Archiwum [Harel]

Uwaga, idzie nowe! A może powinnam napisać, że idzie stare? Otwieram najnowszy numer brytyjskiego „Vogue’a”, a tam sesja pełna ubrań z minionych sezonów.

Zaglądam do półrocznika „System” i znajduję współczesne zdjęcia w archiwalnych modelach marek z lat osiemdziesiątych. Z sytuacji bliższych: wystawa poświęcona Barbarze Hoff w Muzeum Miasta Gdyni i zrealizowana na jej potrzeby przez Zuzę Krajewską sesja z użyciem muzealnych eksponatów. Muzealnych, archiwalnych, minionych… Tymczasem żadne z ubrań nie wygląda na przestarzałe. Czyżby nieśmiało wracały czasy, które mają nas inspirować, zamiast dawać gotowe linki do sklepów?

Zapadł mi w pamięć taki obrazek autorstwa Agaty Endo Nowickiej: dwie identycznie ubrane dziewczyny stoją na tle sklepowej wystawy. Na wystawie manekiny, również w tych samych ciuchach. Z ust jednej z dziewczyn wydobywa się komiksowy dymek ze słowami: „Nareszcie otworzyli H&M w Warszawie”. To był rok 2003 i – być może podświadomie – naprawdę cieszyliśmy się z tego, że będziemy wszyscy wyglądać tak samo. Bo jak inaczej określić radość z otwarcia sieciówki, która na całym świecie oferuje identyczny asortyment? Na pytanie „Skąd to masz?” wówczas podawało się nazwę sklepu, dziś śmiało można odpowiadać aktywnym linkiem. I naprawdę wciąż nic w tym złego, ale gdyby tak pójść wspomnieniami nieco głębiej, być może odkrylibyśmy, dlaczego moda tak bardzo i tak często nas męczy.

W czasach naszych rodziców ubrania obdarzało się szacunkiem. W szafie było ich mniej, może wielu rzeczy brakowało, ale brakowało też zaskoczeń typu: „Kiedy ja to kupiłam i dlaczego wciąż nie odczepiłam metki?”. Za nic nie chciałabym wrócić do momentu, w którym po prostu nie było wyboru i zza lady brało się to, co „rzucili”. Z drugiej strony te wystane w kolejce czy upolowane w komisie rzeczy stanowiły swoiste trofea. Skarby, z których noszenia czerpało się ogromną przyjemność. Jakiś czas temu postanowiłam, że nauczę się swojej szafy na pamięć, żeby w końcu przestała mnie zaskakiwać. Pisałam nawet o tym na łamach Lounge parę miesięcy temu. Efekty naprawdę przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Ile ja mam wspaniałych rzeczy, o których kompletnie zapomniałam! Bezwiednie zastosowałam się do rady pewnej dziennikarki mody, której nazwiska niestety nie pomnę. Lata temu sugerowała, by dla zachowania oryginalności stylu nie wkładać nowych rzeczy natychmiast, lecz dać im chwilę, by uniknąć ryzyka spotkania drugiej osoby w tym samym. Oraz – to już dość perfidne – uniemożliwić kolejnym osobom znalezienie naszej pięknej, dajmy na to, sukienki w sklepie.

Teraz to już nie jest takie proste, bowiem różnego rodzaju outlety zaczęły działać pełną parą. Nie mam na myśli tych smętnych zbiorowisk niechcianych przez nikogo odrzutów z kolekcji, ale przepięknie zaprojektowane sklepy, w których naturalną sprawą jest obecność projektów sprzed roku, dwóch lub pięciu. Choćby Ganni Postmodern czy Samsoe Samsoe History w Kopenhadze (Skandynawia tradycyjnie ma nosa do takich przedsięwzięć, bo to miejsca nienowe). W sklepach internetowych wielu marek zdarzają się tzw. „Outlet Days”, podczas których można kupić ubrania z minionych kolekcji może nie za grosze, ale ceny bardzo atrakcyjne. W Sztokholmie (znów ta Skandynawia…) niecałe dwa lata temu otwarto ogromny outlet Afund, w którym znajdziemy stare ubrania m.in. marek z grupy H&M. Wszystko podane tak, by cieszyło oko już w momencie zakupów. Z jednej strony co za różnica, stara czy nowa kolekcja? Znów swoją decyzją przyczyniamy się do zanieczyszczenia środowiska. Z drugiej jednak wolę, by marki szukały nowych dróg sprzedaży zalegających w magazynach towarów, zamiast je palić czy zakopywać.

Nadmiar. Tym słowem będzie się określać mijającą właśnie dekadę. Jestem bardziej niż pewna. I tego już nie zmienimy. Ale być może zmienimy postrzeganie dekady, która według jednych już się zaczęła, a według innych zacznie lada moment (bo ileż to jest, dziesięć miesięcy?). Będziemy się dzielić, będziemy kupować rozsądniej i korzystać z dostępnych od dawna zasobów. Na razie skala jest niewielka. Ale wkrótce nie będziemy mieli większego wyboru. Mam taką, dość okrutną nadzieję.

Harelblog