Zanzibar. Wyspa Smaków

Któż z nas nie marzy o gorących promieniach słońca i śnieżnobiałym piasku zamiast śniegu? Któż z nas nie pragnie własnego domku na plaży z widokiem na turkus oceanu – i to w towarzystwie zapachu owoców cytrusowych, intensywnych przypraw i egzotycznych potraw? Jeśli zapomnieliście o wykupieniu wycieczki Last Minute do ciepłych krajów, po przeczytaniu tego tekstu z pewnością tego pożałujecie! O podróży życia, czyli ryżu z goździkami, kokosach prosto z palmy i owocach morza prosto z… morza, opowiada Anna Grzesiak, autorka bloga www.abitepl.blogspot.com.

Jambo! – radośnie przywitali nas tubylcy, kiedy (wreszcie!) wylądowaliśmy na tym skrawku (96 km) raju. Zanzibar. Uderzyło mnie gorące, wilgotne powietrze, przenikające się zapachy, ale przede wszystkim poczułam totalne zmęczenie. Po locie z czterema przesiadkami, zgubieniu bagażu, transporcie w głąb wyspy z Alim – gadatliwym i bardzo przedsiębiorczym Tanzańczykiem – stałam na delikatnym jak jedwab białym piasku i słuchałam szumu oceanu. Miałam niecałe trzy tygodnie na poznanie tej wyspy. Zwiedzanie zaczęłam od wioski, w której wraz z moimi kompanami wynajęłam dom na plaży.

Jambiani jest bardzo urokliwa; znajdziemy tam dosłownie kilka lepianek utworzonych z muszli oraz z tego, co wyrzucił ocean, sklep z tym, co zdaje się pozostało po turystach (używane klapki, stara opona po rowerze, pisaki) i bibliotekę zbudowaną zapewne przez jakąś organizację ratującą dzieci w Afryce (szkoda, że do kompletu nie dodali nauczyciela czytania). Jak się okazało, to turyści są największą atrakcją i źródłem utrzymania wioski. Ogrodnik i rybak – Kongwe – nie znał żadnego języka więc dogadanie się z nim graniczyło z cudem. Kucharz – Mbaraka – również preferował język migowy, a „człowiek od wszystkiego” – Dula – dodawał do każdego angielskiego słówka „i”, np: Bredi (Bread), Fishi (Fish), Goti (Goat). Ta trójka na trzy tygodnie stała się moimi kulinarnymi przewodnikami.

zanzibar

Na Zanzibarze je się to, co dała natura. A trzeba przyznać, że nie skąpiła mu dostępu do produktów, o które my się zabijamy i traktujemy je jak luksus. Krewetki, kraby, ryby, owoce, przyprawy… wszystko to było w zasięgu ręki, kosztowało niewielkie pieniądze i przede wszystkim było świeże.

A teraz zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie bezkresny błękit oceanu, biały jak mąka piasek, słońce ogrzewające twarz, kiedy rano wychodzicie na balkon domku położonego na plaży. Nie przy plaży. Na plaży. Czujecie lekki wiaterek muskający włosy? Promienie słońca pieszczące skórę? To dodajcie do tego jeszcze podkład muzyczny „Feeling good” Michaela Bublé i sami powiedzcie: jak się czujecie? Fantastycznie, co? Tak też się czułam pierwszego ranka, kiedy po nieprzespanej nocy z powodu obaw o zjedzenie mnie żywcem i piejących od szóstej rano kogutów pod oknem, w którym zamiast szyb są tylko moskitiery, stanęłam na tarasie. Było pięknie! Na śniadanie czekał na mnie świeży ananas, banan w kilku gatunkach (jest ich aż 80), wyciskany sok z pomarańczy i naleśniki z limonką. Okazało się, że Dula szybko wyczuł, co sprawia nam przyjemność i przez kolejne dwadzieścia parę dni, codziennie rano, Michael Bublé z piosenką „Feeling good” zwiastował śniadanie na tarasie. Szło zwariować do tego stopnia, że przez kolejny rok nie mogłam słuchać Michaela Bublé, a do dzisiaj ta piosenka przenosi mnie do tych poranków tak sugestywnie, że czuję wilgoć na skórze i słono-słodki smak ananasa w ustach. To jednak jest niewielka cena jaką musiałam zapłacić za spojrzenia Duli pełne nadziei, że zobaczy mój uśmiech na twarzy.

DSC01566

Wycieczki po wyspie zaprowadziły nas w wiele zakamarków. Jako osoby podróżujące na własną rękę, zdawaliśmy się głównie na lokalnych przewodników. Niekiedy płaciliśmy za to frycowe – jak w przypadku wycieczki na plantację przypraw, gdzie wydaliśmy dwukrotnie więcej szylingów w porównaniu z targiem w Stone Town, stolicy Zanzibaru. Dla mnie taka plantacja to jak sklep z butami dla Carrie Bradshaw. Banany, cynamon, gałka muszkatołowa, kardamon, szafran, trawa cytrynowa, goździki, wanilia. Najrozmaitsze kształty, kolory, wonie, smaki i faktury. Chropowate suszone liście, kłącza, korzenie. Zanzibar nazywany jest Wyspą Smaków i daję słowo, że naprawdę nią jest. Nigdy wcześniej nie jadłam tak aromatycznego ryżu (za sprawą goździków), genialnych frytek z czerwonych ziemniaków oraz ich – chyba nie będzie to nadużycie – narodowej przyprawy zwaną masala. Masala to mieszanka ziół i przypraw, znana również w kuchni indyjskiej. Na Zanzibarze dodają ją dosłownie do wszystkiego – również do herbaty. Jedliśmy rybę masala, ryż masala, kozę masala, krewetki masala, jarzyny masala i zaraz po Michaelu Bublé jest to kolejne niezapomniane przeze mnie doznanie, którego smak i aromat będzie prześladował mnie do końca życia.

P1060786

Ulice Stone Town przesiąknięte są rozkładającymi się wszędzie śmieciami. Ich zapach miesza się z dojrzewającymi na słońcu kiśćmi bananów, limonek i cytryn, które dosłownie walają się po ulicach. Duszące powietrze miesza się ze spalinami i wszechobecnymi przyprawami. Jednak największe wrażenie robi targ rybny. Kiedy tam wchodzę, smród dosłownie rozdziera mi nozdrza. Kamienna budowla przykryta blaszanym dachem nagrzanym do niemożliwości pomimo wczesnej pory i zaduch w niej panujący nie zaprasza do środka. Wypatroszone wnętrza ryb, dusze spływające w kałużach krwi, bose, brudne i pokaleczone od kamieni stopy sprzedawców. Prażące się na słońcu kalmary i ośmiornice, mięso tuńczyka i mureny, zwisające płaty. To wszystko trafi na stoły hoteli i restauracji w kamiennych uliczkach stolicy. Smród jest tak wielki, że pomimo kilkunastu minut nozdrza nie są w stanie się do niego przyzwyczaić. Pomimo tego ślinka cieknie na samą myśl o grillowanym tuńczyku i szaszłykach, jakie można zjeść wieczorem na targu pod gołym niebem, mieszczącym się w porcie niedaleko. Nie jest to najbardziej higieniczny sposób odżywiania. Jednak lemoniada robiona z trzciny cukrowej, przepuszczona przez praskę jakiej babcie używały do prania, kusi swoją słodyczą, a każde stoisko to feeria barw i smaków.

Dzień na Zanzibarze zaczyna i kończy się wcześnie. Po dwóch tygodniach pobytu wpadliśmy w rytm życia naszej wioski: żony naszych czarnoskórych kompanów zajmowały się ozdabianiem mojego ciała, Kongwe przynosił złowione przez siebie owoce morza, Mbaraka jeździł na targ po świeże cytrusy, a Dula wspinał się na palmy i częstował mnie kokosami prosto z drzewa. Po czasie człowiek przyzwyczaja się do otaczających go warunków. Nie dziwił mnie już widok mieszkańców wioski siedzących przed czarnym ekranem laptopa wpatrujących się w niego jak zaczarowani. Ani kiedy chodzili w naszych T-shirtach. Przestało mnie również dziwić, że żaden z nich nie ma butów, ale wszyscy mają telefony komórkowe. Zdziwiło mnie natomiast, kiedy pewnego razu przyjechaliśmy zmęczeni z całodniowego wypadu wgłąb wyspy i okazało się, że nie ma prądu, bo jeden z rolników wypalał bananowce i przez przypadek ogień strawił jedyne słupy dostarczające prąd do wioski. „Pole Pole” – powiedział Mbaraka i razem z Kongwe wyciągnęli grilla, na którym usmażyli kraby, krewetki i rybę mierzącą ponad metr. Kiedy zapach rozniósł się po plaży, moje ślinianki zwariowały! Było to najlepsze doznanie kulinarne w moim życiu. Jeszcze nigdy nie jadłam tak idealnie grillowanych owoców morza z zanzibarskim „bredi” i orzeźwiającym sosem z limonki. Jak dla mnie, już do końca wyjazdu, słupy dostarczające elektryczność mogły pozostać spalone. Osiągnęłam zen, „pole pole”, stałam się oceanem spokoju.

Podróżując na własną rękę najbardziej lubię odkrywać miejsca, których nie ma w przewodnikach, zwłaszcza jeśli chodzi o miejsca z jedzeniem. Tak też trafiłam do pewnego Zanzibarczyka, który w swoim mieszkaniu w Stone Town przyjmuje turystów na prawdziwą lokalną ucztę. Miejsce to poleciła mi właścicielka wynajętego przez nas domku na plaży. Pomyślałam sobie, że będzie to bardzo ciekawe doświadczenie – zjeść w typowym zanzibarskim domu. Nie uwierzycie, jak bardzo osobliwe było to przeżycie.

Był wieczór, podjechałam pod drzwi domu położonego na obrzeżach miasta. Zapukałam. Zamiast drzwi otworzyło się okno gdzieś na wysokości drugiego piętra. Wyjrzał z niej ciemnoskóry mężczyzna. Zdziwiona powiedziałam, że jestem z polecenia i chciałabym u niego zjeść. „Tomorrow evening” – usłyszałam i okno zamknęło się z trzaskiem. No dobra – jutro, ale gdzie? Tu? O której to jest „evening”? O tej samej co dzisiaj? Czy później? Ile to kosztuje? Jakie menu? Sama nie wiedziałam, czy w końcu jestem umówiona czy nie, czy zjem, czy to był dobry adres. Jednak ciekawość zwyciężyła i następnego dnia po zmroku stałam pod tymi samymi drzwiami. Z uśmiechem otworzył mi ten sam Zanzibarczyk. Wyciągnął rękę w geście pokazującym, że chce zapłatę i po otrzymaniu banknotu, zadowolony, wpuścił mnie do środka. Do kuchni szło się długim korytarzem, na końcu którego znajdował się duży pokój. W pokoju siedziała matka lub teściowa oglądająca zbyt głośno telewizję, dziecko bawiące się na dywanie i żona, która akurat wieszała pranie. Kiwały głowami z uśmiechem zapraszając do środka. Przy kuchni znajdowała się dobudówka pełniąca funkcję jadalni. Z ulgą zobaczyłam, że siedzą przy stole również inni turyści – z Niemiec i Australii – i mieli dokładnie takie same miny jak ja, co przekonało mnie, że trafiłam w dobre miejsce. Kolacja składała się z trzech dań, jednak najbardziej zapadł mi w pamięć aromatyczny ryż z goździkami. Jak się czułam podczas tej uczty? Wyobraź sobie, że wybierasz przypadkowy adres, pukasz do drzwi i zasiadasz do stołu. Właśnie tak!

Trzy tygodnie spędzone na Zanzibarze przenoszą w zupełnie inny wymiar. Zapominasz o cywilizacji, nie potrzebujesz Internetu, telefonu, nie przejmujesz się, że chodzisz bez makijażu i ekstra fryzury. Tęsknisz za ciepłą bieżącą wodą, szybami w oknach, domem bez piasku i świetle, przy którym wieczorem możesz poczytać książkę. Jest to miejsce sprzeczności, niezrozumiałych zasad, pięknych krajobrazów i bogactwa kulinarnego, z którego będę długo korzystać.

Tekst: ANNA GRZESIAK | zdjęcia: Agnieszka Jędrzczak

Komentarze

Ech 🙂 Wydaje mi się, że byłam w tym samym miejscu, a jednak moje spojrzenie na wszystko było o 180 stopni inne. Nie chcę oceniać czyj sposób podróżowania jest lepszy, bo każdy podróżuje jak lubi. Ale chyba bardziej niż bieda czarnoskórych mieszkańców Zanzibaru bardziej boli mnie ta roszczeniowa postawa turysty tzw. „globalnej północy” i niezwykle płytkie pojmowanie świata…