Wietnam: Piękny przypadek na skuterze

Kilka lat temu pisząc tekst zapowiadający slajdowisko autorstwa dwóch dziewczyn, które w Wietnamie i z Wietnamczykami na co dzień spędziły kilka miesięcy, dogłębnie przeszukałam internet, by znaleźć nietendencyjne zdjęcie pasujące do tej opowieści. Trafiłam na fotografię idealną do moich wyobrażeń o tym miejscu – proste, drewniane drzwi otworzone na ościerz, wręcz zapraszające do środka, na tle nierówno wyszpachlowanej ściany frontowej domu, pokrytej intensywną żółtą farbą. Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek zobaczę je na żywo. I że znajdę je przez przypadek. To jest właśnie Wietnam. Piękny przypadek.

DSC05296

Miks doświadczeń

Wbrew wszelkim bujnym wyobrażeniom o Dalekim Wschodzie, Kraj Wesołych Liliputów, jak go pieszczotliwie ochrzciłam, nie jest już tym zniszczonym osiemnastoletnią wojną państwem, gdzie Amerykanie zostawili po sobie niewiele więcej niż leje po bombach, które dzieci traktowały za baseny w trakcie monsunowych deszczy. Nie jest też Wietnam, jak mogłoby się pozornie zdawać, ojczyzną tandetnie wykonanego dziecięcymi rączkami kiczu, znanego nam w Polsce jako produkty z etykietką „coś fajnego i niedrogo“. Tak jak każdy ma swoją niepowtarzalną i osobistą podróż, tak i każdy może mieć swój Wietnam. Mój to zupa Pho i naleśniki Ban Cuon, uliczny kołtun zmotany z trąbiących skuterów, drobne kobiety okutane bluzami i maskami w ucieczce przed słońcem prawie w zenicie, uczciwi sprzedawcy traktujący targowanie się jak sport narodowy, komunistyczne poranne newslettery z rozmieszczonych co kilkanaście metrów głośników państwowego radiowęzła, jednosylabowe wyrazy, wieczorna gimnastyka w parku i wszechobecna zieleń. Zestawienie sprzeczności w sąsiedztwie bez wyrzutów sumienia, a przez to wywoływanie odczucia, że inne nie znaczy gorsze. Jak się dobrze pomyśli, to większość z tych wrażeń można mieć za darmo. Często przez przypadek.

Tylko jedna zasada: TBWSDM

Nie powinno się generalizować, lecz nie ukrywajmy tego – kraje azjatyckie funkcjonują w świadomości większości ludzi jako region egzotyczny, dziki, niekiedy wręcz niecywilizowany. Łatwo nieświadomie wykreować równanie swoich wyobrażeń o wzorze: nieznane + inne = niebezpieczne. Nic bardziej mylnego. Wszystkim tym, u których powstał w głowie bodaj zalążek pomysłu o podjęciu się dalekowschodniej wyprawy, rzeknę jedynie – TO NIC TRUDNEGO. Wietnam nie jest wyjątkiem od zasady określonej przeze mnie roboczym skrótem: TBWSDM – czytaj: termin, bilet, wiza, szczepienia, dolary, mapa. Dokładnie tyle wystarczy, by tam dotrzeć. To, co zdarza się na miejscu, często bywa przyjemnym przypadkiem.

Po pierwsze: termin. Za sezon najlepszy do podróżowania w regionie Azji Środkowo-Wschodniej uznaje się okres od października do kwietnia – słońce nie grzeje jak stuwatowa żarówka, deszcze są rzadkością, a temperatura znośna. Od maja rozpoczyna się pora deszczowa, której kulminacja przypada na nasze wakacje – ilość wody z nieba jest nieprzewidywalna, tak samo jak fragmenty dnia, w których nas nawiedza. Podróżowanie poza sezonem ma swoje ogromne atuty jak mniejsze zagęszczenie turystów czy niższe ceny. Trzeba być jedynie elastycznym na zastane warunki. Bywają naprawdę przypadkowe.

Po drugie: bilet. Do Wietnamu można dotrzeć wieloma drogami w zależności od wysokości budżetu i czasu. Najprościej (i zwykle nie najtaniej) wybrać lot bezpośrednio do stolicy Hanoi lub dawnej stolicy Ho Chi Minh, nam znanej raczej jako Sajgon. Warto poszukiwania rozpocząć odpowiednio wcześniej i śledzić nawet kilkanaście portali internetowych (w tym zagranicznych), wszak promocje i oferty specjalne są znakiem naszych czasów. Nie zaszkodzi też sprawdzać bezpośrednio na stronach przewoźników obsługujących loty do różnych krajów Azji przez porty w swoich rodzimych państwach – takie rejsy oferują wszystkie znane linie lotnicze, a do listy wręcz trzeba dopisać Aeroflot, Aerosvit oraz Qatar Airlines, których poziom obsługi pasażerów mile nas zaskoczył. Dla śmiałków rządnych przygód i dysponujących kilkoma wolnymi tygodniami istnieje śmiała, lecz przygodowa wersja – promocyjny lot do Bangkoku w Tajlandii i dotarcie do Wietnamu drogą lądową przez Kambodżę lub morską (bez)pośrednio promem do jednego z portów w Delcie Mekongu. I w obu tych wersjach jest w trochę przypadku.

Po trzecie: wiza. W Ambasadzie Republiki Wietnamu w Warszawie proces ten zajął mi półtorej godziny, a większość czasu spędziłam na czekaniu przed okienkiem, aż Wietnamczyk przede mną skończy rozmawiać z urzędnikiem w swojej sprawie. Formularz można pobrać z internetu – mimo iż nie funkcjonuje w wersji elektronicznej na stronie konsulatu, ambasada honoruje czyste skany znalezione w sieci. Wiza siedmiodniowa to koszt około 150 PLN, zaś dwutygodniowa – 250 PLN. Odpowiednio więcej płaci się za ilość wjazdów do kraju i dłuższy termin. Urzędnicy nie wymagają kopii biletu lotniczego, a jedynie kolorowej paszportowej fotografii. Jeśli ma się szczęście jak ja, to przypadek sprawia, że odbiór następuje w ciągu kilkunastu minut zamiast za kolejnych siedem dni.

Po czwarte: szczepienia. Chuchać na zimne? Tak, ale z głową. Szczepienia, które warto mieć przed jakąkolwiek wyprawą do kraju, gdzie panuje klimat gorący, a flora bakteryjna zdecydowanie różna od europejskiej, zaliczmy trzy podstawowe: zakaźne zapalenie wątroby typu A i B, tężec i polio. I naprawdę jest to wystarczająca dla przeciętnego człowieka dawka zabezpieczająca nasze zdrowie, chyba że twój lekarz zasugeruje ci poszerzenie tej listy. Trzy ochronki, pięć ukłuć i po krzyku.

Po piąte: dolary. Dla zwolenników gotówki to zdecydowanie najbardziej odpowiednia waluta – w większych i mniejszych miastach sprawdza się zarówno wietnamski dong jak i amerykański dolar, różny – jak nie trudno się domyślić – bywa tylko przelicznik. Dla wielbicieli plastikowych kart rada – większość wietnamskich bankomatów pobiera ryczałt manipulacyjny za sam fakt wypłaty, na marginesie – tylko do wysokości 2.000.000 dongów. W tym wypadku więcej, oznacza… taniej.

I wreszcie po szóste: mapa. Nie zawadzi mieć przy sobie sprawdzony, rekomendowany przewodnik, który prócz pięknych opisów turystycznych atrakcji i podrasowanych graficznie zdjęć, będzie także skarbnicą praktycznych informacji z konkretnymi adresami, telefonami, ostrzeżeniami lub rekomendacjami. Ale prawda jest taka, że dobra mapa jako minimalny kierunkowskaz w podróżowaniu, bywa o wiele ciekawszym towarzyszem w wyprawie – część miejsc na niej zaznaczona bywa pomijana w książkowych wydaniach, a i ze szkiców terenu w nich umieszczonych niekiedy nie da się doczytać, czy teren jest „zielony“ czy w charakterze raczej „podmiejski“. Hotel/hostel/gospodę znajduje się prawie że samoistnie na dworcu w gąszczu lokalnych reklamodawców z tabliczkami – a cena jest negocjowalna. O tym, co naprawdę powinno się zobaczyć, najlepiej powiedzą sami mieszkańcy w miejscach mniej wypełnionych turystycznym gwarem. A na co uważać i jak dojechać do kolejnego punktu, ja pytam zawsze tych, którym nie zależy, by na mnie zarobić – przechodniów.

I post scriptum – więcej w tych przygotowaniach zamieszania, niż realnej potrzeby. Ruszamy.

DSC03769

Komu w drogę temu skuter

Kilka lat temu kupiłam z premedytacją czterdziestolitrowy plecak. Bez bocznych kieszeni, z minimalnym kominem, lekki sam w sobie. Z premedytacją, bo gdybym mogła, dla poczucia cywilizacyjnego komfortu woziłabym ze sobą na własnych barkach mały dom. Czterdzieści litrów skutecznie ogranicza i zmuszając do kreatywnej selekcji. A Wietnam najlepiej zwiedza się w ruchu – nożnym, kołowym lub wodnym. Da się od północy, by przez lżejszy dla ludzi Zachodu klimat i z miłą dla oka soczystą zielenią otoczenia stopniowo oswajać się z wysoką wilgotnością i słońcem nad czubkiem głowy, a można też od południa, gdzie kuchnia jest bardziej wyrazista, a ostra opalenizna murowana na wstępie. Ale bezwzględnie na obu wariantach tych tras trzeba zatrzymać się w kilku wyjątkowych miejscach. Na część z nich trafia się przypadkiem. I skuterem.

Pierwszą piątkę otwiera gwar, hałas, trąbienie i neony.Jeśli myślisz, że potrafisz prowadzić pojazd dwukołowy o niskiej pojemności silnika, to prawdopodobnie jesteś w błędzie. Każdego, zaprawdę każdego kierowcę, który stanie na losowo wybranym skrzyżowaniu Hanoi, w pierwszym odruchu ogarnia lęk. Tu nie ma zasad ruchu – tu rządzi dzika technika omijania siebie nawzajem. Jedyną metodą na przetrwanie jest próba zachowania spokoju, umiejętne informowanie innych uczestników sytuacji komunikacyjnej o swojej obecności klaksonem (bez umiaru) i myśl, że przecież to jest naprawdę ciekawe doświadczenie! Nie ma nic co bardziej charakteryzuje to społeczeństwo niż fakt, że każdy ma swój spersonalizowany skuter (ozdabiany, z wzorkami, naklejkami) i spędza na nim dużą część swojego codziennego życia. Hanoi słynie z jazgotu do późnych godzin nocnych, cwanych straganiarzy, najwyższych w kraju cen i wielobarwnych neonów, naćkanych jeden na drugim. Ale to właśnie w Hanoi znajdziemy ukrytą w ogrodach Świątynię Literatury, Muzeum Kobiet Wietnamu, jarmarcznie oświetlone jezioro Hoan Kiem, wodny teatr lalek i niezliczone pagody, często eklektycznie i bez uzasadnienia łączące różne wyznania pod jednym dachem – buddyzm, hinduizm i konfucjonizm, czyli pragmatyzm bez granic. Dwa, trzy dni to zdecydowanie wystarczająco długo mając na uwadze, że zatoka Ha Long jest zaledwie rzut beretem.

Praktycznie wszystkie hanoiskie biura podróży mają w swojej ofercie jedno i kilkudniowe wypady do tego zabytku przyrody z listy światowego dziedzictwa UNESCO (nie wiadomo czemu dopiero) od 1994 roku. Rozstrzał cen poraża – bywa wynikiem prawdziwej różnicy w standardzie, bądź próby zdobycia naiwnych klientów. By nie zaliczyć się do tej drugiej grupy, zdecydowaliśmy się dotrzeć tam na własną rękę. Nie jest to ani trudne, ani drogie, ani niebezpieczne. Wystarczy przetransportować się busem (których nie brakuje) zaledwie kilka godzin drogi do jednego z miast – Ha Long lub Hai Phong, by stamtąd podjąć godzinny/dwugodzinny rejs tak zwanym „speedboatem“ na wyspę Cat Ba – największą zamieszkała, cywilizowanie prosperującą wyspą zatoki. Czemu tak? Bo życie płynie tam wolniej, a sama wyspa jest dobrym miejscem do aklimatyzacji kulturowej w Wietnamie. Właśnie na Cat Ba spotkaliśmy ponad pięćdziesięcioletniego Francuza, który w podróży (zresztą kolejnej) był już prawie pół roku. „Za tydzień muszę być w Paryżu. Chciałem jeszcze zobaczyć jedno miejsce, ale kiedy nasza łódka przybiła do brzegu i przeszedłem się kilka metrów, pomyślałem, że tego właśnie mi potrzeba – tu odpocznę.“ Lenistwo jest tu wpisane w turystyczne atrakcje – kilka plaż z piaszczystym piaskiem z widokiem na setki wyłaniających się z morza skalnych grzbietów przy soczystym arbuzie i słodkim mango? Warte przynajmniej jednodniowego grzechu. Jednodniowego, bo w zatokę naprawdę warto ruszyć nawet na kilka dób tylko po to, by zobaczyć, że zdjęcia z pocztówek nie kłamią, nawet w tak pochmurny i zimny dzień, jaki nam się przytrafił. Po pięknej przejażdżce w słońcu przez całą wyspę. Na skuterze, oczywiście.

O powstaniu Ha Long, czyli Zatoki Lądującego Smoka, spisano dziesiątki legend, ale jedną przyjmuje się za „najbardziej wiarygodną“: w zamierzchłych czasach, gdy naród wietnamski walczył z najeźdźcami, lokalni bogowie wysłali rodzinę smoków, by pomogli im uporać się z wrogami. Perły, którymi pluły stworzenia, w zetknięciu z wodą przybierały formę jadeitu, a jeden przy drugim uformowały naturalny slalom, trudny do manewrowania dla statków nieznających terenu. Atak oczywiście odparto, lecz pomimo spełnionej misji, smoki upodobały sobie Ziemię na tyle, że postanowiły na niej pozostać. Czemu zatoka Lądującego Smoka? Bo tu zaparkowała na stałe Matka całej gromadki. W otoczeniu 1969 skamieniałych smoczych pereł. Skaliste labirynty, jaskinie na mikrowysepkach, służące jako schronienie dla Wietnamczyków podczas wojny z udziałem Amerykanów, ukryte laguny, pływające rybackie wioski – zobaczenie tego wszystkiego na własne oczy jest warte nawet najdłuższej drogi. A w erze cyfrowych aparatów wraca się z tysiącem fotografii, gdzie jedno z dumą i bez wstydu może zawisnąć na ścianie. Wyjątkowo tu się skuter nie przydaje.

Cokolwiek by się nie działo i czegokolwiek by wam nie mówiono – NIE omijajcie Hue (czyt. Hłej). Współczesne miasto samo w sobie może nie zachowało swej dawnej świetności, ale dziewiętnastowieczny kompleks cesarski, mimo śladów upływu czasu i obecności wojny, jakie się na nim ostały, porusza wyobraźnię do odtwarzania dawnego splendoru tego wyjątkowego miejsca. A powstał z prostego powodu – cesarz Gia Long, twórca istotnej w historii Wietnamu dynastii Nguyen, przeniósł tu stolicę państwa z Hanoi. Mimo potężnej inwestycji finansowej, artystycznej, architektonicznej i kulturalnej, miasto było ciągle targane konfliktami z użyciem ciężkiej artylerii – wpierw francuscy kolonizatorzy zabrali wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, a cesarską bibliotekę z wiekowymi dziełami bez mrugnięcia okiem spalili, później komunistyczna armia Wietkongu szturmem niszczyła kilkumetrowe kamienne mury, a na finał Stany Zjednoczone dorzuciły kilka skutecznie niszczących bomb z powietrza. Z tętniącego życiem ośrodka kultury, ozdobionego kunsztownie wykonanymi freskami i wielobarwnymi płaskorzeźbami, pozostały gruzy, które od kilkunastu lat w powolnym tempie zbierają w garść archeologiczne zespoły z całego świata. Duży wkład w odbudowę kompleksu miał nasz rodak, Kazimierz Kwiatkowski, który w prace restauratorskie włożył wiele lat swojego życia, pracy, energii i własnych pieniędzy. Warto zobaczyć, jak odtworzył coś niesamowitego z wielkiego niczego. Prawie bym zapomniała – najlepiej dotrzeć tam skuterem.

Nieopodal, bo zaledwie trzy godziny jazdy busem od Hue, znajduje się turystyczna mekka wszystkich odwiedzających wietnamski skrawek lądu – Hoi An (czyt. Hojan), miasteczko usytuowane na malutkim wysuniętym w stronę można półwyspie. Czy wielu tam turystów? Od groma. Czy jest tłoczno? Bez wątpienia. Czy sporo tam kiczu? Są i takie miejsca. Więc czemu? Bo nigdzie indziej w Wietnamie nie znajdzie się tak dobrze zachowanego starego miasteczka, z jego wąskimi alejkami, oryginalnymi ścianami, zawieszonymi pod niebem kolorowymi lampionami, kilkoma łukowymi mostkami nad rzeką Bon, sklepikami w zachodniej estetyce, lecz w azjatyckim otoczeniu. Prawdą jest, że wizyta w Hoi An w trakcie szczytu sezonu może bardziej zniechęcić niż wprowadzić w nastrój, dlatego warto (jak zresztą w całym Wietnamie) przybić tam w skrajnych miesiącach poza eksplozją białych podróżników. Skuter pomaga dotrzeć na dwa piękne pasma plaż po przeciwległych stronach miasta. I do oddalonego o prawie sześćdziesiąt kilometrów My Son (czyt. Mi Son), które odkryliśmy właśnie dzięki mapie.

My Son to pozostałość po hinduistycznym państwie Czampa z początku ery – najważniejszym ośrodku intelektualnym i kulturalnym tamtej epoki. Mawia się, że to miniatura kambodżańskiego Angkor Wat i faktycznie coś w tym jest. Jak wiele niegdyś zapierających dech w piersiach zabytków w Wietnamie, także My Son jest obrazem pobojowiska, z którego ktoś z z mozołem i zaparciem stara się odtworzyć jego dawną znakomitość. Bo z sześćdziesięciu ośmiu świątyń w szkieletach zachowało się nieco ponad dwadzieścia. Resztę spowiła bujna roślinność tworząc tunele z odłupanych kamieni, niegdyś ścian miejsc kultu i sakralnych rzeźb, a wszystko ukryte pomiędzy drzewami, tam, gdzie nikt do niedawna nawet nie szukał. Okrzyknęliśmy to miejsce największym odkryciem naszej wyprawy. Gdyby nie skuter, pewnie byśmy nigdy tam nie dotarli.

To tylko pięć wyjątkowych znaków Wietnamu, choć z czystym sumieniem mogę napisać, że jest ich jeszcze co najmniej kolejnych pięć, na które po prostu i zwyczajnie nie starcza czasu – rajskie klimaty na wyspach Con Dao, dżungla wodnej przeprawy Deltą Mekongu, niedzielne targowisko na regionalną skalę w Bac Ha, jeziora Ba Be otoczone górami z każdej strony czy park narodowy Bach Ma. Wietnam każdemu ma coś do zaoferowania, jeśli tylko wiedzieć, czego się szuka. Cokolwiek by to nie było, wierzcie mi na słowo – skuter będzie w każdym z tych miejsc wietnamskiej ziemi waszym najlepszym przyjacielem.

W pierwotnym moim zamyśle była Kambodża, wyszedł Wietnam. Planowałam grudzień, padło na maj. Miałam lecieć sama odetchnąć od zgiełku w samotnej kontemplacji, a moim towarzyszem stał się w efekcie najbliższy mi człowiek, wzbogacając tę podróż o piękne doświadczenie świeżości, bo w Azji był po raz pierwszy i bezapelacyjnie planuje tam ze mną wrócić w przyszłym roku. Może to wszystko przez przypadek, ale sęk w tym, że ja nie wierzę w przypadki. Byle więcej takich.

Tekst: Ewa Pawłowska

Zdjęcia: Ewa Pawłowska, Daniel Andrukajtys

Komentarze

Kilka lat temu pisząc tekst zapowiadający slajdowisko autorstwa dwóch dziewczyn, które w Wietnamie i z Wietnamczykami na co dzień spędziły kilka miesięcy, dogłębnie przeszukałam internet, by znaleźć nietendencyjne zdjęcie...
" />