A może na wakacje do Kirgistanu?

A może na wakacje do Kirgistanu?
Marszrutka stanowi najpopularniejszy i najtańszy środek transportu w państwach byłego bloku radzieckiego – od Lwowa po Sahalin, od Murmańska po Erywań. Od trzech godzin siedzę więc w małym, wypchanym po brzegi busiku pasażerskim, jadącym z Ałmaty do Biszkeku, stolicy Kirgistanu. Miejsca, w którym współczesność spotyka się z przeszłością, a realność przenika się z iluzją.

Dzieci grają w gry na komórkach, rodzice dzwonią, kierowca jedną ręką prowadzi, a drugą wysyła esemesy. Komórki są kluczowym narzędziem w tej podróży. Oczywiście, ja też mam ze sobą swoją. Cóż jednak z tego, skoro nigdzie nie mogę z niej zadzwonić, o internecie już nawet nie wspominając… Tuż po tym, kiedy za oknem zniknęły ostatnie równiny Kazachstanu, a przed nami pojawiły się się pierwsze, niskie jeszcze pasma gór Tien-szan, tuzin pozostałych pasażerów – jak na komendę – wyjął ze swoich telefonów baterie i wymienił kazachskie karty sim na kirgiskie. Jesteśmy jeszcze spory kawałek od granicy, ale na tyle blisko stolicy Kirgistanu, aby kirgiski sygnał wypierał kazachski. Zresztą, po co przepłacać?

Chudożnik z Polszy

Przejście graniczne na rzece Chu wygląda, jakby oba kraje znajdowały się w stanie wojny. Wąski most otaczają zasieki z drutu kolczastego, a pogranicznicy w kapeluszach z szerokimi rondami i z automatami przewieszonymi na szyjach nie mają w zwyczaju się uśmiechać. Wszyscy musimy wysiąść z marszrutki i przejść przez obie kontrole pieszo. Kierowca nakazuje zabrać wszystkie rzeczy osobiste ze sobą.

Stojąc z paszportem w kolejce do kazachskiego okienka, nie po raz pierwszy w trakcie tej wyprawy myślę, że mam dużo szczęścia mieszkając w Europie. Pamiętam, naturalnie, kontynent sprzed otwarcia granic, ale wspomnienie to zdążyło już wyblaknąć. Przedłużające się oczekiwanie na jasnozielony stempelek wydaje mi się dosyć absurdalne. Szczególnie, że kiedy przychodzi moja kolej, Kazachowie niespecjalnie się mną interesują.

Po kilku kwadransach mogę przejść do kirgiskiego okienka – tutaj pada parę dodatkowych pytań po rosyjsku. Rozumiem piąte przez dziesiąte, więc powtarzam tylko „chudożnik z Polszy”, bo to zazwyczaj budzi ogólną sympatię. Po prześwietleniu bagaży i sprawdzeniu w bazie Interpolu dostaję kolejny stempelek, tym razem niebieski.

Ja i kilka innych osób, które nie wzbudziły podejrzeń celników, jesteśmy już po drugiej stronie, ale na marszrutkę przyjdzie nam jeszcze poczekać.

Utknęła w długim sznurze aut po kazachskiej stronie rzeki. W drewnianej budce przy drodze kupuję trochę somów, czyli lokalnej waluty – akurat tyle, ile potrzeba na taksówkę do stolicy. Biszkek leży jakieś 30 kilometrów od granicy, więc pobocze roi się od samochodów, którymi przedsiębiorczy Kirgizi podwożą podróżnych do centrum. Ściskając w ręce plik banknotów z wizerunkiem mężczyzny w futrzanej czapie, rozpoczynam negocjacje.

Pierwsze propozycje są z zasady bandyckie, więc przy odrobinie szczęścia można je mocno zbić. W sukurs przychodzi mi jeden z pasażerów mojej marszrutki, z którym zdążyłem się zapoznać po drodze. Słysząc zaproponowaną przez kierowcę cenę, wybucha śmiechem i od razu mówi, że mogę zapłacić najwyżej połowę. Taksówkarz nie jest specjalnie szczęśliwy, ale otwiera bagażnik i wrzuca do niego mój plecak. Całą drogę wypytuje mnie o Polskę, zarobki, żonę, dzieci, kochanki i tym podobne sprawy. Odpowiadam przy użyciu wszystkich dostępnych mi środków – czyli głównie na migi – pamiętając przy tym, że Kirgizi są w większości muzułmanami.

Spotkanie z Leninem

Położony w Kotlinie Czujskiej Biszkek, znany z map ZSRR jako Frunze, liczy niecały milion mieszkańców. Do połowy lat 90. XX wieku dominowali wśród nich etniczni Rosjanie i Europejczycy. Dopiero po upadku Związku Radzieckiego nastąpił masowy napływ etnicznych Kirgizów, którzy stanowią dziś 2/3 populacji stolicy. Pomimo to, głównym językiem używanym na ulicach Biszkeku, popularnym szczególnie wśród młodzieży, jest nadal rosyjski.

Miasto jest przy tym bardzo kosmopolityczne. Niemal 20 procent mieszkańców stanowią obcokrajowcy, z których duża część należy do korpusu dyplomatycznego. Biszkek jest bowiem główną w Azji Centralnej siedzibą organizacji międzynarodowych takich, jak ONZ czy OBWE.

Stało się tak, ponieważ Kirgistan przez lata uchodził za najspokojniejszy i najbardziej stabilny kraj w regionie. Wizerunkiem tym wstrząsnęła nieco Tulipanowa Rewolucja w 2005 roku i kolejna w 2010 roku, ale od tego czasu w kraju panuje względny spokój. Głównym problemem miasta jest obecnie smog i błyskawicznie postępująca zabudowa wysokościowa. Jedno i drugie z dnia na dzień coraz bardziej zasłania widok na nieodległe szczyty Tien-szanu.

Przed wyjazdem z Ałmaty zarezerwowałem przez Airbnb mieszkanie w centrum Biszkeku, w pobliżu głównej ulicy Chuy.

A w każdym razie taką miałem nadzieję. Próba odgadnięcia, gdzie tak właściwie znajduje się centrum miasta, w oparciu jedynie o Google Maps, jest zawsze nieco karkołomna. W Azji Centralnej, gdzie miasta nie posiadają znanego nam w Europie układu – ulic rozchodzących się promieniście od centralnego placu – jest to jeszcze trudniejsze.

Tym razem jednak trafiłem całkiem nieźle. Moim gospodarzem w Biszkeku jest Suhrob, kirgiski student American University of Central Asia, który całkiem nieźle mówi po angielsku. Jego ojciec pochodzi z Tadżykistanu, zaś matka jest częściowo Uzbeczką, ale Suhrob czuje się Kirgizem. Chętnie opowiada o rodzicach i starszym rodzeństwie, które zdążyło już wyemigrować. Siostra Suhroba pracuje na uniwersytecie w Moskwie, a brat zahaczył się w USA.

Sohrob też chciałby wyjechać – raczej do brata, niż do siostry. Póki co uczy się i zarządza z rodzicami majątkiem brata. Między innymi tym, nie do końca jeszcze umeblowanym, mieszkaniem na 15. piętrze świeżo oddanego do użytku wieżowca, w którym się zatrzymuję.

Ulica Chuy ma 10 kilometrów długości i łączy ze sobą większość atrakcji turystycznych Biszkeku: siedzibę parlamentu, pomnik przyjaźni kirgisko-radzieckiej, gmach muzeum historycznego i pomnik bohaterów rewolucji. W Biszkeku na każdym kroku dziedzictwo kulturowe Związku Radzieckiego zmaga się z nową, kirgiską tożsamością.

 

Najbardziej jaskrawym przykładem jest monumentalny plac Ala Too.

Od niedawna góruje nad nim postać Manasa – bohatera kirgiskiego eposu narodowego. Wystarczy jednak obejść budynek muzeum historycznego, aby z parkowej zieleni wyłonił się pomnik starego, dobrego Włodzimierza Iljicza Lenina z sierpem i młotem na cokole.

Dodatkowo, na tym samym placu stoi maszt z gigantyczną kirgiską flagą, pod którą przez całą dobę pełni wartę honorową dwóch żołnierzy w pełnym rynsztunku. Brakuje już tylko meczetu. Choć i ten znajdziemy w odległości kilku przecznic od placu. Oficjalnie Kirgistan jest państwem muzułmańskim, ale islam przybiera tutaj bardzo umiarkowane formy. Złożyły się na to długie lata radzieckiej ateizacji i dawne tradycje koczownicze, w których główną rolę odgrywał szamanizm.

1 of 2