Jednym zdaniem: wolność wyboru(ów)

wolność wybor(ów)

Przyszedłem na łez ten padół, światem również zwany, we wrześniu (a dokładnie w połowie września) Roku Pańskiego Tysiąc Dziewięćset Osiemdziesiątego Pierwszego; nie minęło nawet dni sto od tego jakże wiekopomnego wydarzenia, gdy pewien smutny Pan w okularach i mundurze pojawił się we wszystkich telewizorach jakie wtedy były i nie dało się zmienić kanału, po pierwsze dlatego, że kanały były dwa: TVP1 i TVP2, po drugie, ponieważ „dwójka” została wyłączona, wielu pewnie trudno będzie w to uwierzyć, ale na tym kończyła się wolność wyboru jeśli chodzi o wybór tego co akurat chcemy oglądać;

dotyczyło to też wielu innych wyborów, na przykład w sklepie można było sobie wybrać ocet z górnej albo dolnej półki, bo oprócz octu na półkach nic innego nie było, smutny Pan obwieścił, że zasadniczo najlepiej zostać w domu i nigdzie nie wychodzić, chyba, że ktoś bardzo chce kupić ocet, tudzież w najlepszym wypadku dostać pałą, a w najgorszym, dostać się na tamten świat (co w tamtych okolicznościach, może wcale nie było najgorsze), tak czy siak jakiś czas później ten smutny Pan został pierwszym Prezydentem Polski (tego wyboru obywatelom również zaoszczędzono, a decyzję podjął ówczesny parlament, z kolei Rząd był zwany „kontraktowym”, no cóż, jakby popatrzeć tak wprost na obecną sytuację Jaśnie-Nam-Panujących, to można mieć wrażenie, że kontrakty i kontakty są dość istotne, a wolność na przykład prasy zależy od tego jak wiele wolności i swobody odczuje w danej chwili prokuratura i ABW, a chłopaki, może to z okazji hucznie świętowanego 25-lecia wolności, a przynajmniej tak mówią w TV, że mamy 25 lat wolności, bo z tego co ja zauważyłem, to owszem od 25 lat nie mamy komunizmu, ale demokrację, z tym, że ta demokracja w wielu miejscach jest betonem PRL-u z demokratycznym lukrem tudzież lakierobejcą pociągniętą po wierzchu, no bo na przykład wspomniani Panowie odwiedzający w środowe (dość późne popołudnie) siedzibę redakcji tygodnika poczuli wolność zwłaszcza od przepisów prawa i zrobili jak mawia mój kolega Waldek: „wjazd na chatę w kominiarkach” (tyle, że bez kominiarek, no ale prokuratorzy w kominiarkach jakoś tak…, no nie, po prostu nie, a Waldek nic nie mówił o opcji bez kominiarek, więc prawem cytatu kominiarki musiały zostać, to znaczy w cytacie musiały zostać), podejrzewam, że gdyby nie dość gęste nagromadzenie dziennikarzy (jak to w redakcji) to sceny przypominały by pewnie te z Psów Pasikowskiego, chociaż elementów kina akcji nie brakowało;

wracając jeszcze do tych wspomnianych hucznych obchodów z okazji których odbyło się mnóstwo różnych kolorowych imprez, koncertów, a nawet zaobserwowałem spot w TV, który był taką niby-spontaniczną-sondą-uliczną (tyle, że nagraną w studio, ulicy nie było nawet z foto-sklepu) z ludźmi (niestety nie ma już programu „Z kamerą wśród zwierząt”, pewnie dlatego, że zwierzęta odmówiły udziału), którzy odpowiadali na pytanie „Co to jest wolność”, jedna z młodych osób (płci żeńskiej) odpowiedziała, że, pozwolę sobie na cytat: Wolność to znaczy, że można robić co się chce, otóż obawiam się, a nawet jestem przekonany, że młodej damie pomyliła się wolność z anarchią, a wszystkim ogólnie pomyliła się wspomniana już demokracja z wolnością, bo wolność, może być w każdym ustroju, nawet w monarchii, załóżmy, że mamy sytuację idealną: mądrego władcę (taki z bajek dla dzieci, np. o Gumisiach), który władzę postrzega jako służbę Krajowi i Narodowi, a Naród płaci należne Królowi podatki, dzięki czemu Król może utrzymywać armię, budować drogi, mosty i wszystko inne co potrzebne w Kraju jest, a wszyscy żyją sobie w pokoju, spokoju i harmonii ze środowiskiem naturalnym, owszem, nie można iść do wyborów i zmienić Króla, ale w ostatnich wyborach udział wzięło niecałe 24%,

co oznacza, że ponad 75% uprawnionych do głosowania korzystanie z wolności zasadniczo nie interesuje, chyba, że jak wspomniana młoda dama uważają, że wolnością jest robienie co się chce, czyli na ten przykład nie chodzenie do wyborów, owszem, zasadniczo mają takie prawo i mogą z tej wolności korzystać (a w zasadzie nie korzystać) ile wlezie, tylko czemu potem narzekają, że politycy tacy są, jacy są, że prawo jest bez sensu, że firmy się nie da prowadzić, że podatki za wysokie, że to, że tamto, ale jak trzeba ruszyć jaśnie wielmożne cztery litery raz na czas w kierunku urny to przecież po co, w związku z czym na efekty długo nie trzeba czekać, w parlamencie mamy całą partię zwolenników idei róbta co chceta oraz legalizowania wszystkiego, czego efektem jest to, że normalna rodzina (już niedługo pewnie nie można będzie tak mówić, tylko używać politycznie poprawnego sformułowania: tzw. model tradycyjny),

no więc żeby dostać miejsce w przedszkolu wspomniana rodzina, która składa się z męża, żony i dzieci, musi wziąć rozwód, żeby dziecko dostało miejsce w przedszkolu, bo ilość punktów jakie dostaje dziecko rodzica samotnego za sam fakt bycia dzieckiem rodzica samotnego jest wyższa niż maksymalna suma punktów jaką może otrzymać dziecko, które ma mamę i tatę, którzy pracują, płacą podatki w miejscu zamieszkania itp., obecnie jestem ojcem dwójki dzieci i wolności do posiadania dzieci w Kraju nad Wisłą nie ma (o rodzicach, którzy mają kilkoro dzieci nie wspominając), z kolei efekty wychowywania w wolności w Europie Zachodniej można było ostatnio zobaczyć na żywo, jak baba z brodą (tyle, że to nie była baba, tylko chłop przebrany za babę), któro wygrało (ani która/wygrała, ani który/wygrał nie pasuje) Europejski konkurs piosenki (a kiedyś ten konkurs wygrywały m. in. ABBA), swoją drogą całe to głosowanie przez telewidzów przeczy trochę idei, że kto otrzyma najwięcej głosów ten wygrywa, chociaż poniekąd jakby się nad tym zastanowić, to wybory nad Wisłą trochę są podobne, bo na kogo byś nie głosował, to i tak na Wiejskiej zawsze lądują Ci sami, może w różnych konfiguracjach, czasem też różnych barwach klubowych, ale zasadniczo cały czas to prawie ten sam zestaw, więc może jednak to wina tego, że cały czas głosują Ci sami (tzw. betonowe elektoraty), z niewielkim marginesem tych, którzy głosują w myśl zasady, może nie będzie lepiej, ale na pewno będzie śmieszniej, a cała reszta nie dokonując żadnego wyboru wybiera status quo, a jak wygląda sytuacja każdy widzi, najzabawniejsze jest to, że obecni u steru Panowie i Panie, którzy zastanawiają się jak to się stało, że się nagrało nie tłumaczą się z tego, co zostało nagrane, tylko szukają tych, którzy nagrania zrobili, twierdząc, że to były prywatne rozmowy i że to zbrodnia, grupa przestępcza i trzeba z tym walczyć, a teraz uwaga, będzie cytat:

„Jestem poruszony zawartością tych taśm. Dziękuję dziennikarzom, za wspieranie demokracji poprzez ujawnienie kompromitującego przypadku skandalicznej korupcji politycznej. (…) Miliony Polaków mogły poznać dzięki tym nagraniom kulisy kuchni politycznej kompromitującej obecny rząd”.

nie, nie Prezes Jarosław, ani nikt z opozycji, te słowa wypowiedział obecnie nam panujący Premier Donald Tusk w roku 2006 po słynnej aferze taśmowej z Renatą Beger w roli głównej, wracając do zbrodniczego podsłuchiwania, tak, jest paragraf zabraniający używania podsłuchu, tyle, że po pierwsze żyjemy w czasach, gdy informacja jest jednym z najdroższych „surowców”, po drugie (jakby nie zauważyli niektórzy) technika jest tak zaawansowana, że zmontowanie podsłuchu nie stanowi problemu dla dwóch pryszczatych nastolatków z technikum elektronicznego mających dostęp do internetu i komputerowego składu złomu, po trzecie, skoro wiadomo, że Amerykanie podsłuchują wszystkich i wszędzie, a potem zawsze znajdzie się jakiś Snowden, który o tym chętnie opowie (o takich portalach jak WikiLeaks nie wspominając) trzymanie języka na wodzy będąc politykiem jest raczej oczywistą oczywistością, po czwarte skoro ktoś podsłuchiwał przez ponad rok członków rządu, to co do stu piorunów robił przez ten czas BOR, bo z tego co kojarzę skrót oznacza: Biuro Ochrony Rządu, więc chyba powinien chronić Rząd (a więc i jego członków) m. in. przed podsłuchami, po piąte, i tutaj jestem bardzo ciekaw jak się z tego bohaterowie nagrań wytłumaczą, bo wiadomo już na pewno, że za kolację Sikorskiego z Rostowskim zapłacono z pieniędzy publicznych (czytaj: naszych-cholera-jasna-podatków, a dokładnie naszych-cholera-jasna-podatków, które poszły na MSZ), z kolei Marek Belka zapłacił za kolację z Sienkiewiczem służbową kartą NBP, który od razu się tłumaczył (NBP znaczy się), że pieniądze były z funduszu reprezentacyjnego, czyli nie z publicznych, co nie zmienia faktu, że obie kolacje były służbowe, więc i rozmowy nie były prywatne, zwłaszcza te prowadzone przy kolacji na nasz koszt, ale co wolno wojewodzie, to co dopiero ministrowi… kropka.
<nbsp;>
Adrian Suszczyński
Skargi i wnioski: adrian.suszczynski@gmail.com

Komentarze

Przyszedłem na łez ten padół, światem również zwany, we wrześniu (a dokładnie w połowie września) Roku Pańskiego Tysiąc Dziewięćset Osiemdziesiątego Pierwszego; nie minęło nawet dni sto od tego jakże wiekopomnego...
" />