Biżuteria zrodzona z intuicyjnego buntu

Biżuteria zrodzona z intuicyjnego buntu
David Zagdoun Photographe

Jowita Doroszko opowiada o swoich wywrotowych projektach jubilerskich, które tworzy w Paryżu, o podbijaniu Instagrama i wielkiego świata mody, a także o tym, dlaczego ludzie mylą jej dzieła ze sztuczną inteligencją – rozmawia Rafał Stanowski

Biżuteria zrodzona z intuicyjnego buntu 1

Zacznę od nietypowego pytania – czy ty palisz?

– Tak,  ale tylko w przyjemnych okolicznościach: na imprezach, podczas spotkań z przyjaciółmi, bardziej jako rytuał niż nałóg.

Wiesz dlaczego pytam – Twój najbardziej znany projekt biżuteryjny to papieros wykonany ze złota i emalii, który zrobił prawdziwy szał na Instagramie. Jak narodził się ten szalony pomysł?

Biżuteria zrodzona z intuicyjnego buntu 2

– Fascynuje mnie estetyka papierosa jako obiektu kulturowego – coś pomiędzy glamour, buntem i autodestrukcją.

Fascynują Cię też inne nietypowe dla biżuterii koncepty, jak ogórki kiszone, które zamieniłaś w eleganckie wisiorki… Jesteś ich fanką?

– Oczywiście, że je uwielbiam. Kojarzą mi się bardzo emocjonalnie i bardzo po polsku – z latem na wsi u babci, z kiszeniem ogórków w dużych słojach, z moją mamą, która też je kocha. Myślę, że mają w sobie coś bardzo słowiańskiego, codziennego i nostalgicznego. Lubię przedmioty i symbole, które są banalne, ale jednocześnie mocno zakorzenione w pamięci.

Twoje projekty wywracają do góry nogami pojęcie klasycznego luksusu. Skąd w Tobie ta fascynacja skrawkami codzienności?

– Interesuje mnie napięcie między tym, co banalne, a tym, co cenne. Luksus przez lata był związany z dystansem, perfekcją i niedostępnością. Ja wolę luksus emocjonalny: rzeczy, które mają charakter, humor, czasem nawet pewną niewygodę. Codzienne obiekty są dla mnie bardziej intymne niż klasyczne symbole luksusu. Papieros, ogórek kiszony czy pudełko na jajka to rzeczy, które każdy zna, ale nikt nie spodziewa się zobaczyć ich wykonanych technikami haute joaillerie. Lubię ten moment zaskoczenia.

Mieszkasz i tworzysz w Paryżu – stolicy haute couture, diamentów z Place Vendôme i tradycyjnej elegancji. Jak paryska ulica, z wszystkimi jej kontrastami i zderzeniami kultur, wpływa na Twoją wyobraźnię?

Biżuteria zrodzona z intuicyjnego buntu 3

– Paryż i jego śródmieście są dla mnie nieustannym kontrastem. Z jednej strony bardzo klasyczne i eleganckie, z drugiej brudne, chaotyczne, pełne przypadkowych sytuacji i silnych osobowości. Właśnie to mnie inspiruje.

Kebaby, obskurne kafejki, całodobowe sklepiki, kioski z pamiątkami, „tabac” na rogu ulicy… a kilka minut dalej Place Vendôme, Cartier, Champs-Élysées czy Louis Vuitton. Uwielbiam to napięcie między luksusem a dynamiczną codziennością. W Paryżu jest też ogromna wolność estetyczna. Można wyglądać bardzo elegancko i jednocześnie kompletnie nieprzewidywalnie.
Jak to się stało, że znalazłaś się w stolicy mody? Przypadek, plan, a może przeznaczenie?

– To właściwie całkowity przypadek. W latach 90. moja mama wyemigrowała do Francji, szukając lepszego życia, i zabrała mnie ze sobą. Dorastałam na przedmieściach Paryża, w Seine-Saint-Denis, czyli słynnym „93”. To było wtedy serce francuskiej kultury hip-hopowej i jednocześnie miejsce, gdzie spotykały się kultury z całego świata. Moi przyjaciele pochodzili z Maroka, Algierii, Portugali czy Turcji… W takim krajobrazie się wychowałam. Później trafiłam do prywatnego liceum w 6. dzielnicy, tuż obok Jardin du Luxembourg bardzo bogatej, intelektualnej części Paryża, kojarzącej się z Saint-Germain-des-Prés, filozofią i literaturą. Kontrast między blokowiskami, z których rano wyjeżdżałam, a tym światem był absolutnie ogromny. Myślę, że to właśnie zbudowało moją wrażliwość.

Biżuteria zrodzona z intuicyjnego buntu

Zanim zaczęłaś prowokować formą, odebrałaś bogate wykształcenie w prestiżowych szkołach ENSAPC i École Boulle. Jak uczy się tradycyjnego, wręcz technicznego jubilerstwa ktoś, kto zamierza łamać zasady? Czy miałaś tam pod górę z uwagi na swoje wywrotowe pomysły?

– Aby naprawdę łamać zasady, trzeba je najpierw bardzo dobrze poznać. Techniczne wykształcenie dało mi ogromną wolność, bo dziś mogę realizować nawet najbardziej absurdalne pomysły na bardzo wysokim poziomie wykonania. Oczywiście nie zawsze byłam „łatwą” studentką. Bardziej interesowało mnie przesuwanie granic niż reprodukowanie klasycznych kodów jubilerstwa, które wydawały mi się często bardzo sztywne i estetycznie nudne. Miałam jednak szczęście spotkać ludzi, którzy pomogli mi rozwinąć własny język i skonkretyzować pierwsze projekty już po ukończeniu École Boulle.

W swoich kolekcjach wykorzystujesz bardzo trudne, tradycyjne techniki, jak emaliowanie grand feu czy odlew na wosk tracony. Jak wygląda ten kontrast w praktyce, gdy techniki godne muzealnych eksponatów stosujesz do tworzenia… wisiorka z motywem kiszonym ogórkiem?

– Ten kontrast najbardziej mnie interesuje. Uwielbiam sytuacje, w których bardzo szlachetna technika służy do stworzenia czegoś pozornie absurdalnego. To trochę tak, jakby traktować codzienność z taką samą powagą jak królewskie klejnoty. Wisiorek w kształcie ogórka kiszonego wymaga dokładnie tyle samo precyzji i czasu co bardziej klasyczny projekt dla domu jubilerskiego typu JAR czy Cartier.
Dziś emalia grand feu jest techniką coraz rzadziej używaną, ponieważ wymaga ogromnej cierpliwości i wielu lat nauki. Tym bardziej fascynuje mnie używanie jej do obiektów, które z pozoru wydają się lekkie albo ironiczne tak jak wisiorek TABAC.

Biżuteria zrodzona z intuicyjnego buntu 4

Twoje projekty bywają opisywane jako „niepokorne”. Gdzie dla Ciebie osobiście przebiega granica między prowokacją, sztuką współczesną a luksusem? Czy ten bunt jest zaplanowany czy spontaniczny?

– Nie próbuję prowokować dla samej prowokacji. Bardziej interesuje mnie tworzenie napięcia i emocji. Dla mnie luksus nie musi być grzeczny, bo to byłoby po prostu nudne. Może być ironiczny, niewygodny, nawet trochę absurdalny. Jeśli moje projekty wywołują reakcję albo uruchamiają rozmowę, to znaczy, że żyją. Kiedyś się zastanawiałam, czy luksus musi być nadęty i nudny? Czy po prostu nie możemy się trochę pobawić i pożartować ? Ten „bunt” jest bardziej intuicyjny niż strategiczny. Naturalnie ciągnie mnie do rzeczy, które wymykają się kategoriom i właśnie dlatego wydają się wolne.

Twoja biżuteria jest w 100% unisex. Czy uważasz, że tradycyjny, sztywny podział na modę damską i męską ostatecznie przeszedł już do historii, a współczesny klient szuka po prostu wolności i wyrażenia siebie?

– Tak, myślę, że coraz mniej ludzi chce być definiowanych przez sztywne kategorie. Dla mnie biżuteria jest dziś bardziej formą ekspresji niż symbolem statusu czy płci. Od początku chciałam tworzyć obiekty, które przyciągają osobowości, a nie konkretną grupę genderową. Najciekawsze jest dla mnie to, jak różne osoby interpretują ten sam projekt. Moja biżuteria jest przede wszystkim po to, żeby ją nosić i żyć z nią – nie tylko po to, żeby była dekoracją do sukienki.

Biżuteria zrodzona z intuicyjnego buntu 5

Twoją zawieszkę-papierosa nosi ikona francuskiego stylu Lou Doillon, a marka ma globalny zasięg na Instagramie. Kto dzisiaj najchętniej sięga po Twoje projekty? Czy zależy ci na wsparciu gwiazd czy traktujesz to jako miły dodatek w pracy?

– To bardzo różni ludzie… artyści, muzycy, osoby związane z modą czy kinem, ale też ludzie, którzy po prostu mają odwagę nosić rzeczy z charakterem. Ostatnio klientem został Tyrone Dylan, muza Ricka Owens’a… Jest to mile i dodaje wiary w to, co się od kilku lat ciągnie i rozwija. Mam klientkę, która stała się wręcz kolekcjonerką mojej biżuterii, ma ponad 70 lat. Bardzo lubię takie momenty, bo pokazują, że moje projekty trafiają bardziej do pewnej wrażliwości niż do konkretnego wieku czy środowiska.
Oczywiście miło jest widzieć moje projekty na osobach takich jak Lou Doillon, bo to kobieta z bardzo silnym stylem i osobowością. Ale nigdy nie budowałam marki wokół celebrytów. Najbardziej cieszy mnie moment, kiedy ktoś naprawdę naturalnie identyfikuje się z moim światem.

Żyjemy w erze fast fashion, ale Ty konsekwentnie stawiasz na małe serie, pracę własnych rąk w paryskim atelier i etyczne podejście. Jak trudne jest dziś – z biznesowego punktu widzenia – płynięcie pod prąd masowej produkcji? Piszesz, że ludzie często mylą się, traktując Twoją biżuterią jak wytwór sztucznej inteligencji. Co sądzisz o AI?

– To zdecydowanie trudniejsza droga, ale dla mnie jedyna sensowna. Nie interesuje mnie produkowanie dużych ilości przedmiotów bez duszy. Ręczna praca, małe serie i lokalna produkcja oznaczają wolniejsze tempo, ale też większą jakość i autentyczność. Myślę, że coraz więcej ludzi zaczyna tego szukać. Jeśli chodzi o AI, fascynuje mnie jako narzędzie, ale nie jako zastępstwo dla ludzkiej wrażliwości. To zabawne, że ludzie czasem myślą, że moje projekty są wygenerowane przez sztuczną inteligencję. Może dlatego, że balansują gdzieś pomiędzy realizmem a absurdem. Ale właśnie fizyczna praca rąk, materiał, ciężar metalu i pewna niedoskonałość są dla mnie najważniejsze. Zastanawiam się czasem, czy AI byłoby w stanie naprawdę wymyślić złotego papierosa albo korniszona jako biżuterię.

Gdybyś miała ubrać w jeden ze swoich projektów postać z dowolnego filmu, książki lub epoki historycznej – kto by to był i co by od Ciebie dostał? Czy byłaby to np. Maria Antonina z nowej wersji filmu Sofii Coppoli?

Biżuteria zrodzona z intuicyjnego buntu 6

– Mam ich właściwie bardzo wielu w głowie. Mogłabym zrobić biżuterię zarówno dla Albert Einstein, Marie Curie, Clinta Eastwooda, jak i Frédérica Chopina czy nawet Jezusa Chrystusa. Interesują mnie osobowości bardzo radykalne, ikoniczne, trochę samotne ludzie, którzy stworzyli własny język i własny świat. Uwielbiam też estetykę przesady i dekadencji, dlatego filmowa Maria Antonina również byłaby idealna!

Jesteś na rynku od 2021 roku i zdążyłaś już stworzyć bardzo wyraziste DNA. Co jest Twoim celem dla marki Jowita Doroszko na najbliższe lata? Gdzie chcesz być w 2030?

– Chciałabym dalej rozwijać markę bez utraty jej wolności i charakteru. Interesuje mnie tworzenie coraz bardziej wyjątkowych obiektów, rozwijanie savoir-faire i współprace z ludźmi ze świata mody, sztuki czy designu. Nie marzę o masowej skali. Bardziej interesuje mnie stworzenie świata z bardzo silną tożsamością. Do 2030 roku chciałabym otworzyć własny butik – miejsce, w którym mogłabym w pełni rozwinąć swój estetyczny świat.

Rozmawiał: Rafał Stanowski

Więcej od loungemag
Wino dla młodych od zbuntowanych
Młodzi, szaleni, spragnieni nowości i troszkę zbuntowani- tacy są twórcy marki Chewing Gum. Zmotywowani,...
Więcej