie to wspaniałe było dzieciństwo i jak wiele nauczyła nas przeszłość nawet ta najbardziej odległa. I to, jakie jesteśmy to w dużym stopniu „jej” zasługa.

Będąc małą dziewczynką podpatrywałam u rodziców w pokoju film, którym zawsze tak bardzo się zachwycali. Aż pewnego dnia, już legalnie, bez chowania się, podglądania i zbędnych wykrętów mogłam za ich zgodą oglądnąć to dzieło. Nie był to bynajmniej żaden erotyk, choć wtedy tak mi się wydawało. I choć dzisiaj, w tak bardzo wyzwolonych czasach można jedynie pomyśleć, że czymże jest taki filmik, to wtedy zrobił na mnie wielkie wrażenie. A mowa tu o „Dirty Dancing”. Słodycz Baby, głównej bohaterki i gorące ruchy, (nie tylko w tańcu) Patricka Swayze sprawiły, że oprócz długoletniego zachwytu miałam wytyczone plany na przyszłość. Oprócz tego, że chodził mi po głowie lot do wielkiego Hollywood, na pamięć znałam układ taneczny z „Wirującego seksu” i mocno wierzyłam, że zostanę tancerką i tak z tymi planami wytrwałam do liceum. Kiedy to na jakimś szkolnym przedstawieniu zatańczyłam z kolegą. Wtedy zrozumiałam, że jedyne, co potrafię opanować do perfekcji to mylenie kroków. I ponownie pojawił się dylemat: nie umiem tańczyć, czy mam kiepskiego partnera? Jedno i drugie odeszło w niepamięć, choć płyta z filmem ciągle zajmuje honorowe miejsce na półce, a słysząc w radiu piosenkę z filmu nucę ją uśmiechając się sama do siebie. Co najważniejsze nauczyłam się, że nie ma rzeczy niemożliwych.

We wszystkim ważna jest motywacja. A w kwestii motywacji największą rolę odgrywają ludzie, bez względu na to, czy są oni nam przychylni, czy też nie. Kiedy byłam dzieckiem wszystko było cudowne, kolorowe a przede wszystkim łatwe! Pamiętam czerwoną szminkę mojej babci. To jedno z tych wspaniałych wspomnień dzieciństwa. I mimo upływu czasu, czerwona szminka zawsze jest w mojej torebce. Właściwie, jedna – w torebce, druga – w domu. Po co? Bo kolor ten to pewność siebie. Kiedy babcia malowała usta czerwoną szminką w moich oczach prezentowała się, jako kobieta z klasą. Dziś to ja maluję usta czerwoną szminką, kiedy mam gorszy dzień. Inni zamykają się w czterech ścianach, umawiają ze znajomymi, piją wino w samotności, a ja po prostu, ot tak zwyczajnie mam swój „dziecinny” sposób. Bo wtedy wraca to, co kolorowe i cudowne. I jest znowu łatwiej.

Lata dzieciństwa i dorastanie uczą odpowiedzialności, kształtują w nas pewne wartości i ideały. Może nie we wszystkich, bo niektórzy uparcie się bronią przed tym praktykując młodzieńczy bunt. Ja na bunt byłam za leniwa. Postawiłam na ideały i wstąpiłam do harcerstwa. Mundur był dla mnie, jak teraz najlepsza sukienka. Wtedy, dzięki mundurowi takich książąt w tygodniu miałam sześciu, w niedzielę trzeba było odpocząć i określić wszystkie za i przeciw. Nauczyłam się dyscypliny. Warty nocne podczas obozów, apele poranne, porządki w wojskowych namiotach robiły swoje. Nie marudziłam jak dziś, kiedy sushi nie smakuje, wtedy zachwycałam się zupkami w torebkach, do tego stopnia, że kiedy wszyscy w domu zajadali się rosołem ja wybierałam tak zwaną zupkę chińską. Rozkoszując się chwilą. Pojęłam, czym jest samodzielność i odpowiedzialność za innych ludzi. Stopnie pozostały wraz z mundurem w szafie. Bo kiedyś będzie jeszcze okazja, by go założyć.

Na ogół pamiętamy to, co dobre, po co rozpamiętywać złe. Lubimy przecież pójście na łatwiznę. Kiedy jest się beztroskim dzieciakiem, a jedynym problemem są połamane kredki czy i bajka pojawi się o odpowiedniej porze, nie zastanawiamy się, co będzie w przyszłości. Bo przecież, czymże jest przyszłość. Nie wiemy, czym się to je i czy w ogóle się jadalne. Ale pojawia się pierwsza miłość. Młodzieńcza miłość jest czysta, wręcz idealna, ta pierwsza to doskonałość wśród doskonałości. Nawet jeśli potem tracimy, z jakiegoś powodu, ukochanego człowieka, miłość w nas zostaje. Taka miłość uczy tego, by nie udawać i nie bać się mówić o swoich uczuciach. Od tamtej pory w portfelu noszę kartę z cytatem: „Umieramy bogaci w kochanków i plemiona, w smaki, które przełknęliśmy, w ciała, w które się zanurzyliśmy i z których wypłynęliśmy jak z rzek mądrości, w postacie, na które się wspięliśmy jak na drzewa, w strachy, w które się pochowaliśmy niczym w jaskiniach…”. Wtedy, jako dzieciak nie miałam bladego pojęcia, o co w tym chodzi. Dziś wiem, za każdym razem inaczej tłumacząc sobie.

Każda z nas ma takie fragmenty z dzieciństwa, które złożyły się na to, jakimi kobietami jesteśmy. Nie wyzbywajmy się wspomnień z tamtego okresu. Choć czasami patrząc na zdjęcia w stroju muchomora, myślimy: „O Boże! jak mama mogła nam to zrobić?”. Bo, to dorastanie jest częścią nas. Nieważne, czy pamiętamy czerwoną szminkę, czy też lentilki, gumę mambę czy pierwszą płytę Michaela Jacksona. Wtedy wydaje nam się, że zawojujemy świat. Dużo dziecięcej naiwności zostaje w nas, dzięki czemu potrafimy jeszcze marzyć i walczyć, bo nie ma nic piękniejszego niż dziecięcy upór. Nie ma nic złego w tym, jeśli trochę naszych dziecięcych wspomnień przenosimy do dorosłego życia. Oczywiście wszystko z umiarem. Bo choć „kiedy byliśmy dziećmi, mówiliśmy jak dzieci i myśleliśmy jak dzieci” to jednak nie warto się wyzbywać wszystkiego, co dziecinne. I bez względu na to, czy jesteśmy blondynkami, brunetkami czy rudymi, chudymi czy grubszymi, w okularach czy bez, złośliwymi czy pokornymi łączy nas jedno-wszystkie mamy wspomnienia.

Karolina Telega