W krainie Totoro – Festiwal Filmowy w Tokio

W krainie Totoro - Festiwal Filmowy w Tokio
Filmowo Tokio kojarzyło mi się do tej pory w dużej mierze z jednym. Chodzi oczywiście o świetny film Sofii Coppoli „Między słowami”. Wiecznie zblazowana mina Billa Murraya, młodziutka Scarlett Johansson. Bar na pięćdziesiątymktórymś piętrze ekskluzywnego hotelu, wreszcie japoński reżyser reklamówki z ADHD, co rusz krzyczący „cut”.

Trudno nie zakochać się w tym filmie, ale też i miejscu, które dla Europejczyka oznacza ni mniej ni więcej inny świat. Inną kulturę, a przede wszystkim inną mentalność. Nadeszła pora, by sprawdzić to na własnej skórze.

Wszystko za sprawą Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Tokio, który na przełomie października oraz listopada odbył się w tej gigantycznej metropolii już po raz 31. Niełatwo przebić się do świadomości mieszkańców, skoro jest ich w stolicy Kraju Kwitnącej Wiśni blisko 14 milionów. Wydaje się jednak, że dla organizatorów, co zresztą wpisane jest chyba w japońską naturę, nie ma rzeczy niemożliwych.

A że wzięli mnie za swojego doświadczyłem już kilka chwil po tym jak po długiej podróży, stanąłem wreszcie w hali przylotów jednego z dwóch tokijskich lotnisk – Haneda.

Odnalezienie przedstawicielki festiwalu nie stanowiło żadnego problemu. Ale już zrozumienie tego, co próbuje mi zakomunikować zdecydowanie większy. Wszystko za sprawą faktu, o którym dowiedziałem się nieco później, z lektury znakomitego cyklu reportaży o Japonii „Ganbare! Warsztaty umierania” autorstwa Katarzyny Boni.

Otóż nauka angielskiego w szkołach skoncentrowana jest tu niemal wyłącznie na gramatyce, rozumieniu i doskonaleniu słownictwa. Tyle, że nie w praktyce. Stąd sztuka konwersacji w tym języku, to na pewno nie najmocniejsza strona Japończyków. Łamaną angielszczyzną, choć bardziej na migi ustaliliśmy, że z uwagi na późną porę, autobus, który dostarczyć mnie miał do hotelu już odjechał.

W zamian dostałem pokreśloną mapkę tokijskich pociągów oraz metra, z sugestią gdzie powinienem się przesiadać, pieniądze na bilet i wdzięczne słowo „Sayōnara”.

Ahoj przygodo!

Nie ma przypadku, że o tym kraju mówi się, iż wszystko musi być zapięte na ostatni guzik. Odstępstwo od planu po prostu nie może mieć miejsca. Świetnym tego przykładem był uroczysty bankiet otwarcia festiwalu. Odbył się on w gościnnych progach hotelu Hyatt na Roppongi Hills, gdzie zresztą odbywał się cały festiwal. Przewidziano go na trzy godziny, zatem kiedy na zegarze wybiła punkt 22, przyjemny półmrok wypełniło światło, a ja stałem się świadkiem sceny, która w polskich realiach nie mogłaby mieć pewnie miejsca.

Elegancko ubrani goście w jednej chwili odłożyli wszelkie kulinarne specjały i trunki jakie mieli w rękach. Zaczęli się sobie kłaniać na pożegnanie, by zaraz gromadnie ruszyć w kierunku wyjścia.

Kiedy kilka dni później umówiony zostałem na wywiad z tegorocznym gościem honorowym festiwalu, którym był brytyjski aktor i reżyser Ralph Fiennes. To też odbiegało daleko od europejskich standardów. Tam gdzie zazwyczaj jest miejsce na luz i spontaniczność, tutaj wszystko odbyć się musiało w określonym porządku.

Kilkanaście minut przed rozmową, koordynatorka przedstawiła mi wszelkie obowiązujące zasady. Włącznie ze zobrazowaniem na zdjęciu tego jak wygląda sala i wręczeniem kartki z rysunkiem, gdzie dokładnie powinienem usiąść. Z kolei w trakcie samego wywiadu, jedna z jej asystentek, niczym wytrwana ring girl, co rusz przechodziła po sali, demonstrując zapisaną na kartce papieru informację ile jeszcze zostało czasu do końca.

Czym w zakłopotanie wprowadziła nawet nie tyle mnie, co raczej mojego rozmówcę.

A skoro mowa o Fiennesie, promował on w Tokio swój nowy film „Biały kruk”, będący opowieścią o rosyjskim tancerzy Rudolfie Nuriejewie. I odbył zapewne jedno z najbardziej osobliwych spotkań z publicznością. W trakcie jego trwania widzowie mieli czas na zadanie… jednego pytania.

Wiele mówi się o różnicach w zawodowej i prywatnej relacji z Japończykami. Czego najlepszym przykładem kontakt z dyrektorem festiwalu filmowego w Tokio Takeo Hisamatsu. Jednym z obowiązków zaproszonych na festiwal dziennikarzy było przeprowadzenie wywiadu z nim, który przebiegł w bardzo oficjalnej atmosferze.

Ale już kilka godzin później poprowadził on zorganizowaną dla gości festiwalu specjalną noc karaoke. Na powitanie w świetnym stylu odśpiewując „What a Wonderful World” Louis Armstronga. „Odwiedziłem pewnie większość światowych festiwali, ale chciałbym w Tokio stworzyć coś wyjątkowego, unikalnego.” – przekonywał mnie w rozmowie Hisamatsu. To zarówno jemu, jak i wspomnianej na początku Sofii Coppoli bez wątpienia się udało.

Kuba Armata, Tokio

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *