Cierpienia młodego hejtera [Harel]

Matka Potrzeba - czyli na smyczy do telefonu [Harel]
Kilkanaście lat w sieci nauczyło mnie jednej rzeczy przede wszystkim. Nie da się tak pisać, żeby każdego uszczęśliwić. Jest to niemożliwe, a każdy, kto próbuje, polega na całej linii. Nie miałam pojęcia, że tak jest, wiadomo. Przez pierwsze miesiące, a nawet lata blogowania, dość często pojawiała się myśl, że chyba robię coś nie tak. Skoro tylu osobom się to nie podoba i skoro tyle z nich ma czas i ochotę się tymi wrażeniami ze mną podzielić.

 

Bywało świetnie, bo mogłam się czegoś nauczyć albo zwrócić uwagę na coś, co przegapiłam. Ale bywało masakrycznie, bo nagle dowiadywałam się, że tak naprawdę uprawiam najstarszy zawód świata, a każdą wydaną z siebie literą ten fakt przypieczętowuję.

Albo że piszę o szmatach, gdy świat cierpi. Albo że powinnam zrobić torebkę z własnego psa, a dopiero potem pisać o wyrobach skórzanych. I tak miałam szczęście, bo jakimś dziwnym trafem zwykle omijano w komentarzach moją fizyczność, skupiając się na ułomnościach warsztatowych czy tematycznych. Wow! Nie dość, że chętni do pisania, to jeszcze wiedzą, gdzie najmocniej zaboli!

Gdy zaczynałam, słowo „hejt” nie istniało.

Owszem, zdarzały się internetowe trolle (niektóre naprawdę elokwentne, tu pozdrowienia dla Czułego Wojtka), ale nawet one miały dość jasne zasady moralne. Im więcej czasu spędzaliśmy w internecie, tym zaczynało się robić gorzej. W pewnym momencie każda co bardziej znana blogerka, wystawiając się na światło dzienne, dawała tym samym pretekst do słów najgorszych i najbardziej obraźliwych.

Bo przecież skoro się publicznie pokazuje, to musi być przygotowana na „konstruktywną krytykę”. Bywało zdziwienie, bywały łzy, wątpliwości, blokowanie komentarzy. Obserwowałam z niemałym współczuciem te działania, zastanawiając, jak bardzo trzeba się nudzić, żeby siedzieć praktycznie non stop na stronach czy profilach tych dziewczyn i stukać w klawiaturę bez opamiętania. Wiemy już, że takie działania prowadzą do ostateczności.

Kto sprytniejszy, ten się usprawiedliwia, że on przecież tylko wyraża swoje zdanie. I w porządku, można mieć zdanie odmienne, jeśli wyrazi się je na poziomie, może to nawet prowadzić do interesującej dyskusji. Czy jeśli prowadzi do łez, to znaczy, że adresat jest przewrażliwiony?

 

A może jednak słowa nie zostały dobrane z odpowiednią starannością i kłują jak szpilki?

Sporo się obecnie mówi o krytyce i „hejcie”, gdzie kończy jedno, a zaczyna drugie. Obawiam się, że tych granic nie da się do końca ustalić. Może dlatego tak wielu „hejterów” potrafi fantastycznie uzasadnić swoje działania. A teraz dzielnie walczy przeciwko „językowi nienawiści”, choć jeszcze parę tygodni temu biegle nim władało.

Co sezon znajduję w sieci swoje „guilty pleasure”, czyli, rozwijając to zgrabne angielskie określenie, rzecz, która sprawia mi przyjemność, chociaż troszkę też wpędza w poczucie winy. Od kilku miesięcy to instagramowy profil @diet_prada. Jedni mówią, że to „hejt” w najczystszej postaci. Inni są pod wrażeniem wiedzy i elokwencji prowadzących, którzy wciąż pozostają anonimowi.

Właśnie stuknął im milion obserwujących, magnetyzują demaskującymi i poddającymi w wątpliwość kreatywność nowych projektantów porównaniami z ikonicznymi momentami w modzie, grożą palcem tym, którzy przeginają w dążeniu do celu. Najsłynniejsza ostatnio sprawa to reklama chińskiego pokazu Dolce & Gabbana, który w rezultacie afery się nie odbył.

Państwo z @diet_prada jako jedni z pierwszych wytknęli niczym niedający się usprawiedliwić rasizm produkcji. Nawet jeśli „hejt” zwalczają „hejtem”, czasem udaje im się osiągnąć coś dobrego. Nie chciałabym wyciągać wniosków, że to jedyny sposób działania. Chociaż gdy widzę, co się dzieje, czasem też mam ochotę z niego skorzystać. Dlaczego ten język tak się rozpanoszył? Może wszyscy nauczyliśmy się go rozumieć lepiej niż inne? Dziś nie chcę mieć racji.

 

Harel

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *