Bagaż podręczny [Harel]

Mało co mnie tak stresuje, jak pakowanie. Nie zliczę, ile razy w życiu przechodziłam przez ten proces, by u celu podróży odkryć, że połowy potrzebnych rzeczy brak. Za to te niepotrzebne ledwo się mieszczą w walizce. Nawet w etapie wczesnej młodości, gdy człowieka ciągnie na samotną górską wędrówkę, przytłaczałam się zbędnymi kilogramami plecaka, który przewyższał mnie o głowę.

 

Połowa mojej szafy przemierzała beskidzkie szlaki, by nietknięta wrócić do domu nocnym pociągiem (wraz z wyczerpaną dźwiganiem właścicielką). Ile płacimy za nadbagaż na lotnisku? Swego czasu byłam ekspertką. Nie zdołałam odkryć, dlaczego tak jest, zauważyłam tylko, że nie jestem osamotniona.

Pakowanie to klęska na starcie. Nerwy i rozczarowanie. Do ostatnich godzin przed wyjazdem – temat tabu. Lecz nagle, niespodziewanie, zła passa została przerwana. Bo pojawił się taki plan wakacyjny, który naprawdę zbyt dużo miejsca nie uwzględniał. I nie ma, że dopłata, nie ma, że walizka na kółeczkach. Co się nie zmieści, to nie pojedzie. Koniec dyskusji.

Postanowiłam skomponować prawdziwą kapsułową garderobę.

Taką, która będzie mi służyć przez dwa tygodnie i która, w razie potrzeby, będzie dała się szybko wyprać. Na szczęście było lato, a prognozy w miarę optymistyczne, więc wełniany sweter czy ocieplana kurtka mi nie groziły. Pewna dobra dusza, która mi w niedoli miała towarzyszyć, podzieliła się odkryciem fantastycznym.

Otóż japońska marka Uniqlo ma w ofercie linię Airism – przewiewne i szybko schnące ubrania, zajmujące bardzo mało miejsca. Tylko czy aby na pewno potrzebuję kolejnych ciuchów, żeby zabrać jak najmniej? Kuszenie podziałało, pocztą przybyły czarny i biały t-shirt, czarna bluza z kapturem i czarne legginsy.

Już na etapie odbioru przesyłki coś się nie zgadzało. Bo jej waga sugerowała, że w kopercie nie ma nic oprócz powietrza. Okazało się jednak, że wszystko gra i powietrzne słowotwórstwo ma fizyczne uzasadnienie. Gdy dodałam do plecaka dwie sukienki, top na ramiączkach, lekką czarną spódnicę, szorty, bluzkę w paski, kostium kąpielowy, bieliznę, piżamę i japonki, została jeszcze do wypełnienia cała druga połowa.

A mówimy o plecaku z liskiem.

Klasycznym Kankenie, który szwedzkie dzieci od lat siedemdziesiątych noszą do szkoły, a który kilka lat temu podbił serca już wcale nie szwedzkich i wcale nie dzieci na całym świecie. Na sobie zostawiłam czarne dżinsy i białą bawełnianą koszulę. Do tego trampki, apaszkę oraz małą torebkę na telefon i dokumenty.

Na doczepkę spakowany na płasko w specjalnym etui płaszcz przeciwdeszczowy. (Tu podziękowania dla kolejnej japońskiej marki, Muji – w ogóle Japonia mnie podczas tej podróży uratowała w pewnym sensie.) Kluczem do sukcesu była wąska paleta kolorów, minimum wzorów i kroje tak proste, aby wszystko do siebie w miarę pasowało. Tak, by nosić warstwowo w razie potrzeby. Owszem, trochę poćwiczyłam przed lustrem. Ale popłaciło.

Kosmetyczka usatysfakcjonowałaby niejednego „lesswaste’owca”.

Szampon w kostce. Do demakijażu jeden wacik wielorazowego użytku. Jeden krem na dzień i na noc. Puder, tusz i szminka, która świetnie się sprawdzała w roli różu. Mały dezodorant, pasta i szczoteczka. Przyznaję, ze względu na ograniczenia samolotowe, krem do opalania kupiłam na miejscu. Przydał się jako krem do ciała przy okazji. Czy było mi źle? Ani przez chwilę. A ponieważ udało się jeszcze wcisnąć prostownicę, nawet fryzura pozostawała w miarę ogarnięta. Przy tej okazji odkryłam, jak mało kosmetyków potrzebuję.

Resztkę pustego miejsca w plecaku wypełniło piętnaście książek, które miałam w planie przeczytać.

Oczywiście na Kindle’u, bez którego nie wyobrażam sobie podróży, choć jeszcze parę lat temu upierałam się, że akt czytania musi pachnieć papierem i kropka. Przeczytałam zaledwie cztery (polecam Państwu nowego Houellebecqa – wcale nie jest aż tak smutny, jak mówią). Ale to może dlatego, że przez większość czasu napawałam się satysfakcją z logistycznego sukcesu. A poważnie: nie spodziewałam się, że przez dwa tygodnie odpocznę od… myślenia o ubraniach. Jakimś cudem codziennie wyglądałam inaczej. W pewnym momencie rozkręciłam się i zaczęłam szukać nowych zastosowań spakowanych przedmiotów. (Tak, t-shirt Airism może być turbanem, a w szortach od piżamy da się opalać). Wiadomo, byłam na wakacjach, wtedy zawsze jest większy luz z wyglądem. Ale po raz pierwszy w życiu przekonałam się, że naprawdę im mniej ciuchów, tym łatwiej. Czy z doświadczenia skorzystam? Na kolejnych wakacjach na sto procent!

P.S. Tekst tym razem bardzo egoistyczny, bo jak już będzie wydrukowany, wyrwę sobie tę kartkę i zachowam na kolejne podróże. Chociaż może i Wam się przyda?

 

Harel