A gdyby tak zacząć od siebie? [Michał Massa Mąsior]

Gdy próbuję włączyć się  samochodem do ruchu na suwak, zawsze znajdzie się indywidualista, któremu nie odpowiada, że w dobrym guście byłoby mnie wpuścić. Mogę wjechać, ale on lub (wiem, że narażam się na hejt) znacznie częściej ona, koniecznie musi być przede mną. Kiedy próbujemy się jednoczyć jako społeczność, kolektyw czy choćby duet, często dochodzi do sytuacji, w której ktoś próbuje załatwić tylko swoje własne interesy, nie będąc zainteresowanym niczym innym.

Jednocześnie, kiedy idę do sklepu odzieżowego i mam wątpliwość, a sprzedawca próbuje przekonać mnie do wydania pieniędzy, najczęstszą jego podpowiedzią jest – ludzie to biorą. Popularny towar pan wybrał. To zwykle mnie ostatecznie zniechęca do zakupu. Wychodzę więc w starych butach i t-shircie, wsiadam na rower, którym podróżuję kontrapasem i na pierwszym zakręcie walczę o życie.

Bo jadący z naprzeciwka kierowca samochodu postanowił delikatnie ściąć zakręt i nawet nie wie, że zaraz we mnie wjedzie. Zainteresowany jest przeglądaniem telefonu albo rozmową przez niego. I nie ma znaczenia, że jego samochód wyposażony został w zestaw pozwalający bez użycia rąk korzystać ze smartfona. Ten osobnik lepiej czuje się mając wepchnięty telefon między swoje zaciśnięte ramię i ucho.

Staramy się więc być wygodni w chwilach, kiedy należy pomyśleć o innych.

Ścigamy się, kiedy warto odpuścić, a nie próbujemy być oryginalni, gdy taka oryginalność jest ceniona. Nadszedł czas wakacji. Wyjedziemy w wymarzone miejsca, wykonamy w nich tysiące zdjęć. Jak zwykle staniemy z aparatem lub urządzeniem wyposażonym w aparat w miejscach, które każdy chciałby mieć uwiecznione. I niczym japońscy turyści wepchniemy swoje łokcie. Żeby tam, gdzie wszyscy już fotografują, być pierwszymi.

Dostaniemy dziesiątki kadrów, o których zapomnimy, nim cały samolot rozepnie pasy zaraz po zetknięciu z ojczystą ziemią. Nim wszyscy wstaną i zaczną sobie wzajemnie zrzucać bagaż podręczny na głowy. Wszystko w nadziei, że pozycja stojąca z walizką w dłoniach przyspieszy montaż schodków i otwarcie drzwi.

 

Po co nam kiepskie zdjęcie Mona Lisy zza czterdziestu innych ajfonów, skoro można je sobie kupić na widokówce lub w albumie.

Na co setna fota piramid egipskich wykonana w samym środku dnia, kiedy krótkie cienie utrudniają pozytywny odbiór kadru. W tym samym czasie można się rozejrzeć i odszukać inny kontekst, poobcować z zapachami i odszukać siebie w zastanym świecie. Aparat wówczas może być użyty do zobrazowania tego, co widzimy i czujemy, a nie do pogoni za czymkolwiek, do czego już pozostałe 300 osób podnosi swojego iPada… Fotograficznie nie ma sensu uczestniczyć w tym tłumie.

Nazwiska typu Martin Parr naśmiewają się w swojej twórczości z fotografów wakacyjnych. Bo z jednej strony każdy chce podeprzeć krzywą wieżę w Pizie. Albo chwycić piramidę między palce wzorem wszystkich, którzy w tych miejscach fotografują. Oryginalność tego pomysłu jest mniej więcej równa oryginalności Adidasów Marathonów noszonych przez 99 procent dresiarzy. Miesiąc temu namawiałem do skierowania aparatu fotograficznego w innym kierunku, niż wszyscy.

Drążę ten temat, bo świat staje się dużo bardziej konsumencki, niż możemy sobie wyobrazić.

Gonimy za nowinkami technicznymi, nowymi komputerami, telefonami, zegarkami i modnymi ciuchami. Podobnie jak producenci sprzętu, spece od turystyki także czują klienta. Być może w tym roku nie będą już modne zdjęcia z różowym, dmuchanym flamingiem czy jego jednorogim kolegą, a w zamian w dobrym tonie będzie pokazać się z tłem zgliszcz czarnobylskich.

I nie odmawiam nikomu prawa do odwiedzenia Ukrainy. Zadbajmy jednak, by to, co fotografujemy, nie stało się naszą animowaną kocią buźką z facebookowo-instagramowych aplikacji do fotografowania. Trudno zmienić mentalność całego społeczeństwa, można jednak zacząć od siebie. Oryginalność, niepowtarzalność albo zabawa formą to cechy cenione w sztuce.  Warto się inspirować, fascynować albo nawet naśladować. Nie ma sensu jednak ślepo powtarzać wszystkiego, co już powstało milion razy.

Ścigajmy się więc na pomysłowość, oryginalność kadru, a nie na to, kto pierwszy wepchnie łapy przed drugiego. Skończyły się czasy, kiedy zapraszało się na zdjęcia sąsiada, który przy tysięcznej fotografii usypiał na siedząco i przestawał udawać, że go to interesuje. Żyjemy w świecie facebooka, instagrama i szybkich ocen. Trudno jest zachęcić oglądającego do przejrzenia więcej niż dziesięciu zdjęć na raz. Postarajmy się zatem, by został na naszym profilu na 20-30 klatek, po których powie WOW. Inaczej zostaniemy potraktowani jak wakacje all inclusive. Niby fajnie, tylko dlaczego nie wyszedłeś przez dwa tygodnie z hotelu?

 

Michał Massa Mąsior