Z zapisków hopstera #tbt

Z zapisków hobstera #tbt
fot. flickr

Bycie celebrytą jest ciężkie. Ciągle gdzieś Cię zapraszają, każą jeść, bawić się, pić alkohol, uśmiechać i myśleć, że jest fajnie. Nie jest. Na szczęście, jak dobrze wiecie, zrezygnowałem z bycia celebrytą na rzecz innego życia. Hopster buntuje się przeciw panującej hierarchii, zasadom i innym tego typu rzeczom. Ja buntuję się podwójnie: za siebie i za innych, którzy nie mają odwagi, by się buntować.

Zbuntowała się i redakcja. Na swój własny, pokręcony sposób. Mi to tam odpowiada – więcej dla mnie. O co chodzi? Chodzi o różne takie i owakie, a w szczególności, że do redakcji przybyły całe zastępy dziewczyn. To miłe, są dosyć młode, na tyle, że jeszcze mleko pod nosem widać, a nie brodę. Brody u kobiet nie lubimy – pamiętajcie.

Na nic to jednak, bo tak naprawdę poszło o coś zupełnie innego. Jak zwykle – o tematykę kolejnego numeru. Kiedy już liczyłem, że przejdzie „sex”, albo chociaż „porno”, czy też „erotyka”, to radosny jak zawsze naczelny powiedział, że ma być tasty. Nie mam pojęcia co to są tasty, nawet nie wiem co to jest jedna tasta, ale najwidoczniej jest to coś ważnego, bo jak stwierdził naczelny, z wtórującym mu obok kreatywnym – ma być smacznie, kolorowo i kurwa zabawnie. Szybko powiadomiłem moich mniej inteligentnych i obytych kolegów, że mówi się pani lekkich obyczajów i ma ona prawa wyborcze, a nawet może mieć umowę o pracę i świadczenie zdrowotne. Do prawdy dziwny to kraj, pełen ludzi, którzy nie wierzą w równouprawnienie.

Z tematu ucieszyła się tylko jedna osoba, zajmująca się działem lansu i baunsu… nie, jednak nie. Ona zajmuje się żarciem. Czyli w skrócie: ta od żarcia, ucieszyła się, że tematem są jakieś tasty. Te tasty okazały się ważne, bo podobno mają coś wspólnego z rzeczonym żarciem. Nadążacie? Ja też nie. No to biorę na stronę tę od żarcia, wyrywam z rąk pączka i coca-colę – ona ciągle coś je, w końcu jest od żarcia. Tym sposobem ta od kultury ciągle ogląda serial albo czyta książkę, a ta od mody chodzi na zakupy. Stąd zebrania redakcyjny są śmieszne.

Wyrywam jej tego pączka i mówię:

– co to jest tasta?

– jaka tasta? Chyba tarta…

– Nie tarta. Tasta. Przecież ten co się ciągle uśmiecha powiedział wyraźnie. T A S T Y – zacząłem literować, bo mogła nie zrozumieć. – No cieszyła się, że taki temat jest. Więc co to jest? Jakieś żarcie?

– Nie ma czegoś takiego jak tasta…

– Musi być. To jak z napojem. Są napoje i jeden napój. Podobnie z tastami. Są tasty i jest jedna tasta. Polskiego się nie uczyłaś?

– Ale tasty to po angielsku.

– Angielski też znam: hałd u ju du. Wystarczy? A teraz mów co to są tasty.

– To przymiotnik.

– Zajebisty…

– Nie, zajebisty to fucking awesome.

– Dobra, nie ucz Jara dzieci robić i języka używać. Ja wiem, co to znaczy to fakin coś tam. Pytam się co znaczy tasty…

– To znaczy: smakowity. Ze smakiem. Taki wiesz…

– No wiem. Beznadzieja! Co ja mam pisać o smakowitych rzeczach?

– Wymyślisz coś, w końcu jesteś Kielmuchem.

Zamyśliłem się i kiwnąłem głową. To prawda, jestem Kielmuchem. I to nie byle jakim, bo tym najlepszym. Krakowskim. Jedynym. Najważniejszym. Miałem plan. Musiałem napisać coś o smakowitych rzeczach i nie miały to być piersi, bo miałem zakaz pisania o nich, jak mój ostatni artykuł nie przeszedł. Nie wiem co oni wszyscy mają do gwiazd porno.

Postanowiłem na chwilę zmienić dział. Zamiast pisać o kulturze i swojej skromnej osobie, jak zazwyczaj, postanowiłem napisać o jedzeniu. Skoro ma być smakowicie, to musi być jedzenie. A skoro jedzenie, to pierogi ruskie. Tylko takie akceptuję i tylko to jest jadalne. Odezwałem się do szefowej działu żarcia, że napiszę o pierogach ruskich.

– Co?! – prawie się zakrztusiła kolejnym pączkiem. Skąd ona je bierze? A! Już wiem! Od naczelnego, on rozdaje wszystkim, żeby było fajnie.

– No, ruskie… pierogi. Takie jedzenie, o tym piszesz, nie?

– Ale pierogi ruskie są nudne… może jakiś befsztyk? Schab po wiedeńsku?

– Jakiemu? Nie. Pierogi ruskie i koniec. Albo odchodzę.

– No… ok… damy Ci jedną stronę.

– Dajesz dwie albo nie mamy o czym gadać.

– To przynajmniej zrób zdjęcie tych pierogów.

– Ja nie robię zdjęć, mam od tego ludzi.

– Kogo?

– Nie wiem, wezmę Jędrzeja.

 

Poszedłem. Postanowiłem zrobić to w sposób uczciwy. To znaczy: odwiedzę kilka knajpek, każdej dam gwiazdki, jak ta od żarcia i powiem, że spoko. Albo i nie spoko, w zależności jak mnie obsłużą. Pierwsza była pierogalnia gdzieś tam, bo nie sprawdziłem ulicy. Ale na pewno na rynku. Znajdziecie ją, a jak nie, to wyślijcie maila, sprawdzę namiary. Pierogi były. Nawet kilka rodzajów. Czy były ruskie? Były. Super. Już ich lubię. Podchodzę do lady.

– Pani da najlepsze, co pani ma.

– Dobrze, jaka porcja?

– No taka dla mnie i Jędrzeja. Taka zdrowa.

– Dobrze. Jaki typ pierogów?

– No mówiłem, że najlepsze.

– Z serem fetą i szpinakiem?

– Czy pani jest niedorozwinięta? Jak pani śmie pierogi sprzedawać! Najlepsze są ruskie. Tako rzecze Kielmuch.

– Dobrze, proszę pana. Już podaję.

Czekaliśmy na zamówienie dobre 20 minut. Ona chyba je lepiła! Nieważne, zgłodniałem już powoli. Jędrzej przygotował aparat, który podkosił jakiemuś azjatyckiemu dzieciakowi. Za chwilę powinna zacząć się wyżerka. Czekamy. Kolejne dwie minuty. W końcu przynosi. Dwa talerzyki, sztućce, i pierogi. Patrzę, moja facjata się uśmiecha, ale…

– Pani zwariowała! – krzyczę na babę, co przyniosła ruskie.

– Nie rozumiem, proszę pana…

– Ile tego tu jest? No niech pani policzy…

– To standardowa porcja, proszę pana.

– Pani, ja tutaj nazywam się Jaro Kielmuch, zwany wcześniej Jarosławem Kielmuchem i ja pani mówię, że ja porcji, gdzie jest 8 pierogów, to jeść nie będę. Albo pani daje tutaj 20 na start plus dolewka gratis albo nie mamy o czym rozmawiać.

– Przepraszam, już naprawiam swój błąd.

– No, ja mam nadzieję.

Czekaliśmy kolejne 20 minut. Znowu musiała je lepić. Na szczęście przyniosła. Ogromne półmiski, pełne pierogów. Ślinka aż pociekła, Jędrzej po oswojeniu się z nowym, chińskim sprzętem, ukradzionym dzieciakowi, zrobił kilka fotek. Zaczęliśmy jeść. Pierogi były dobre. Takie ok., robione ręcznie, nie żadne mrożonki. Babcia Kielmuchowa robiła podobnie, zanim nie trafiła na odwyk. Zjedliśmy całość.

– Jędrzej, jestem pełny.

– Ja też Jaro.

– To dobrze. Idziemy, muszę napisać recenzję tego.

Zaczęliśmy się zbierać. Uśmiechnąłem się do pani ekspedientki i powiedziałem:

– Dobre było. Dziękujemy. Na pewno wrócimy.

– Ale proszę pana…

– Nie, nie musi pani dziękować, wiem, że zobaczenie mnie to był zaszczyt.

– Nie o to chodzi. Pan nie zapłacił…

– Czego nie zrobiłem? – roześmiałem się na głos. Płacić też mi coś. – Pani nie rozumie. Ja tutaj jestem krytykiem kulinarnym. Ja nie płacę, pani się będzie cieszyć, jak dostanie wysoką notę w Longerze. Może gwiazdkę Michaliny przyznamy. To taka kobieta, co rozdaje gwiazdki najlepszym restauracjom. Ja to pani załatwię.

– Ale pan musi zapłacić. Józek, chodź tutaj, klienci nie chcą zapłacić!

Z zaplecze wyszedł największy facet na świecie, gościu ważył chyba 200 kilo i szedł w naszą stronę. Zaczęliśmy z Jędrzejem uciekać. Na szczęście nie dogonił nas, bo był za duży i za ciężki. Nie odwiedziliśmy tego dnia już żadnej restauracji, okazało się, że wszędzie każą płacić. Świat jest niesprawiedliwy. Zawsze na przekór. Na szczęście było smacznie!

 

Joł, wasz hopster Jaro

 

Komentarze

Bycie celebrytą jest ciężkie. Ciągle gdzieś Cię zapraszają, każą jeść, bawić się, pić alkohol, uśmiechać i myśleć, że jest fajnie. Nie jest. Na szczęście, jak dobrze wiecie, zrezygnowałem...
" />