Warsaw calling [Michał Massa Mąsior]

Warsaw calling [Michał Massa Mąsior]
5.56. Ekspres Intercity Premium z Krakowa do Warszawy Centralnej. Jeden mężczyzna nerwowo zakreśla markerem bardzo ważne akapity tekstu. Kobieta odpaliła laptopa jeszcze 15 minut przed odjazdem pociągu. Klika i klika. Mimo że dokładnie mogę obserwować jej ekran, to i tak nie rozumiem, w co klika. Jestem od niej młodszy, pewnie mam trochę lepszy wzrok, a nic nie mogę na tym ekranie dostrzec.

 

Linijki przypominające książkę telefoniczną. Klik, klik. Zaczyna się nachylać do ekranu. Chyba też nie rozumie… Jednocześnie ci spragnieni, pod pretekstem śniadania, zamawiają małą jajecznicę i dużego browara, tłocząc się w kolejce do kilku miejsc w wagonie konsumpcyjnym, zwanym kiedyś Warsem. Siedzi też facet w brązowych chinosach, prążkowanej eleganckiej koszuli z krótkim rękawem. Takiej, jaką często można dostrzec na weselach, kiedy wujkowie ściągają marynarki do rosołu.

Ma potwornego pecha, usiadł, usnął, zachrapał, ślina lekko pociekła z kącika ust. Nagle jednak wszedł postawny typ, także w prążkowanej koszuli, ale z długim rękawem i poprosił o zwolnienie miejsca. Chrapiący pewnie z zaspania pomylił przedział. Zaraz przejdzie konduktor z czytnikiem, poprosi o bilet i nieugięcie o dokument, po nim kobieta z wózkiem i poczęstunkiem. Wypowie formułkę wcale nie zachęcającą do wypicia kawy 3w1.

Serio, ktoś to jeszcze pije? Jakieś trzy minuty później facet z napisem „służba sprzątająca – dbam o czystość”. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego pojawia się on akurat trzy minuty po kobiecie z wózkiem. Ludzi jeszcze parzy gorąca kawa, a on robi bezproduktywny kurs zbierania kubków i śmieci przez całe pendolino. No dobra, skończyli, wszystkie produkty marketingu twardogłowych z centrali spółek kolejowych się wyczerpały. Można odetchnąć i pomyśleć, jak sensownie zaplanować spotkania w stolicy.

Żeby tylko facet na korytarzu nie mówił głośno przez co chwilę tracący zasięg telefon.

RODO chyba mu się nie przyjęło, bo wyrzuca z siebie co chwilę imiona i nazwiska, razem z dokładnym opisem, co na temat wymienionych osób sądzi. Generalnie o nikim nie ma dobrego zdania, kilka postaci ewidentnie zaszło mu za skórę. Aż mam go ochotę zapytać o imię i nazwisko mojego kolegi. Być może mógłbym zainteresowanemu powtórzyć.

Czuć jednak wakacje, zieleń za oknem już odrobinę nabrała żółtego odcienia, jak co roku, kiedy zbliża się okres urlopowy. Padają coraz częściej pytania „a pan gdzie w tym roku na wakacje?” Chciałbym powiedzieć, że na „Hałaji”, ale jak co roku przegapiłem tanie loty i będzie się trzeba zadowolić czymś bardziej przyziemnym. Już nawet poczułem przez chwilę klimat. Kobieta jednak z książki telefonicznej przeszła do prezentacji i wyciągnęła kanapkę. Szeleści papierem, klika w powerpoint. Prawa ręka na myszce, lewa oparta o podłokietnik z kanapką uniesioną ku górze, rąbek sreberka co jakiś czas wchodzi mi w pole widzenia.

Gość na korytarzu przez chwilę nie miał zasięgu, ale chyba chodzenie tam i z powrotem ten zasięg mu poprawia.

Tłuką się talerze po jajecznicy, czas na drugi browar po śniadanku, w końcu przed nimi ciężki dzień. A ja już sam nie wiem, co ze sobą zrobić. Duży w prążkowanej usnął, ten od markera też, wyschnie mu chyba do Warszawy ten mazak… dobrze mu tak, bo trzeci raz mnie kopnął. Kopiąc, za każdym razem się budzi, ale nie przeprasza. Pewnie myśli, że to ja kopię. Facet z korytarza zmył się do wagonu konsumpcyjnego.

Komunikat z radiowęzła mówi najpierw w języku polskim, że z zupełnie niezależnych od spikera przyczyn, spóźnimy się o 15 minut. Następnie formułka wypowiedziana jest w języku angielskim. Dobrze, że nie jestem obcokrajowcem, być może miałbym kłopot ze zrozumieniem, od kogo nie zależy opóźnienie. A i przy okazji dowiedziałbym się, że po angielsku lotnisko to lotnisko. Bo kiedy dojadę już do Warszawy, to będę mógł przesiąść się na pociąg to the Lotnisko Chopina station.

Ludzie zaczynają wstawać, bo już widać zabudowania. W samolocie, nieomal kiedy tylko dotknie on ziemi, słychać dźwięk odpinanych pasów i w przejściu zaczynają tłoczyć się ludzie czekający do wyjścia. Tutaj na głowy siedzących, lecą kurtki, nerwowo ściągane są torby z laptopami, aktówki i inne niewielkie bagaże. Trwa telefoniczne zamawianie taksówek i tłumaczenie, z której strony podjechać. Ktoś wsadził mi trzeci raz łokieć w żebra, ale już wysiadam. Za chwilę zaczerpnę świeżego powietrza z widokiem na znienawidzony przez PiSowców Pałac Kultury.

Ten sam, który został zawarty w kadrze pierwszego polskiego wydania czasopisma Vogue. Cała Polska mówiła wówczas o zdjęciu Juergena Tellera, że niby przypadkowe, bezsensowne, obraźliwe, itd. A ja lubię Tellera, podoba mi się jego sposób widzenia świata. Być może jestem wśród mniejszości, która znała jego twórczość przed głośno komentowanym w Polsce zdjęciem. Uważam, że zdjęcie z Wołgą spełniło swoje założenie. Zrobiło wiele szumu i na pewno zostanie zapamiętane jako pierwsze zdjęcie z okładki polskiego Vouge’a. Miłej kawy i do zobaczenia.

 

Michał Massa Mąsior

Komentarze