Co drugi wybór – czyli lepsze działanie niż jego brak [Harel]

Matka Potrzeba - czyli na smyczy do telefonu [Harel]
Rusza mnie nasilona ostatnio dyskusja o zrównoważonej modzie i rozsądnych zakupach. Rusza bardzo. Słucham i czytam o doświadczeniach różnych osób, które postanowiły wytrwać w niekupowaniu i wciąż spotykam z podobną refleksją. Że chcieli, że mogli, ale w pewnym momencie nie wyrabiają i coś jednak sobie kupić muszą. Czy to źle? Nie oceniam, zresztą sama o sobie wiem, że nigdy nie przestanę, bo zbyt dużą radość mi to sprawia.

 

Jednak po wysłuchaniu kilku mądrych osób na pewnym bardzo interesującym panelu dyskusyjnym w ramach festiwalu Vogue, zaczęłam zadawać sobie pytanie, co w takim razie mogę zrobić. Aleksandra Waś, założycielka Wearso Organic, jednej z pierwszych ekologicznych marek odzieżowych w Polsce, mówiła, że jeśli co drugi nasz wybór będzie zrównoważony, to już mamy połowę sukcesu. Tych słów się chwyciłam mocno i postanowiłam działać.

Zaczęłam od kosmetyków. Choć byłam pewna, że w kosmetyczce mam same etyczne wybory, bo przecież kupuję w Europie, a tu od 2013 roku nie wolno sprzedawać kosmetyków testowanych na zwierzętach, gdy zaczęłam sprawdzać marki, okazało się, że nawet w jednej czwartej nie spełniają tego podstawowego kryterium.

 

Skąd owo kryterium przyszło?

W sumie z dnia na dzień zadecydowałam, że nie chcę używać nic, co przysporzyło choć promil cierpienia jakiejkolwiek żywej istocie. Czy noszę skórzane rzeczy? Owszem. Czy jem mięso? Sporadycznie, ale tak. Dlaczego więc padło na kosmetyki? I dlaczego nie uważam tego za hipokryzję? Bo jest to właśnie taki „co drugi wybór”, czyli lepsze działanie niż jego brak.

W poszukiwaniach bardzo mi pomogły dwie wspaniałe kobiety, które od dawna walczą o lepsze jutro: Ewa z Happy Rabbit i Kasia z Pink Mink Studio. Obydwie aktywnie działają w internecie na swoich stronach i kanałach społecznościowych, prześwietlając marki kosmetyczne, które komunikują się jako wolne od okrucieństwa. „Komunikują się”, a nie „są” – to istotna różnica, o której – dzięki wyżej wspomnianym – było mi dane się dowiedzieć bardzo szybko.

I która mocno mnie rozczarowała. Bo oto czasy, w których wiadomości rozchodzą się z prędkością niemalże równą światłu. Nie minął nawet tydzień od mojego oświadczenia na Instagramie, a już zaczęłam otrzymywać propozycje współpracy od różnych firm kosmetycznych. Każda z nich zapewniała, że produkty nigdy nie były testowane na zwierzętach.

Gdy jednak zaczynałam drążyć temat, czyli na przykład pytać, czy dany składnik kosmetyku również jest wolny od okrucieństwa albo czy koncern na całym świecie respektuje ten przepis, następowało albo milczenie, albo wycofanie się z propozycji. Nieliczne proszą o cierpliwość, by zebrać odpowiednie dokumenty. Cieszy, że poważnie podchodzą do sprawy, ale jednocześnie dziwi, że nie mają takich informacji dostępnych od ręki. Polski dystrybutor często może nie wiedzieć. A skoro inni nie pytają, to nie stara się do sedna dotrzeć.

Dzięki Ewie i Kasi wiem, że znaczek z uśmiechniętym króliczkiem, symbol „cruelty free”, tak naprawdę niewiele znaczy.

Kryteria jego nadawania są bardzo szerokie. A to, że produkt nie był testowany na zwierzętach, niestety nie oznacza, że ingrediencje są równie niewinne. Albo że jego azjatycki odpowiednik również nikomu nie przysporzył cierpienia na etapie powstawania. Wkręciłam się w stronę Logical Harmony, prowadzoną przez Tashinę Combs.

Tu można poznać wszystkie światowe marki działające etycznie, a także te, których należy unikać. Można się też nieźle zdziwić. Nie będę zdradzać nazw, nie chciałabym przysparzać wydawnictwu kłopotów. Znajdziecie je bez problemu i zapewne zdziwicie równie mocno. O ile w ogóle Was to obchodzi. Czy musi? Nie. Bo może na przykład wolicie zadbać o to, by nie kupować kosmetyków w plastiku. Albo uważacie, że lepsze testy na zwierzętach niż na ludziach. Wolność wyboru, wiadomo.

Bez względu na to, co postanowimy zmienić, jedno jest pewne. Świadomość przyjdzie i tak, a kompulsywne zakupy przejdą do historii. Oto ja w drogerii, wpatrzona w ekran telefonu, poszukująca informacji na temat genialnego tuszu, który właśnie jest w promocji. Oraz kremu, który zlikwiduje moje wszystkie zmarszczki w dwa tygodnie. Jeszcze miesiąc temu stałabym z pełnym koszykiem przy kasie.

A dziś? Nie znalazłszy odpowiedzi, wychodzę z pustymi rękami oraz postanowieniem, by najpierw zużyć wszystko, co zalega na łazienkowych półkach. Przecież nie wyrzucę. To by było najbardziej okrutne.

 

Harel