Włodek Pawlik: Staram się być biurokratą

Rok temu sam nie przypuszczał, że po otrzymaniu nagrody Grammy za płytę „Night in Calisia” jego jazzowe nagrania wstrząsną rynkiem muzycznym w Polsce i za granicą. Tuż przed występem na największym festiwalu jazzowym w Polsce – Lotos Jazz Festiwal Bielska Zadymka Jazzowa w Galerii SFERA, Włodek Pawlik opowiedział nam, czy można przewidzieć popularność, dlaczego sztuka jest niesprawiedliwa i jak firma Steinway&Sons, zajmująca się ręczną produkcją fortepianów, wpłynęła na brzmienie jego najnowszej płyty.

Anna Rzepka: Nie mogłabym od tego pytania nie zacząć, choć nie jestem pewna, czy Pan nie jest tym tematem już nieco zmęczony. A mianowicie Grammy. Przypomniało mi się, co Wisława Szymborska mówiła o swoim literackim Noblu, a dokładniej o tym, jak nie mogła go znaleźć, bo włożyła do którejś szuflady. Jestem ciekawa, gdzie stoi Pana statuetka Grammy?

Włodek Pawlik: Moja statuetka nie zmieściłaby się w szufladzie (śmiech). Jest w opancerzonej gablocie w Muzeum Instrumentów w Poznaniu, dostępna dla wszystkich zwiedzających. Zainteresowanie moją wygraną doprowadziła do tego, że dyrekcja wspomnianego muzeum zaproponowała mi właśnie taką formę prezentacji. Uważam, że jest to godne miejsce, najlepsze z możliwych. Statuetka jest bardzo piękna, ciężka i w sumie kosztowna… Cieszę się, że wszyscy mogą ją obejrzeć.

Minął rok od tego wydarzenia, co się zmieniło?

Można powiedzieć, że jest to lawinowe zainteresowanie moją muzyką i mną samym, nie tylko na polskim i europejskim rynku, ale także w Japonii i Stanach Zjednoczonych, gdzie wręczono mi tę prestiżową nagrodę. Ma ona ogromną siłę rażenia, z czego wcześniej nie zdawałem sobie sprawy. Już nie dziwię się artystom – głównie amerykańskim, którzy podkreślają w swoich życiorysach fakt jej otrzymania. To bardzo podnosi rozpoznawalność, wpływa na komercyjną stronę życia muzyka – przekłada się na ilość koncertów i zamówień.

W jednym z wywiadów powiedział Pan „Grammy jest zwieńczeniem podejścia do życia: głodno, chłodno, ale swobodno”. Czy nie jest tak, że powoli takie podejście staje się mitem? W obecnych czasach, kiedy istnieje tyle możliwości promocji, współpracy z zagranicznymi artystami, pozyskiwania środków na promocję?

Odpowiadając na to pytanie, mogę mówić tylko o sobie. Uważam, że nie jest to mit. To rzeczywistość osób, które zajmują się kulturą i sztuką. Oglądamy gwiazdy, zachwycamy apanażami, bogactwem, ale zapominamy, że to przywilej mikropromila artystów na całym świecie. Reszta naprawdę nie ma lekko. Sztuka jest bardzo niesprawiedliwa i nie można do końca przewidzieć tego, kto zyska popularność, a ile osób potencjalnie lepiej wyedukowanych i bardziej utalentowanych przejdzie bez echa. Są to dla mnie nadal zdumiewające procesy, sam się czasem dziwię patrząc na siebie. Cytat, który Pani przywołała muszę trochę poprawić po Grammy – może już nie tak głodno, nie tak chłodno, ale cały czas będzie swobodno. Jeśli chcę być artystą wolnym od pokus przywłaszczania sobie dóbr materialnych za wszelką cenę, to muszę mieć tę swobodę. Pieniądze są przy okazji.
Tym bardziej się cieszę, że ludzie chcą słuchać mojej muzyki. To się jakoś samo dzieje. Wydaję płyty, gram koncerty i skoro dostaję Grammy, to nie dlatego, że mam coś do powiedzenia na temat swojej muzyki, tylko dlatego, że słuchacze przyjmują ją z całym sercem i mówią: tak, to jest super, fajnie się tego słucha.

Po otrzymaniu Grammy Pana album znalazł się na 2. miejscu zestawienia najlepiej sprzedających się płyt w naszym kraju. Co jest o tyle zdumiewające, że muzyka jaką Pan wykonuje, nie jest skierowana do szerokiego grona odbiorców. Jazz jest uważany za muzykę trudniejszą w odbiorze, zaliczany przez wielu do tzw. muzyki poważnej.

To zależy, kto tę muzykę komponuje. Jeśli jest nieprzystępna, to znaczy że jest z nią jakiś problem. Nigdy nie komponowałem z założeniem, że będzie nieprzystępna, wręcz odwrotnie. Tworzę dla ludzi, choć oczywiście zakładam, że nie są to przaśne piosenki disco polo. Nie chciałbym odbierać szerszej publiczności prawa do obcowania z muzyką bardziej wyrafinowaną, co nie musi stać w sprzeczności z popularnością. Tworzę muzykę dla wszystkich, być może dlatego znajduje się ona w czołówce sprzedaży, niezależnie od kontekstu gatunkowego.

Choć o gustach się nie dyskutuje, chciałabym zapytać czy Pana zdaniem na gust można wpłynąć edukacją?

Oczywiście, że tak. Jestem z pokolenia, gdzie edukacja muzyczna na szczeblu podstawowym stała na bardzo wysokim poziomie. Nie było młodego człowieka, który nie zetknąłby się z wielką spuścizną muzyczną, abstrahując od tego, czy był później muzykiem. Zresztą za czasów PRL-u, do którego tak niechętnie wracamy, konkursy Chopinowskie transmitowane były w telewizji i radiu – jako ważne polskie święto muzyczne. Tak samo z Jazz Jamboree – wielkie imprezy jazzowe w Warszawie docierały do najodleglejszych zakątków Polski, dzięki czemu jazz cieszył się wtedy olbrzymią publicznością. Obecnie media inaczej do tego podchodzą, są w większości komercyjne, chcą po prostu bardzo szybko zarobić, ze szkodą dla bardziej wyrafinowanych form kultury, w tym muzycznej.

Cofnijmy się na chwilę w czasie. Jak wspomina Pan swoje dzieciństwo i okres dorastania? Muzyki nie da się oszukać, musiał Pan dużo ćwiczyć, nie buntował się Pan?

Dzieciństwo, choć może nie to wczesne, było w moim przypadku okresem decydującym. W wieku 13-14 lat, a więc pod koniec szkoły podstawowej, podjąłem dojrzałą decyzję, że chcę być muzykiem zawodowym. Miałem już za sobą ośmioletnią edukację muzyczną pod okiem profesora od fortepianu. Moi rodzice byli zawodowymi muzykami, więc urodziłem się i wychowałem w muzycznej rodzinie. Można wręcz powiedzieć, że muzykę wyssałem z mlekiem matki. To było moje naturalne otoczenie – chodziłem na koncerty, wyjeżdżałem z rodzicami, kiedy koncertowali, towarzyszyłem im na próbach. Mam nawet takie zdjęcie, na którym miałem 5 lat. Oczywiście nie poznaję się na nim, choć czasem mam wrażenie, że od tamtej pory właściwie nic się nie zmieniło! (śmiech) Nóżki nie dosięgają mi do podłogi, ale siedzę i gram swój pierwszy koncert na fortepianie.

Wyjechał Pan do Hamburga na kolejne studia. Jak wspomina Pan okres studiów i pobyt zagranicą?

Najpierw muszę wspomnieć o studiach w Warszawie, na Akademii Muzycznej w klasie fortepianu u profesor Barbary Hesse-Bukowskiej – wielkiej, legendarnej pianistki. W Hamburgu kończyłem studia podyplomowe na wydziale jazzu w Hochschule fur Musik. W sumie spędziłem tam prawie 7 lat, najpierw studiując, a później wykonując jazz. Byłem bardzo związany z tamtejszym środowiskiem muzycznym, właściwie to wtedy wszedłem w krwioobieg europejskiej sceny jazzowej. Były to lata 80. i 90. – okres mojej młodości. Sam wyjazd do Hamburga był podyktowany raczej koniecznością niż wyborem. Ciężkie lata w Polsce sprawiły, że wiele osób podejmowało takie strasznie trudne decyzje o wyjeździe. Jako artysta muzyk z dyplomem Akademii naprawdę nie miałbym co robić w naszym kraju, w tamtych czasach. Stąd moje studia w Hamburgu nazwałbym po części emigracją. Był to piękny okres, ale zawsze będę to podkreślał, że połowę serca miałem w Polsce. Dlatego tez wróciłem – mam w sobie jakiś archetyp polskości.

Chyba aktualnie prowadzi Pan wykłady z improwizacji na Uniwersytecie Muzycznym im. Fryderyka Chopina. Jakie znaczenia ma improwizacja w muzyce i w życiu?

No tak, właściwie jestem improwizatorem (śmiech). Jednak gdybym chciał przełożyć improwizację muzyczną na życie, to byłoby raczej nieciekawie. Życie wymaga ode mnie większej staranności, systematyczności i racjonalizmu. Posiadłem umiejętność dobrego gospodarowania czasem, co jest związane z ogromną ilością koncertów i zamówień kompozytorskich. Abym mógł to wszystko zrealizować, muszę twardo stąpać po ziemi. Zobowiązania, które podejmuję to odpowiedzialność i pilnowanie terminów. W radzeniu sobie z tym pomaga mi przychylność mojej żony, bliskich i przyjaciół. Zdaję sobie sprawę z tego, że na scenie mogę być wulkanem emocji, ale schodząc z niej staram się być do bólu systematycznym, wypełniającym swoje obowiązki biurokratą.

Pawlik, materiały prasowe 2

Będąc kompozytorem jest Pan w pracy pewnie 24 godziny na dobę. Co lubi Pan najbardziej w swojej pracy?

Grać, grać! Uwielbiam kontakt z publicznością. To jest szczęście, coś najwspanialszego, czego mogę oczekiwać od życia. Wychodzę do ludzi, ale nie przekonuję ich do niczego. Po prostu siadam do instrumentu i przez godzinę lub dwie oddajemy się wspólnym, dobrym emocjom. Im dłużej żyję, tym nabieram większego przekonania, że jest to najdoskonalsza forma komunikacji. Byłoby cudownie, gdybyśmy spędzali całe życie na koncertach.

Mówi się, że za każdym sukcesem mężczyzny stoi mądra kobieta...

Jest mądra, ładna, dowcipna i to wszystko na raz! (śmiech) Mam dużo szczęścia, bo rzeczywiście świetnie się uzupełniamy. Mamy podobne cechy charakteru, które nam pomagają – nie patrzymy w przeszłość na to, co potencjalnie może odrzeć życie z pięknych, budujących elementów. Przemy do przodu i niezależnie od okoliczności wspólnie wyznaczamy sobie cele i staramy się je realizować. Te nasze cele sprowadzają się oczywiście do tworzenia, bo jesteśmy nie tylko małżeństwem, ale i firmą, wydawnictwem płytowym. Większość naszych ostatnich produkcji jest naszym wspólnym dziełem. Moja żona znakomicie nad tym panuje, jest również świetnie rozeznana w rynku muzycznym. Dzięki temu wszystkiemu jesteśmy osobami niezależnymi – pracujemy bardzo ciężko, ale nasz wysiłek nie idzie na marne. Bywa, że jest nam trudno, ale życie to także pokonywaniem przeszkód. W naszym przypadku z naciskiem na pokonywanie.

Jakie ma Pan plany zawodowe na najbliższą przyszłość?

Trafiła Pani w samo sedno! Dzisiaj w nocy nagrywaliśmy z Trio materiał na moją nową płytę, typowo jazzową. Nowy repertuar, kompozycje, nowe podejście do mojego muzycznego sposobu wyrażania się w muzyce jazzowej. Jesteśmy po dwóch dniach bardzo kreatywnych, ciekawych nagrań w warszawskim studiu. Czeka nas jeszcze jedna sesja i myślę, że na przełomie marca i kwietnia płyta powinna ujrzeć światło dzienne. Muszę podkreślić, że będzie to wyjątkowa produkcja, gdyż dzięki uprzejmości firmy Steinway&Sons mogłem skorzystać z unikalnego fortepianu, limitowanej edycji Arabesque. Na świecie jest ich zaledwie 50 sztuk! Instrument brzmi pięknie, jest bardzo designerski i nieziemsko drogi… Będzie to jedyne w swoim rodzaju nagranie!

Komentarze