A może na wakacje do Kirgistanu?


Hondą Civic w Niebiańskie Góry

Drugiego dnia pobytu Suhrob dzwoni do mnie (kupiłem kirgiski starter) aby spytać, czy niczego mi nie brakuje. Przy okazji mówi, że jutro może mnie zabrać swoim samochodem w góry. Oczekuje, że zwrócę mu za paliwo, ale zaznacza przy tym, że nie chce na mnie zarobić – chciałby po prostu poćwiczyć swój angielski. Chętnie na to przystaję.

Następnego dnia rano wyruszamy na południe, w kierunku unoszących się nad miastem ośnieżonych szczytów. Spodziewałem się terenówki, a tymczasem Suhrob przyjechał po mnie nisko zawieszoną Hondą Civic. Kolejną niespodziankę zastałem na tylnym siedzeniu – ma na imię Altynai i jest początkującą ilustratorką.

Obecność dwóch mężczyzn i kobiety w samochodzie jadącym w miejscami bezludne góry jest kolejnym dowodem na umiarkowany wpływ islamu na życie codzienne w Kirgistanie. To nie przeszłoby w krajach arabskich. Altynai jest ubrana w sportowe buty, jeansy i koszulę z długim rękawem. W niczym nie różni się od swoich koleżanek z Europy – oprócz tego, że ma ewidentnie azjatyckie rysy. Jej angielski jest trochę słabszy, niż naszego kierowcy, ale szybko znajdujemy wspólny temat, w postaci ostatniego sezonu „Gry o tron”.

Tien-szan, czyli „Niebiańskie Góry” rozciągają się na przestrzeni 2500 kilometrów, przecinając terytorium aż czterech krajów. Na południowym zachodzie przechodzą w Pamir, tworząc nieprzekraczalną barierę pomiędzy Azją Centralną a Chinami Zachodnimi. Ich niewzruszona obecność jest naturalna jak pory roku. Z Biszkeku nie ma zbyt wielu dróg prowadzących na południe. Kierując się wprost na liczący niemal 5000 metrów wysokości szczyt Siemionowa Tien-Szańskiego, można dojechać do rezerwatu Ala Archa.

Lub do resortu Chunkurchak, który swoją wdzięczną nazwę wziął o spływającej tędy z gór strugi. Wybieramy ten drugi cel.

Po 30 kilometrach kończy się asfalt, ustępując bitej, kamienistej nawierzchni. Wjeżdżamy między pagórki, na których pasą się niezliczone ilości koni, krów, kóz i jaków. Pastwiska nie są ogrodzone, a zwierzęta nie są spętane. Nie schodzą też na noc do gospodarstw. Zastanawiam się, jak w tej sytuacji gospodarze rozpoznają swoją trzodę, która swobodnie miesza się ze zwierzętami sąsiadów. Jest wiosna, więc w stadach jest dużo młodych; niektóre dopiero przyszły na świat.

Na szczytach niektórych wzniesień dostrzegam coś w rodzaju miniaturowych domków. Niektóre są nakryte kopułkami, inne wieńczą wieżyczki, jeszcze inne zaś przypominają odarte z płótna namioty cyrkowe lub ogromne klatki dla ptaków. To słynne „miasta umarłych” – górskie cmentarze, na których spoczywają mieszkańcy okolicznych wiosek. Z trudem namawiam Suhroba i Altynai na podjechanie do jednego z nich. Moi towarzysze wprawdzie wysiadają ze mną z samochodu, ale nie bardzo mają ochotę wchodzić pomiędzy fantazyjnie ukształtowane nagrobki.

Ja tymczasem nie mogę się odkleić od aparatu; z czubków budowli sterczą pręty z przyspawanymi półksiężycami lub gwiazdami, na niektórych zatknięte są rogate czaszki lub pęki piór. Niektóre domki są  pomalowane, inne obłożone ceramicznymi kaflami, na kilku, pamiętających jeszcze sowieckie czasy, można zobaczyć wyblakłe wizerunki zmarłych. Suhrob zaczyna wreszcie mnie ponaglać, więc wracam do auta. Wypytuję o obrządki pogrzebowe i odwiedzanie zmarłych, ale niewiele się dowiaduję. Najwyraźniej europejska koncepcja pamięci o zmarłych jest im zupełnie obca.
 

Jurty z hydromasażem

Droga jest kręta i kamienista, ale nasza Honda daje sobie radę. Po drodze mijamy zaledwie kilka aut jadących w przeciwnym kierunku. Co jakiś czas zatrzymujemy się w celu przepuszczenia stada koni lub bydła, którego szlak akurat krzyżuje się z naszym. W pewnym momencie doganiamy grupę jeźdźców prowadzących kilka koni luzem. Chłopcy na koniach są pewnie w wieku Suhroba, ale raczej nie mają szans na studia.

Kirgiz być może zszedł z konia – jak pisał Ryszard Kapuściński  – pod koniec lat 60. XX wieku, ale tylko w dużych miastach. W Niebiańskich Górach wciąż jeździ w najlepsze na oklep, jedną ręką trzymając wodze, drugą zaś wystukując esemesy. Po godzinie dojeżdżamy do końca drogi. Parkujemy w ośrodku „Supara”, przed kolonią domków stylizowanych na tradycyjne kirgiskie jurty.

Ładnie komponują się z otoczeniem, ale pozory mylą, gdyż w każdym takim domku kryje się nowoczesne wyposażenie; telewizor, internet i wanna z hydromasażem. Na nocleg tutaj, w cenie około 500 zł za dobę, mogą pozwolić sobie tylko biznesmeni z Biszkeku lub turyści z Europy. Zostawiamy samochód i ruszamy dalej na południe pieszo.

Ścieżkę, którą się wspinamy, trudno nazwać szlakiem.

Turystyka nie jest tu jeszcze zbyt dobrze rozwinięta. To raczej trakt wydeptany przez zwierzęta. W mieszanym lesie, przez który idziemy, dominują drzewa iglaste. Pachnie żywicą i ostrężynami – zupełnie jak w Tatrach. Po godzinie dochodzimy do granicy śniegu, który zamiast pojawiać się po trochu, powoli, małymi połaciami, zaskakuje nas znienacka białym całunem. Przed momentem go nie było, a teraz już jest. I jest go dużo.

To oznacza koniec naszej wyprawy. Nie jesteśmy przygotowani do wspinaczki po śniegu, który będzie leżał tu jeszcze co najmniej do lipca. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie z ciągle odległym szczytem Siemionowa Tien-Szańskiego i wracamy do samochodu. Po drodze trafiamy jeszcze na autentyczną kirgiską jurtę, stojącą samotnie w lesie – chyba z myślą o turystach. Zdejmujemy buty i siadamy na ozdobnych matach trzcinowych, którymi wyłożona jest podłoga i ściany od wewnątrz jurty. Sufit nad nami wieńczy tündük– służący do odprowadzania dymu okrągły otwór w dachu jurty, który widnieje na fladze Kirgistanu. Nocą widać przez niego gwiazdy.

Do zmroku jeszcze trochę czasu, ale obiecuję sobie, że nawet jeśli teraz ich nie zobaczę, to z pewnością następnym razem.

Tekst i zdjęcia: Artur Wabik
2 of 2

Więcej od loungemag

Przyłapani na modzie [ dużo zdjęć ]

Czarne kapelusze, ciepłe szaliki, kolorowe czapki czy pastelowe płaszcze – jesień na dobre zawitała...
WIĘCEJ