Podróże kulinarne: Zjeść Alzację

Petite Venice w Colmar
Jeść! Chce mi się jeść. I, co ciekawe, nie że teraz, tylko tak w ogóle. Bo choć trudno o empiryczne dowody, teza, że ‘człowiek żyje, by jeść’, a nie ‘je, aby żyć’ jest mi szczególnie bliska.

Wszystko zaczęło się we wczesnych latach siedemdziesiątych, w miejscowości Kruszyn pod Bolesławcem, jakieś czterdzieści parę kilometrów od niemieckiej granicy. Dziadkowie mieli tam wspaniały, wielki dom. A do tego własne pole, ogród i sad. Wówczas we wsi był tylko jeden sklep geesowski. Zresztą wybór towarów jakie tam sprzedawano, też nie powalał na kolana. A jednak za każdym razem jadąc do dziadków na wakacje, już jako smarkacz wiedziałem, że czekają mnie niebiańskie doznania gastronomiczne. Bo babcia dawała jeść tak, że wszystko inne przestawało się liczyć. W tamtych czasach, zupełnie inaczej niż dziś, ludzie wiele rzeczy robili sami. Komu dziś jeszcze chce się (i ma czas) smażyć powidła, marynować paprykę czy przygotowywać syrop brzozowy? O nie, niestety, nieliczni szczęśliwcy tylko pozwalają sobie na taki luksus. Pozostali są skazani na gotowe produkty o nie zawsze jasnym rodowodzie.

Babcia Zosia wszystko robiła sama. Pamiętam, że w piwnicy tego wspaniałego, poniemieckiego domu była specjalna komórka, gdzie stały setki słojów i butelek z prostymi produktami, gotowymi zaspokoić najwybredniejsze gusta. Co więcej, już jako kilkulatek byłem wciągany w magiczny proceder przygotowywania domowych przetworów. Kto widział pięcioletnie dziecko skubiące kurę, wałkujące ciasto na najcieńszy na świecie makaron lub kręcące ciasto w makutrze? Koniecznie w jedną stronę, bo wówczas lepiej wyrastało. Proszę nie osądzać babci Zosi myśląc, że zmuszała mnie do jakichś katorżniczych prac. O nie. Po skończonej robocie (i w trakcie trochę też) mogłem wszystkiego spróbować, a to było najlepszą nagrodą dla wiecznie głodnego brzdąca, szczególnie wylizywanie do czysta surowego ciasta.

Z tamtych czasów pozostało wspomnienie, a obecnie ewentualnie można sobie kupić produkty oznaczone ‘bio’ lub ‘organiczne’, zapłacić sporo więcej niż za nieorganiczny odpowiednik i próbować się cieszyć. Dlatego cały ten wstęp, tylko po to, aby opowiedzieć o innym miejscu, gdzie do dziś dnia można dobrze pojeść.

Wybraliśmy się na urlop do Francji. Ale spokojnie, spokojnie, żeby nie było tak oczywiste, za cel obraliśmy Alzację, a nie żaden Paryż czy Bordeaux. Ten stosunkowo niewielki region (prawie połowę mniejszy od województwa małopolskiego) jest położony nie tak znowu daleko. Patrząc na mapę, odcinek pomiędzy Krakowem a Strasburgiem, to jakieś niecałe 1150 km, ale calusieńką drogę jedziemy autostradą. I to prawie bezpłatną. Prawie, bo musieliśmy zapłacić parę złotych za ten śmieszny, pożal-się-Boże-kawałek między Krakowem a Katowicami. Realnie więc można tam dotrzeć w jakieś 10 godzin i to z przerwą na odpoczynek i tankowanie.

Przynależność państwowa Alzacji do dziś dnia wielu osobom się myli. Francja to czy Niemcy? Jak ktoś ma w domu odpowiedniego owczarka, to powie Niemcy. Historycznie jednak, od czasów Traktatu Westfalskiego w 1648 roku do roku 1944 Alzacja raz była francuska, raz niemiecka, więc całe zamieszanie jest zrozumiałe. Jednak potem Generał Leclerc zrobił porządek i możemy już raz na zawsze upewnić, że to Francja i basta.

Ale to między innymi dlatego nasza wiecznie głodna czwórka zaplanowała swój urlop tam, a nie gdzie indziej. Kulturowo, językowo (językami urzędowymi są tu francuski i niemiecki), a przede wszystkim gastronomicznie, czerpie Alzacja z obu krajów. A jako że jedzenie zawsze jawi się nam przed oczami w towarzystwie wina, wybór wydawał się ze wszech miar oczywisty. Tym bardziej, że wiedzieliśmy wszyscy, że to kraina rieslinga, muskatu, a przede wszystkim gewürztraminera. Wąskim pasem ścieląc się przy niemiecko-francuskiej granicy, rozciąga się z północy na południe. Od wschodu wzdłuż Renu, a od zachodu otoczona pasmem Wogezów.

Komentarze

Dziękuję za wspaniały tekst o Alzacji.Czytając go widziałam to wszystko oczami wyobraźni 🙂
Cieszę się że za kilka miesięcy zamieszkam w Strasbourgu.
Pozdrawiam

Jeść! Chce mi się jeść. I, co ciekawe, nie że teraz, tylko tak w ogóle. Bo choć trudno o empiryczne dowody, teza, że ‘człowiek żyje, by jeść’, a nie ‘je, aby...
" />